wtorek, 27 grudnia 2016

S2 - Rozdział 27

              Zmarszczyłam nos, słysząc w pokoju dźwięk budzika. Nie przypominałam sobie, bym go wczoraj nastawiała. Dopiero po chwili zorientowałam się, że znana melodia nie jest tą, którą mam ustawioną w swoim telefonie. Ta dudniąca muzyka była wyborem Luke'a i to z jego komórki wydobywa się łomoczący dźwięk.
- Co jest? – wydusiłam, kiedy blondyn wyłączył urządzenie.
             Słyszałam, jak przekręca się na bok. Po chwili przywarł do moich pleców. Jego palce przejechały po mojej skórze na kręgosłupie, a ja poczułam przyjemny dreszcz, który przebiegł wzdłuż całego ciała. Byłam pewna, że wyczuł to także i on.
- Emi?
- Co?
- Wypad z łóżka.
- Co? – powtórzyłam, zerkając na niego przez ramię.
              Musiałam zamrugać kilka razy powiekami, aby obraz przed oczami w końcu mi się wyostrzył. Przed sobą miałam bladą twarz Hemmingsa. Jego błękitne tęczówki dokładnie mnie obserwowały. Uniosłam zdezorientowana jedną brew, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Przegapiłam coś? Mieliśmy dzisiaj gdzieś iść, jechać, coś zrobić? W mojej głowie panowała pustka, a ja nie mogłam sobie przypomnieć niczego konkretnego.
- Co? – zapytałam ponownie, kiedy Luke zacisnął usta w wąską linię.
- Wypad.
- To cholernie romantyczne. Uwielbiam, jak zwracasz się do mnie w tak słodki i uroczy sposób, kochanie. Dostaniesz dzięki temu miano Najlepszego Faceta Roku.
- Emi…
- Co?
- Miałaś iść do lekarza.
- Dobry Boże – jęknęłam, padając z powrotem na poduszki.
               Przykryłam twarz kołdrą, starając się odciąć od leżącego obok chłopaka. Najchętniej wróciłabym do krainy snów, ale moja podświadomość podpowiadała mi, że nie będzie to takie łatwe. Luke był uparty. Czułam, że mi nie popuści.
               Podskoczyłam, kiedy blondyn zerwał ze mnie miękką kołdrę. Skuliłam się, obejmując się ramionami. Wypuściłam pod nosem cichą wiązankę przekleństw, co rozbawiło Hemmingsa. Po chwili znów poczułam jego dłonie na sobie. Tym razem dotknął mojego ramienia, lekko nim potrząsając. Na jak długo pójdę siedzieć, jeśli przez przypadek uduszę go poduszką?
- Emi, proszę – powiedział cicho, delikatnie muskając ustami mój policzek. – Obiecałaś.
- Ale naprawdę czuję się już…
- Obiecałaś mi to – powtórzył, a ja w jego głosie wyczułam odrobinę żalu i rozczarowania.
               Wystarczyło tylko bym usłyszała ten ton, a już poczułam się koszmarnie. Jakbym była najgorszą osobą na świecie. Nienawidziłam zawodzić innych ludzi. A teraz właśnie to robiłam. Dodatkowo nigdy nie chciałam wyjść na niesłowną osobę. I to też właśnie teraz pokazywałam.
               Powoli odwróciłam się. Błękitne tęczówki chłopaka nadal skupiały się na mnie. Przygryzł dolną wargę. Z jego miny łatwo było można wyczytać smutek i niezadowolenie. A to jeszcze bardziej mi się nie podobało. W tym momencie nie do końca wiedziałam, czy jego zagrania są specjalne czy robi to nieświadomie, ale tym skutecznie potrafił wywołać u mnie poczucie winy.
- Obiecałaś – powiedział po raz kolejny, zwieszając głowę.
- Okej… Obiecałam, więc…
- Świetnie – rzucił, uśmiechając się szeroko. – Wczoraj, jak już spałaś, zapisałem cię na wizytę w prywatnym szpitalu…
- Jak zapisałeś?
- Mają całodobową rejestrację on-line. Przyjmują od ósmej…
- Ale…
- Wszystkie informacje znajdziesz na stole w kuchni. Wydrukowałem je. Wybrałem to miejsce, bo mają przyszpitalną przychodnię. Robią wszelkie badania w jeden dzień i…
- Prywatny i…
- Nie przerywaj mi – odparł, zatykając mi usta dłonią. – Wyniki ponoć już są na drugi dzień, ale o to dopytasz się już lekarza na wizycie. Mam jednak nadzieję, że tak jest naprawdę. Płacisz za wszystko na miejscu, kiedy podsumują zlecone badania. Przyjmują też karty. Więc?
- Więc? – wydusiłam, kiedy jego ręka zniknęła z moich ust.
- Wstawaj i szykuj się. Jest szósta rano. – Jęknęłam pod nosem. – Już!
- Luke…
- Idź – rzucił, wypychając mnie z łóżka.
                 Zrobił to tak szybko i raptownie, że musiałam się złapać nocnej szafki, by nie zlecieć z materaca. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Uśmiechnął się triumfalnie, widząc to, jak w końcu opuszczam łóżko. Następnie okręcił się kołdrą i padł na poduszki, niemalże zakopując się pod pierzyną.
- Skarbie?
- Co? – burknęłam pod nosem.
- Musisz być na czczo, więc nic nie jedz. I nie pij też kawy…
- Ty mnie lubisz torturować – skwitowałam, ruszając w stronę drzwi.
- Kocham cię!
- Oczywiście…
- Emi…
- Tak, ja ciebie też kocham.
- Nie brzmi to zbyt przekonywująco, ale biorąc pod uwagę twój poranny humor, musi mi to wystarczyć.
- Udław się.
- Szalejesz za mną, kobieto!

                 Wokół mnie praktycznie panowała cisza, przerywana jedynie dźwiękami uderzania palców o klawiaturę i skrobaniem długopisu o papier. Na wąskim, białym i sterylnie czystym korytarzu nie było nikogo. Nie licząc oczywiście pani z rejestracji, która skupiała się w pełni na swojej pracy. Zastanawiałam się, czy jestem dzisiaj jedyną pacjentką, ale po chwili do pomieszczenia weszła elegancko ubrana kobieta. Nie byłam już sama.
               Oderwałam od niej wzrok. Raz jeszcze spojrzałam na formularz, który trzymałam na kolanach. Powoli wypełniałam poszczególne rubryczki. Imię, nazwisko, pozostałe dane, przebyte choroby i tak dalej. Wszystko musiało się tu znaleźć. Zerknęłam w bok. Moje ciemne oczy zatrzymały się na tekturowej, niebieskiej teczce, w której znajdowała się dokumentacja ze szpitala, w którym przebywałam po wypadku. Wzięłam kolejny głębszy wdech, wracając do wypełniania kolejnego punktu. A było ich wiele.
                W końcu kiedy złożyłam na końcu swój podpis, wpisując jednocześnie dzisiejszą datę, podniosłam się z wygodnego krzesła. Ruszyłam w stronę pracownicy szpitala. Moje kroki odbijały się echem od jasnych ścian.
- Gotowe? – zapytała kobieta z uśmiechem, wychylając się, by odebrać ode mnie formularz.
- Tak.
- Zaraz założę pani kartę, proszę o chwilę cierpliwości. Potem przyjmie panią jeden z naszych lekarzy.
- Dziękuję.

***
               Mruknął z niezadowoleniem, kiedy małe kolano uderzyło go w plecy. Drgnął, czując, jak trzylatek wdrapuje się, a potem siada na nim. Drobne rączki wsunęły się w jego włosy, lekko ciągnąc za końcówki. Podskoczył, kiedy pluszowa maskotka spadła mu na twarz. Robert nachylił się, łapiąc za pingwina, z którym się nie rozstawał.
- Tato?
- Pięć minut.
- Dzie mama?
- Poszła do lekarza.
- Jest chora?
- Nie.
- Tato?
- Synek, błagam cię o pięć minut…
- Smoki istnieją?
- Smoki?
- Takie co zejają ogniem?
- Nie.
- Wuja Miki mówił, że kupi mi smoka. Jak ma kupić, jak ich nie ma?
- Może chodziło mu o zabawkę?
- Nie bawkę. Takiego, jak w telewizji.
- Smoki nie istnieją, kochanie.
- A konie z rogiem?
- Jednorożce?
- Tak.
- Nie istnieją – wymamrotał Luke, wciskając twarz w poduszkę.
- A Mikołaj?
- Istnieje. Przynosi prezenty, ma renifery i sanie i… Są elfy i…
- Smerfy?
- Elfy, kochanie. Powiedziałem elfy.
- Tato, śpisz?
- Tak.
- Ściema! – krzyknął Robert, klapiąc go po plecach. – Jesteś perkusja! Pacz! Jesteś perkusja! – zawołał, bębniąc w niego rączkami.
                 Luke niewiele myśląc odwrócił się na bok, zwalając syna z pleców. Chłopiec pacnął na kołdrę. Jego nóżki zadyndały w górze, kiedy znalazł się na materacu. W pokoju rozniósł się głośny dziecięcy śmiech, który blondyn tak bardzo kochał. Zgarnął Roberta, układając go na jednej z poduszek. Wcisnął mu w dłonie pluszaka. Następnie okrył go kołdrą, by na końcu zamknąć dziecko w szczelnym uścisku.
- Pięć minut, okej?
- Kej.
                 Zdążył wziąć głębszy wdech, gdy nagle poczuł, jak chłopiec zaczyna się wiercić. Zacisnął lekko usta, czując na sobie spojrzenie syna. Otworzył jedno oko, natrafiając od razu na błękitne tęczówki małego. Robert zaśmiał się cicho, kładąc dłoń na jego przedramieniu.
- Tato?
- Tak?
- Masz włochy w nosie?
- Każdy ma włosy w nosie.
- Po co tam są?
- Byś miał czysty nos.
- Wuja Miki powiedział, że są po to, by smarki mogły się lepiej trzymieć.
- Dobry Boże… Wujek Michael jest obrzydliwy – prychnął starszy Hemmings.
- Jest fajny.
- I obrzydliwy. Nie słuchaj go.
- Ale powiedziałeś, ty i mama, że mam słuchać wujka Mikiego, bo jest rosły.
- Dorosły, mistrzu. Mówi się dorosły.
- I ma włochy w nosie?
- Ma.
- Tato, a…
- Może włączę ci bajkę? Co ty na to? Obejrzysz bajkę, a tata poleży pięć minut.
- Będziesz spać?
- Będę leżał.
- Teraz leżasz. Tato?
                Luke jęknął pod nosem. Zerknął na chłopca, który nadal nie spuszczał z niego wzroku. Uśmiechnął się, widząc, że i jego syn to robi. Pochylił się, całując go w czoło. Robert od razu bardziej wtulił się w niego, przyciskając do siebie pluszowego pingwina.
- Tato?
- Tak?
- Wuja Miki mówił, że kiedyś nie będę sam. – Blondyn zmarszczył czoło, nie do końca rozumiejąc, co jego syn ma na myśli. Malec zamrugał.
- Jak nie będziesz sam?
- Że… Będziesz miał innego syna lub dziewczynkę syna.
- Tak ci powiedział? – Robert pokręcił głową, podsuwając piąstkę do ust. – To kiedy tak mówił?
- Jak mówił z wuja Calem.
- Podsłuchiwałeś?
- Może – powiedział chłopiec, zakrywając twarz pingwinem. Luke powoli odgarnął maskotkę, by znów móc go widzieć. – Nie ciałem.
- W porządku. Bardzo dużo dzieci ma rodzeństwo.
- Dzeństwo?
- Brata lub siostrę. Jak rodzice mają więcej dzieci, to te dzieci są dla siebie rodzeństwem.
- Syn lub dziewczynka syn?
- Dziewczynka syn, to córka.
- Też będę miał dzeństwo?
- Może kiedyś. Będziesz wtedy starszym bratem. Starszy brat opiekuje się młodszym bratem lub siostrą. Siostra to dziewczynka brat – powiedział powoli Luke, tak by mały to, w jakiś sposób zrozumiał. – Rodzeństwo opiekuje się sobą nawzajem, pomagają sobie, bawią się razem.
- Wuja Cal ma dziewczynkę brata.
- Ma siostrę.
- Siostrę.
- Dokładnie, mistrzu.
- W bajce nieraz mają dzeństwa.
- Dokładnie, tak. Nieraz w bajkach też są rodzeństwa.
- Czy… Czy jak będę mieć dzeństwo, to… to…
- To?
- To już nie będziecie mnie kochać?
- Mistrzu – powiedział ze śmiechem Luke, ponownie przybliżając się do syna. Cmoknął jego nos, wywołując na twarzy małego uśmiech. – Rodzice kochają wszystkie swoje dzieci tak samo. Obojętnie, ile by ich nie było. Ja i mama nigdy nie przestaniemy cię kochać.
- Nawet jak będę mieć dzeństwo?
- Nawet wtedy.
- I nie oddacie mnie?
- Oczywiście, że nie. Jesteś moim synkiem. Tylko moim – odparł Luke, delikatnie pukając go w brzuch. Robert zaśmiał się. – Tylko moim, zapamiętaj to sobie.
- I mamy.
- I mamy – powtórzył za nim starszy Hemmings.
- Tato?
- Tak.
- Popaczamy razem na bajkę?
- Pewnie. Rusz tyłek po pilota.
- Sam rusz tyłek!
- Nie sprzeciwiaj się ojcu!
- Nie świruj!
- Ty mały urwisie! – zawołał Luke z szerokim uśmiechem, gdy Robert parsknął radosnym dziecięcym śmiechem, kiedy zaczął go łaskotać.

***
              Weszłam do domu, od razu słysząc piosenkę z ulubionej bajki Roberta. Byłam pewna, że młody już wlepia oczy w ekran. Ściągnęłam buty i kurtkę. Przeszłam do salonu. Zdążyłam zrobić kilka kroków w głąb pomieszczenia, gdy blondynek siedzący na sofie odwrócił się. Na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech.
- Mama!
             Zeskoczył z kanapy, pędząc szybko w moją stronę. Ukucnęłam. Chłopiec wpadł w moje ramiona, wtulając się, jakby nie widział mnie od tygodni. Odsunął się powoli, a ja zostawiłam na jego czole lekki i czuły pocałunek.
- Jak było z tatą?
- Byliśmy w parku!
- Opowiesz mi, jak było?
- Tak!
              Wyprostowałam się. Robert złapał mnie za rękę. Pozwoliłam mu się poprowadzić do kuchni, w której urzędował Luke. Odgrzewał wczorajszy sos, który robiłam na obiad. Blondyn odwrócił się, obdarzając nas uśmiechem.
- Cześć, skarbie – powiedział, podchodząc bliżej. Musnął moje usta swoimi. – Jak było?
- W porządku. Trochę to trwało, bo na niektóre badania musiałam dłużej poczekać. Jestem z lekarzem na jutro na czwartą, by omówić wyniki.
- Głodna?
- Umieram z głodu.
- A ty co masz taką minę? – zapytał Luke, patrząc na Roberta, który zacisnął wargi.
- Nie cmokaj mi mamy.
- To też moja mama – odparł ze śmiechem.
- Nie, ty masz swoją.
- Rozmawialiśmy już o tym. To normalne, że mama i tata się cmokają – powiedziałam, mierzwiąc mu włosy na głowie. Robert prychnął pod nosem, klepiąc mnie po udzie.
- Nie gdy paczę – dodał zniesmaczony, a potem wyleciał z kuchni.
                Słyszałam, jak wdrapuje się na kanapę. Z pewnością zaraz znów pochłonie go bajka o wielkim czerwonym psie. Zerknęłam na Luke'a, który przygryzł wargę, a potem zaczął chichotać pod nosem. Pokręciłam głową, uśmiechając się szeroko. Blondyn objął mnie, po raz kolejny zostawiając na moich ustach lekki pocałunek.
- Nie cmokaj mnie.
- Emi, no…
- Nie cmokaj, tylko daj mi jeść – odparłam, popychając go w stronę kuchenki, na której ustawiony był parujący garnek. – A gdzie reszta?
- Ashton na randce z Natalie, a Michael i Calum wybrali się do kina na tą nową komedię.
- Też chciałam ją zobaczyć.
- Tak, wiem. – Znów się przybliżył. – Zabiorę cię na nią w piątek, co ty na to?
- Chce się pan ze mną umówić, panie Hemmings?
- Otóż to, panno Walker. Wyraża panienka zgodę?
- Chętnie.
- Ale najpierw cię nakarmimy.
- Jak zamiana ról. Pasuje mi to.
- Nie przyzwyczajaj się, Hemmings.
- Hemmings? – rzuciłam ze śmiechem. Luke wzruszył ramionami, uśmiechając się.
- Chciałem powiedzieć: Walker.
- Chcesz wziąć ze mną ślub? – dodałam, robiąc udawaną zaskoczoną minę.
- Najpierw muszę mieć pewność, że jesteś godna noszenia nazwiska Hemmings. Sprawdzić statystyki i notowania i…
- Dupek – skwitowałam, wychodząc z kuchni. Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc za plecami jego śmiech.


***
Kolejny rozdział za nami. Mamy też dłuższą pogawędkę Luke'a i Roberta. Na początku chciałam ją nieco skrócić, bo wyszła przydługa, ale potem uznałam, że lepiej ją zostawić. 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia

Już niedługo Sylwester, więc korzystając z okazji chcę Wam już teraz życzyć SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! :)

Pozdrawiam i do następnego!

#DwaPlusJedenFF

5 komentarzy:

  1. Nie no rozdział jest świetny. Wkońcu Emily poszła do lekarza ciekawe co z tego wyniknie, mam nadzieje, że coś dobrego a nie złego. Kiedy wkońcu Luke się oświadczy, tyle razem są że mógłby się wkońcu oświadczyć. A co do rozmowy Luke'a z Robert'em to świetna scena. Już nie moge doczekać się z niecierpliwością na kolejny rozdział I chyba nie wytrzymam do kolejnego rozdziału.
    TOBIE TEŻ ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU I OCZYWIŚCIE WENY W PISANIU DALSZYCH OPOWIADAŃ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało :) Może Luke się kiedyś w końcu ogarnie i jej się oświadczy - kto wie? :D
      Dziękuję za komentarz i raz jeszcze wszystkiego najlepszego na Nowy Rok! :)

      Usuń
  2. ❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤
    Nie mam weny na komentarze ostatnio, ale zostawiam po sobie ślad 😄
    Rozdział jak zawsze udany, nie będę zanudzać xD Tobie też szampanskiego sylwestra i szczęśliwego nowego roku! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo! Cieszę się, że się podobało :)

      Usuń
  3. Dżizas, ryczę xdd
    Robert jest przegenialny <3
    Czekam na next ~M

    OdpowiedzUsuń