poniedziałek, 9 stycznia 2017

S2 - Rozdział 28

              Przez moment nie odrywałam wzroku od lustra. Wzięłam głęboki wdech, odruchowo poprawiając włosy. Przyjrzałam się uważniej swojemu odbiciu, szukając jakichkolwiek oznak na to, że widać po mnie lekki stres. Może byłam odrobinę bledsza? A może tylko mi się tak wydawało?
               Za chwilę miałam wyjść, by ponownie udać się do lekarza. Dzisiaj rano przyszły moje wyniki i doktor chciała je ze mną omówić. O ile wcześniej byłam dość spokojna, tak po tej rozmowie zaczęłam się denerwować. Wystarczyły mi do tego dwie rzeczy – mianowicie to, że nie chciała mi nic powiedzieć przez telefon, uznając, że lepiej byśmy to skonsultowały na wizycie, a także samo słowo konsultacja i sposób, w jaki je wypowiedziała. A to zupełnie mi się nie podobało. Z drugiej strony, mogłam to całkowicie źle odebrać i robić wielki szum o nic. Naprawdę chciałam, by okazało się, że zasiałam w sobie niepotrzebną panikę, która nie ma pokrycia w rzeczywistości.
               Nie powiedziałam o moich obawach Lukowi. Postanowiłam nie martwić go na zapas, a porozmawiać po powrocie od lekarza, jak tylko dowiem się konkretów. Bo prawda była taka, że nie wiedziałam nic. Uznałam, że lepiej przeczekać i udawać, że nic złego się nie dzieje. Tak było też prościej.
               Podskoczyłam, kiedy usłyszałam huk, a potem brzdęk rozbijanego szkła. Do moich uszu doszedł głośny śmiech Clifforda. Przekręciłam oczami, a następnie wyszłam z łazienki. Pierwsze, co zobaczyłam to blondyn, stojący w wejściu do kuchni. Oparł dłonie na biodrach, świdrując wzrokiem stojącego niedaleko Michaela. Za jego nogami ukrywał się Robert.
- Ile razy trzeba wam mówić, że nie gra się piłką w domu! – warknął Hemmings. – Jaki ty mu dajesz przykład, Michael?!
- Zmieniasz się teraz w mojego tatuśka?
- To mój tata – rzucił chłopiec, wychylając się zza nóg wujka. Zrobił niewinną minę, a potem ukrył się ponownie, cicho śmiejąc się pod nosem.
- To nie jest śmieszne, Robert. Nie wolno kopać piłki w domu. Stłukliście talerz z ciastkami.
- Bardzo brzydki talerz.
- Był od mojej mamy! – ciągnął Luke, machając rękami.
- Ups…
- Ups - powtórzył za nim Robert, ponownie wychylając się w stronę ojca.
- To nie jest śmieszne – powtórzył blondyn, wskazując na syna palcem. – Nie wolno.
- To wuja!
- Wcale nie! Dlaczego zwalasz na mnie?
- To ty!
- Wcale, że nie! Twój syn kłamie!
- To wuja!
- Po czyjej ty jesteś stronie?
- Nie chcę, by był na mnie zły – powiedział cicho Robert, ale i tak doskonale było go słychać.- Więc… To ty!
- Ja też nie chcę, by na mnie krzyczał – skwitował Michael, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Robert zaraz przyjął identyczną pozę. – To żaden z nas.
- O czyżby? – odparł Luke, patrząc to na jednego, to na drugiego. – Więc kto to zrobił?
- Wuja Aszti, a potem uciekł – powiedział od razu chłopiec, kiwając dodatkowo głową.
- Ta... Widziałem to – dodał Clifford, zerkając na Hemmingsa. – Widziałem, jak wychodzi.
- Ja… Uch! Nie mogę z wami! – warknął Luke, a następnie odwrócił się i wszedł do kuchni. – Macie to posprzątać!
              Michael spojrzał na Roberta, a potem przybił mu piątkę. Chłopczyk roześmiał się, podskakując w miejscu. Clifford zmierzwił mu włosy na głowie, a następnie wziął go na ręce. Wtedy obaj odwrócili się w moją stronę. Ich oczy powiększyły się. Chyba nie spodziewali się tego, że mają dodatkowego obserwatora.
- Więc… Ktoś tu kłamie – odparłam, teatralnie wzdychając. – Nie ładnie kłamać.
- To Irwin – powiedział ostrożnie Michael, a Robert szybko pokiwał głową.
- Nie grajcie więcej piłką w salonie, okej? Ładnie proszę.
- Przekażemy to Ashtonowi.
- Tak, powiemy mu – dodał mały Hemmings, robiąc bardzo poważną minę. – Nie wolno kopać piłki w pokoju.
- Nie wolno – rzucił Clifford. – Wujek Ashton zrobił bardzo źle.
- Źle, mamo. Bardzo źle.
- Obiecajcie, że będziecie już grzeczni.
- Oj, będziemy – powiedział z uśmiechem Michael. – Prawda, koleżko?
- Będziemy.
- Mam nadzieję.

               Rozejrzałam się po jasnym, sterylnym gabinecie. Nerwowo zabębniłam palcami w udo. Byłam jednocześnie zestresowana, jak i zniecierpliwiona. Miałam wrażenie, że odkąd weszłam do tego białego pomieszczenia, czas nagle zwolnił, a każda minuta ciągnęła się w nieskończoność.
               Podniosłam głowę, spoglądając na siedzącą za biurkiem kobietę, ubraną w lekarski kitel. Doktor Powell wertowała niewielką kupkę papierów, które zapewne były moimi wynikami badań, by po chwili skupić wzrok na płaskim monitorze komputera. Przełknęłam ślinę, czując narastającą suchość w ustach. Jej ciemne oczy nie odrywały się od ekranu. Oparła dłoń na brodzie, jakby się poważnie nad czymś zastanawiała.
               Zerknęłam w bok, starając się skupić, na czymś innym. Na czymkolwiek, co choć przez moment pozwoli mi się odrobinę uspokoić. Mój wzrok po kolei zatrzymywał się na kolorowych plakatach przedstawiających pierwszą pomoc, samodzielne badanie piersi, wpływ papierosów na płuca, przekrój mózgu i układ rozrodczy kobiety. Pokręciłam delikatnie głową. Nie były to tematy dla mnie.
               Podskoczyłam lekko, kiedy doktor Powell poruszyła się. Poprawiła rogowe okulary, które zsunęły jej się na czubek nosa. Dopiero wtedy spojrzała na mnie, a ja wstrzymałam oddech. Miałam wrażenie, że jej wzrok przeszywa mnie na wylot. Zrobiło mi się zimno.
- Jak się pani czuje, pani Walker?
- Naprawdę dobrze – wydusiłam zastanawiając się, czy było tak faktycznie czy ze strachu przed tym, co ma mi do powiedzenia, wyolbrzymiałam swój stan.
               Kobieta, tylko pokiwała głową, a między nami znów zapanowała cisza. Po raz kolejny zabębniłam palcami w udo, marząc o tym, by w końcu opuścić ten gabinet. Zazwyczaj nie denerwowałam się tak wizytami, u jakichkolwiek lekarzy, ale dzisiaj mój mózg podsuwał mi coraz to gorsze scenariusze. Przez to nakręcałam się jeszcze bardziej.
- Przeanalizowałam otrzymane wyniki – odezwała się ponownie i tym razem to ja pokiwałam głową. – Nie są one zadowalające, pani Walker.
- Nie są zadowalające? – wydusiłam, starając się, by mój głos brzmiał w miarę normalnie. - Co mi jest?
- Nie jestem jeszcze dokładnie w stanie tego określić. Musimy zrobić więcej badań. Pojawiło się kilka nieprawidłowości w badaniu moczu i krwi. Robiliśmy pani również USG jamy brzusznej – tu było wszystko w porządku – oraz układu rozrodczego. Tam zauważyliśmy guzki na jajnikach i jajowodzie.
- Guzki?
- Musimy wiedzieć więcej. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jakby cierpiała pani na zespół policystycznych jajników. To niewielkie torbiele, wywołane nadmierną ilością męskich hormonów. Jednak po przeanalizowaniu wyników krwi, nie stwierdzono u pani hiperdrogenizmu. Natomiast pojawiło się większe stężenie białka. Przeprowadzimy test markerowy, by zyskać pełniejszy obraz.
- Co to może oznaczać?
- Proszę się tylko zawczasu nie denerwować – powiedziała powoli, co wywołało całkowicie odwrotny skutek. Poczułam na ramionach gęsią skórkę. Moje dłoni zrobiły się nieco wilgotne.  - Po pierwsze musimy sprawdzić, czym dokładnie są te guzki. Jest ich najwięcej w jajnikach, ale zaczynają przechodzić na jajowody. Niestety, zła wiadomość jest taka, że w najgorszym wypadku może to oznaczać raka.
- Raka?
- Przeważnie początkowe stadia choroby są praktyczne bezobjawowe – pociągnęła, lekko kiwając głową. – U pani te guzki, szczególnie na jajnikach, są już sporych wielkości. Musimy dokładnie sprawdzić, z czym mamy do czynienia, a potem podjąć odpowiednie leczenie. Ostatecznością będzie operacja i usunięcie jajników z jajowodami, aby zatrzymać rozrost choroby. Niestety, dla pani oznaczać to będzie bezpłodność, a także przyjmowanie leków hormonalnych do minimum pięćdziesiątego roku życia. Będzie pani musiała dostarczać organizmowi odpowiedniej dawki hormonów, aby ustabilizować go do tego stopnia, by nie występowały tak zwane objawy przedwczesnej menopauzy.
               W tym momencie nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Głos ugrzązł mi w gardle, a ja nie potrafiłam sformułować jednego sensownego zdania. Nie bałam się, teraz byłam cholernie przerażona perspektywą takiego scenariusza, jakie zaprezentowała mi doktor Powell. Mój oddech spłycił się, a ja skupiłam się na tym, by znów normalnie zaczerpnąć powietrza.
- Pani Walker?
- W porządku, co dalej?
- Skieruję panią na szereg dodatkowych badań. Zrobimy też powtórkę tych, które już pani miała. Ostatnio miewała pani nieregularne miesiączki?
- Po wypadku miałam spóźniony okres o kilka dni.
- Był bardziej obwity?
- Nie. Był skąpy.
- Przyjmuje pani leki antykoncepcyjne, prawda?
- Przez pobyt w szpitalu miałam przerwę. Tamten lekarz kazał mi do nich wrócić po pierwszej miesiączce.
- Zrobiła to pani?
- Tak.
- Ma pani dzieci, pani Walker?
- Trzyletniego syna.
- Dobrze – powiedziała cicho, notując każde moje słowo. – Czy w pani rodzinie pojawiały się przypadki raka jajnika?
- Raczej nie, a przynajmniej, ja nic nie wiem.
- Do czasu następnego badania, proszę normalnie przyjmować tabletki antykoncepcyjne. Chcę mieć takie samo podłoże, jak za pierwszym razem. Proszę również spróbować się uspokoić i nie zakładać najgorszego. To są na razie spekulacje oparte na częściowych wynikach. Chcę panią zobaczyć w piątek o godzinie drugiej. Czy ten termin pani pasuje?
- Tak.

                 Weszłam do cichego domu. Zamknęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam z nóg buty, a następnie przeszłam do pustego salonu. Chłopaki wybrali się do centrum i sądząc po telefonie od Luke'a, naprawdę dobrze się bawili. Miałam do nich dołączyć, by później zjeść wspólnie kolację. Jednak odmówiłam, wykręcając się zmęczeniem. Prawda była taka, że w tej sytuacji chciałam pobyć odrobinę sama.
                 Usiadłam na sofie, kładąc obok torebkę. Przez moment tępo wpatrywałam się w ekran wyłączonego telewizora. W mojej głowie nastąpiła tak szybka gonitwa myśli, że od tego poczułam nieprzyjemny ucisk i ból w czaszce. Chciałam, jak najdłużej odrzucać od siebie myśl, że mogę być poważnie chora. Chciałam, jak najdłużej żyć perspektywą, że doktor Powell wyolbrzymiła to, co mi jest. Chciałam udawać, że nic złego się nie dzieje, a ona po prostu się myli.
                 Poczułam, jak po policzku spływa mi słona łza. Mokra ścieżka wyrysowana na skórze, wskazała drogę pozostałym. Podkurczyłam nogi, owijając je rękami. Mój oddech przyspieszył, a ja raz za razem zaczęłam pociągać nosem, próbując się opanować. Nic z tego. Zadrżałam, kiedy nagle zrobiło mi się zimno.
                Zaczęłam się zastanawiać, czy gdybym nie zbagatelizowała tego, co się ze mną działo i szybciej udała się do lekarza, czy wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Jak długo to się działo? Od jakiego czasu to we mnie rosło? Dlaczego jestem jedną z tych osób, które machną ręką, gdy się źle poczują, bo to zaraz przejdzie. Nic mi nie jest. Wszystko w porządku. To minie. Ale wcale nie minęło. Zrobiło się gorzej i wiedziałam, że częściowo jest to moja wina.
                 Przetarłam dłonią mokre policzki, starając się nie myśleć o najgorszym. Jednak nie potrafiłam. Mój mózg zaczął formować scenki rodem wyrwane z filmów, seriali i opowiadań. Jeśli to rak, to oznacza też chemioterapię. A, co gdy spełnią się słowa doktor Powell i trzeba będzie przeprowadzić operację? Wtedy wiedziałam na pewno, że wizja mojej rodziny, którą chciałam budować nieco się zmieni. Pozostaniemy we trójkę. Tylko. Robert nigdy nie będzie miał rodzeństwa. My zaś będziemy rodzicami jedynaka. A jeśli dojdzie do najgorszego? Czy chłopaki dadzą sobie radę sami?

                 Odwróciłam się, słysząc szczęk zamka. Szybko zamknęłam laptopa. Odsunęłam go od siebie, łapiąc za leżący obok telefon. Nie chciałam ich denerwować. Nie chciałam, by dowiedzieli się o ani jednym słowie, jakie padło w gabinecie. Postanowiłam trzymać buzię na kłódkę, dopóki nie będę mieć pełnej i jasnej diagnozy.
- Cześć, skarbie – powiedział cicho Luke.
                Podniosłam się z krzesła, kiedy blondyn ruszył w moją stronę. Na jego ramieniu smacznie spał Robert. Jedna rączka dziecka zwisała mu z pleców, a druga owinięta była wokół jego szyi, jakby malec przytulał się do najlepszej przytulanki. Nachylił się, muskając moje usta swoimi.
- Cześć. Jak było?
- Młody ma chyba, jakiś dodatkowy akumulator – skwitował Irwin, padając na kanapę. – Jestem wykończony.
- Nie wiem, ile zrobiliśmy dzisiaj kilometrów, ale nogi mi zaraz odpadną – dodał Calum.
- Moje już dawno chyba przestały działać – odparł Michael, rozkładając się na sofie obok kumpla.
- Mały niedawno zasnął – dodał Luke, poprawiając chłopca. Robert cicho mruknął pod nosem. Nie obudził się. – Położę go. – Kiwnęłam głową. Odwrócił się, chcąc iść do góry, ale nagle ponownie spojrzał na mnie, jakby o czymś sobie przypomniał. – Jak było u lekarza?
- W porządku - wydusiłam, przekręcając nerwowo telefon w dłoni.
                Odruchowo oderwałam wzrok od jego błękitnych tęczówek, nie mogąc dłużej utrzymać tego kontaktu. Bałam się, że się złamię. A cholernie tego nie chciałam. Jednak samo wspomnienie o dzisiejszej wizycie, wywoływało we mnie strach. Niewiedza była najgorsza i to ona paraliżowała mnie od środka.
               Nagle miałam wrażenie, jakby w salonie zrobiło się strasznie cicho. Dopiero po chwili zorientowałam się, że chłopaki uważnie mnie obserwują. Zastanawiałam się, co takiego się dzieje. Co się stało? Byłam zdezorientowana ich zachowaniem. Jakby zatrzymał się czas, a ja byłabym jedyną osobą, która może normalnie funkcjonować.
- Ja go położę – powiedział Michael, szybko podnosząc się z kanapy. Podskoczyłam lekko, na jego nagły ruch. Podszedł do Luke'a, zabierając mu małego.
- Emi, dobrze się czujesz? – zapytał powoli Luke.
- Nic mi nie jest.
- Leci ci krew z nosa – powiedział ciszej, przybliżając się jeszcze bardziej. – Jesteś cholernie blada.
- Nic mi nie jest. To tylko osłabienie – odparłam, wycierając palcami skórę pod nosem.
                 Spojrzałam na nie. Opuszki były pokryte ciepłą krwią. Wtedy też zauważyłam, jak wcześniej ze zdenerwowania mocno zacisnęłam dłoń. Na jej wnętrzu dostrzegłam głębsze ślady parkoci, które nieświadomie wbijałam. Niewiele myśląc, odwróciłam się i ruszyłam w stronę schodów, by dostać się do łazienki na górze. By w jakiś sposób wyrwać się z tej niewygodnej sceny, która rozegrała się w salonie.
                  Kiedy doprowadziłam się do porządku, wyszłam cicho z pomieszczenia. Z dołu doszły do mnie głosy pozostałych chłopaków. Słyszałam też, jak Michael kręci się po pokoju, w którym spał Robert. Przeszłam do sypialni, którą dzieliłam z Lukiem, by na nowo się zregenerować. By poskładać się psychicznie do kupy. A przynajmniej chciałam spróbować to zrobić. Niestety, nie było to możliwe.
                 Gdy tylko weszłam do pokoju, stojący przy biurku blondyn od razu odwrócił się w moją stronę. Na jego twarzy wymalował się niepokój i obawa. Błękitne tęczówki były przygaszone. Nie musiałam pytać. Wiedziałam, że się martwił. Wtedy też zauważyłam, jak jego palce przejeżdżają po laptopie, który jeszcze niedawno leżał na stole w salonie. Przełknęłam ślinę, czując kolejną falę napływającego zimna. Mój żołądek skurczył się, a ja miałam wrażenie, że od tego stresu zwymiotuję.
- Co ci jest? – zapytał cicho, nawet na moment nie odrywając ode mnie wzroku.
                 Bez słowa zamknęłam za sobą drzwi, a następnie podeszłam do blondyna. Spojrzałam na komputer, a potem znów przeniosłam ciemne oczy na niego. Zagryzł dolną wargę, wyciągając w moją stronę dłoń. Przymknęłam powieki, czując pod nimi zbierające się łzy. Na oślep podałam mu swoją rękę. Chłopak od razu przyciągnął mnie do siebie, a ja padłam w jego ramiona. Poczułam znajome ciepło, które było tak bardzo kojące. Zatrzęsłam się, a on przytulił mnie do siebie jeszcze bardziej.
- Dlaczego to czytałaś? – wyszeptał, a ja zerknęłam na niego. Ujął moje policzki w dłoniach. – Emi, błagam cię... Powiedz mi, co się dzieje.
- Oni sami jeszcze do końca tego nie wiedzą, ale doktor Powell zakłada, że to może być…
- Okej, okej… Damy radę. To jeszcze nic pewnego, tak? – Kiwnęłam głową. – Więc nie możemy myśleć, że to… Że to pewne. Kochanie, proszę – dodał cicho, całując mnie. – Nie możemy denerwować się na zapas. Może się mylą? Może nie mają racji? Może coś pomieszali?
- Wątpię w to, Luke…
- Nie, błagam. Nie możesz tak myśleć.
- Życie nie jest kolorowe, a ja tych kolorów ostatnio miałam za dużo.
- Skarbie, proszę. Uspokój się.
- Masz rację. – Złapałam jego ciepłą dłoń, biorąc głęboki wdech. – Nie mogę panikować. Powinnam trzeźwo myśleć… Po prostu… Czuję, że to moja wina.
- Matko, Emi. To nie jest twoja wina. Nie możesz tak myśleć. Nie pozwolę ci tak myśleć, jasne? Poradzimy sobie. Oboje damy sobie radę, obojętnie, co by się nie działo. Będę obok, kochanie. Zawszę będę obok i…
- Nie.
- Co?
- Nie możesz poświęcić tego, co…
- Myślisz, że w tym momencie mógłbym cię zostawić i skupić się na dalszej karierze? Cholera, Emi! Przerabialiśmy to już kiedyś! To nie wyjdzie. Jesteśmy razem i przez wszystko przejdziemy razem! Bez względu na to, co w końcu ci powiedzą! Jestem tu i nigdzie się nie wybieram!
- Wiesz, co to też może oznaczać?
- Jeśli myślisz o tym najgorszym, to masz natychmiast przestać – rzucił, odsuwając się.
                  Zaczął nerwowo skubać dół swojej koszulki. Jego wzrok na moment omiótł sypialnię, w której staliśmy. Widziałam, jak zatrzęsła mu się dolna wargą. Po chwili jednak opamiętał się, ponownie przybliżając się do mnie.
- Masz przestać myśleć o… tej konkretnej rzeczy.
- A jak konieczna będzie operacja? Możemy w przyszłości zapomnieć o powiększeniu rodziny, a ty zawsze o tym marzyłeś. Zawsze chciałeś...
- Mam to gdzieś. Już i tak dałaś mi cudownego syna – odparł, znów mnie obejmując. – Kochanie, nie zakładaj najgorszych wersji tego, co ma być. Kiedy wszystko będzie już wiadome, dopiero wtedy będziemy gdybać.
- Luke, ale…
- Przestań, Emi. Błagam cię, przestań.
- Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam – wydusiłam, wtulając się w niego.
                 I tym momencie naprawdę chciałam wierzyć w to, że będzie dobrze. Luke miał rację. Nie powinnam, aż tak bardzo wypływać myślami w dal i już przebierać w najgorszych opcjach. Nic przecież nie było do końca pewne. Nic jeszcze nie było potwierdzone i powiedziane wprost. Ostatecznego werdyktu nie było. Pozostało mi, tylko na niego czekać.


***
Do końca zostały nam dwa rozdziały + epilog - o ile dobrze pamiętam :) Więc śmiało mogę napisać, że wielkimi i powolnymi krokami zbliżmy się do zakończenia tej historii. Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia

Pozdrawiam i do następnego!

#DwaPlusJedenFF



12 komentarzy:

  1. Pierwsza! 😂😂 Zabieram się za czytanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem smutna. 😞 I niech to będzie mój komentarz do tego rozdziału. Muszę to przemyśleć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe w porządku :) Wybacz, nie chciałam zasmucić

      Usuń
    2. Ja wiem, że ty jej nic nie zrobisz xD Czuję to 😂😂

      Usuń
  3. Nie Emily nie może umrzeć ani mieć raka. Musi się skończyć Happy Endem. Rozdział jest genialny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się mimo wszystko podobało :)

      Usuń
  4. Chce mi cię płakać. Ona nie może być chora, a jeśli tak to ma wyzdrowieć! Luke jest cudowny i chyba nie mógłby się zachować lepiej.Szkoda, że już blisko końca, ale wszystko co dobre musi się kończyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbliżamy się szybko do końca, więc w kolejnym rozdziale, będzie więcej o tej sytuacji - ja nic teraz nie zdradzę :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  5. O my gy...
    Pierwszy raz jakieś ff wprowadziło mnie w taki stan. Siedzę i patrzę w ścianę, rozpoczynając wewnętrzny monolog dotyczący życia... ~M

    OdpowiedzUsuń
  6. Akurat dziś chciałam przeczytać coś poprawiając sobie przy tym humor ale czytając to jeszcze bardziej mi jest smutno. Te opowiadanie jest czasami żartobliwe (prawie przez cały czas) ale dziś było to przygnębiające. Powiem to teraz jak zrozpaczone dziecko: NIE CHCĘ ABY TO OPOWIADANIE SIĘ SKOŃCZYŁO :(
    Pozdrawiam i życzę weny O.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mały dramat na koniec. Niestety, to ff też w końcu musi dobrnąć do końca :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń