wtorek, 29 listopada 2016

S2 - Rozdział 25

              Po trzech dniach przenieśli mnie z sali intensywnego nadzoru do zwykłego pokoju. Mój stan był na tyle dobry, że w końcu mogłam się pozbyć tych wszystkich maszyn, które towarzyszyły mi od samego początku. Nie musiałam też dłużej używać maski tlenowej. Mój organizm na nowo zaczął dostarczać mi odpowiednią ilość tlenu. Nadal jednak byłam zmuszona przyjmować leki wchłaniające krwiaka, który – po wynikach z nowych badań – powoli zanikał. Oczywiście według zaleceń lekarza, miałam się nie forsować i dużo odpoczywać.
              Moim głównym towarzystwem był Luke. Przesiadywał w mojej sali częściej, niż w swojej. Pielęgniarki z początku go wyganiały, potem jednak widząc upór chłopaka, kompletnie sobie to darowały. Bo Hemmings wracał. Za każdym razem wracał, jak tylko widział nadarzającą się okazję do tego, by się wymknąć. Oprócz tego odwiedzali mnie także Ash, Michael i Calum, dając mi namiastkę normalności i pomagając oderwać się, choć trochę od szpitalnego życia, które teraz wiodłam. Naprawdę chciałam wrócić już do domu. Chciałam też znowu zobaczyć swojego synka.
               Podniosłam głowę znad telefonu, słysząc ciężkie westchnięcie blondyna. Uniosłam jedną brew, powstrzymując się od śmiechu, widząc jego skwaszoną minę. Mruknął pod nosem niezadowolony, dokładnie oglądając to, co miał na swoim talerzu. Właśnie podali nam obiad. Najwidoczniej rozgotowane ziemniaki, marchewka, groszek i kilka klopsów nie było szczytem jego marzeń.
- Coś nie tak, skarbie? – zapytałam siląc się na powagę.
- Chcę pizzę – powiedział, dźgając widelcem niewinnego klopsika. – Z podwójnym serem, pieczarkami, szynką i sosem czosnkowym.
- No, cóż…
- Albo chociaż zwykłego tosta – jęknął, wysuwając dolną wargę. – Albo hamburgera. Albo…
- Rozmemłanego klopsika? – Luke zmrużył oczy i spojrzał na mnie nadąsany. – Dzisiaj wychodzisz, więc na kolację zjesz już coś dobrego.
- Tak, to zdecydowanie lepsza perspektywa. Choć z drugiej strony, nie chcę cię zostawiać samą.
- Jestem duża. Poradzę sobie. Zresztą, to nie mój pierwszy pobyt w szpitalu. – Blondyn zmarszczył czoło, nie odrywając ode mnie błękitnych tęczówek. – Rodziłam twoje dziecko, zapomniałeś? I nie robiłam tego w dżungli. – Chłopak przekręcił oczami, niechętnie zabierając się za jedzenie.
- Co tam czytasz? – zapytał po chwili, przełykając pierwszy kęs.
- Reakcję ludzi na twój dzisiejszy wpis na Twitterze – odpowiedziałam, machając telefonem. – Mogłeś odezwać się wcześniej. Zapewnienia chłopaków nie działały tak, jak jedno niewielkie zdanie, jakie tam umieściłeś. Wasi fani się martwili. Oprócz tego przeczytałam opinię, jakieś dziewczyny, która uznała, że będąc na moim miejscu wrzucałaby do internetu masę zdjęć z tobą, by wkurzyć resztę. – Luke uniósł brwi, patrząc na mnie z niedowierzaniem. – Ja nie wrzucam z tobą fotek, więc autorka tej wypowiedzi uznała, że się mnie wstydzisz.
- Co ma jedno do drugiego?
- Nie wiem, ale nie zamierzam zasypywać swojego Instagrama naszymi prywatnymi zdjęciami. Zresztą, to mój portal na moje autorskie fajowskie fotografie, jakie uda mi się zrobić.
- Nie jestem fajowski? – Zmierzyłam go wzrokiem, udając, że mocno zastanawiam się nad odpowiedzią. – Jezu… Jestem nudziarzem?
- Jesteś w porządku.
- Wow… To chciałem usłyszeć, jako twój chłopak i ojciec twojego dziecka.
- Polecam się na przyszłość – odparłam ze śmiechem, przejeżdżając palcem po ekranie. – Uważam, że nie ma po co robić szumu wokół nas. Ludzie powinni się skupić na tobie i muzyce, jaką tworzysz z chłopakami. To, że od czasu do czasu wrzucić fotkę ze swoim synem i że zrobią to chłopaki, wystarczy. Oprócz tego – dodałam, kiedy Luke otwierał usta – oddzielam te dwie sprawy od siebie. Łatwo jest stracić prywatność i znaleźć się na językach. Jest różnica między parą anonimową, którą znają tylko znajomi i rodzina, a taką, w której jedna osoba jest rozpoznawalna. Trzeba postępować ostrożnie, by coś nie odwróciło się przeciwko nam. Na koniec dodam, że wasi fani chyba się już do mnie częściowo przyzwyczaili.
- Przyzwyczaili?
- Skupiają się na was i to jest dobre. Wcześniej ciągle się przewijało moje imię, a teraz jest tego mniej. I zauważam pozytywniejsze komentarze na swój temat. A wiesz czemu? Bo postępuję, jak wzorowa dziewczyna swojego znanego chłopaka. Nie staram się na tobie wybić. Jestem obok. I tyle.
- Wzorowa dziewczyna?
- A nie?
- Podyskutowałbym na ten… Nie waż się we mnie rzucić tą poduszką! Właśnie jem! – warknął, kiedy złapałam za białą poduchę. Luke uśmiechnął się, kiedy odłożyłam ją bezpiecznie na bok. – Przecież żartowałem. Jesteś dla mnie idealna.
- O! To urocze.
- Użyj wobec mnie jeszcze raz tego przesłodzonego głosiku, a puszczę marchewkowego pawia.
- Matko, jesteś okropny – skwitowałam, kiedy blondyn parsknął śmiechem. – Smacznego.
- Wzajemnie, moja marcheweczko. Przeczytałaś coś jeszcze?
- Wasi fani wiedzą, że chłopaki zajmują się małym, więc… Często pojawia się pytanie, jak sobie z tym radzą. Spekulacje są różne.
- Radzą sobie – rzucił z pewnością Luke. – Pod tym względem naprawdę się ogarniają. A przynajmniej taką mam nadzieję.

***
                Ashton spojrzał na chłopaków, wsuwając do kieszeni telefon. Ich koło ratunkowe w postaci Natalie nie wypaliło. Pokręcił głową, a ci westchnęli, zastanawiając się, co mają robić dalej. Dzisiaj mieli wywiad, który wymagał od nich odwiedzenia studia telewizyjnego. Miała być to pierwsza rozmowa od czasu wypadku. Zapomnieli tylko o jednym małym szczególe. O opiekunce dla Roberta. Nie mogli znaleźć nikogo z biegu, więc Irwin pomyślał o Natalie. Jednak okazało się, że dziewczyna ma w tym czasie wykłady, a on nie chciał, by musiała się specjalnie z nich zrywać. Nie powiedział jej nic o problemie, próbując znaleźć inne wyjście.
- Co teraz? – zapytał cicho Michael.
- Weźmy go ze sobą – powiedział szybko Calum, zerkając na chłopca, pochłoniętego mazaniem kredkami po kartce papieru. – Dave będzie za kulisami, to będzie miał na niego oko.
- Nie powinniśmy ciągnąć go do studia – mruknął Irwin, drapiąc się po głowie. – Ale nie mamy wyjścia. Zaraz musimy wychodzić.
- To nie będzie długo. Zaraz po tym wrócę z nim do domu, a wy pojedziecie po Hemmo – dodał Hood, kiwając głową.
- Dobra, Robert jedzie z nami – rzucił Ash, odwracając się. Uśmiechnął się, kiedy błękitne oczy trzylatka spojrzały wprost na niego. – Musimy się ubierać.
- Idziemy? – zapytał blondynek, odkładając kredkę na stół. – Gdzie?
- Wujkowie muszą pozmawiać z pewną panią. Poczekasz na nas z Dave’em.
- Myślałem, że idziemy do taty – odparł, posłusznie podchodząc do Ashtona.
- Tata przyjedzie później.
- Tak?
- Tak.
- A teraz ubierzemy cię…
- W coś czaderskiego – wtrącił Michael. – Chodź, wuja Miki się tym zajmie.
- Micheal, ale…
- Musi wyglądać, jak jeden z nas – pociągnął Clifford, łapiąc chłopca za rączkę. – Musi mieć styl!
- Styla, wuja! Muszę mieć styla – zawtórował mu zadowolony Robert, kierując się razem z gitarzystą w stronę schodów.

***
                   Luke rozłożył się na moim łóżku, mimo tego, że był już kompletnie ubrany i gotowy do wyjścia. Od rana nie mógł się doczekać tego, aż wróci do domu. Zamiast piżamy i czarnego szlafroka, znów pojawiły się dżinsy i luźna koszulka z nadrukiem. Przesunęłam się, siadając między jego nogami. Dzięki temu udało nam się obojgu zmieścić na materacu.
                 Blondyn złapał za pilota, a następnie zaczął skakać z programu na program. Nie było ich dużo. Wiedziałam, czego szuka. Dzisiaj 5 Seconds of Summer, w niepełnym składzie, miało pojawić się w popołudniowym programie wiadomości. Tematem miała być muzyka i ich plany, ale byłam pewna, że dziennikarka i tak wypyta ich o bardziej prywatne rzeczy.
- Może już się skończyło? – zapytałam, mając nadzieję na to, że jednak nie przeoczyliśmy wystąpienia chłopaków.
- Nie, mówili, że będą około czwartej i… Jest! – rzucił z zadowoleniem Luke, wciskając się bardziej w poduszkę, którą miał za plecami. Owinął ramiona wokół mojego pasa, układając brodę na moim ramieniu.
                  Między nami zapanowała cisza. Od czasu do czasu Luke komentował niektóre wypowiedzi i pytania, dodając jednocześnie coś od siebie. Głównie skoncentrowano się na ich planach i nowej płycie, nad którą pracowali. Oczywiście kobieta już z początku zaczęła wypytywać ich o Hemmingsa. Ci jednak zapewniali raz za razem, że nic mu nie jest i już dzisiaj wraca do domu.
                  W pewnym momencie wstrzymałam oddech, a blondyn za moim plecami spiął mięśnie, kiedy na ekranie pojawił się nasz syn. Robert, jak gdyby nigdy nic wleciał na plan, podbiegając z zadowoleniem do Michaela. Wytrzeszczyłam oczy, widząc, że Clifford przerobił go na małą wersję siebie. Miał na sobie czarne spodnie, białą koszulkę z 5 Seconds of Summer, a do tego dżinsową katanę i identyczny nieład na głowie, jak on. Wiedziałam, że pojawienie się chłopca w programie nie było planowane, bo Robert nie zawsze chciał się słuchać. Dzięki temu wiedziałam też, że nie udało im się znaleźć niani na czas.
- Wuja Miki – rzucił mały Hemmings, przerywając zaskoczonej kobiecie w połowie zdania. Calum zakrył twarz dłonią, chichocząc pod nosem. Pozostali mieli oczy, niczym spodki. – Wuja Dave powiedział, że piłaliny mają za dzieci jajca, to prawda?
- O kurwa – wydusił z siebie Luke, wciskając twarz w moje ramię. - Powiedz, że to nie jest naprawdę. – Byłam zbyt pochłonięta tym, co dzieje się na ekranie, by mu odpowiedzieć.
- Mają i z nich wykluwają się małe pingwinki – odparł powoli Michael. – Wrócisz do Dave’a?
- Dave nie umie rysować.
- Może narysujesz mi, jakiś obrazek? – odezwała się prowadząca.
- Chcesz?
- Bardzo chcę.
- Spoko – skwitował Robert, a ja myślałam, że oczy wylecą mi z orbit. Odsunęłam się, by móc spojrzeć na czerwonego na twarzy blondyna. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Hemmings rechocze pod nosem.
- To nie jest śmieszne! – warknęłam, machając ręką w stronę telewizora.
- Jest… Widziałaś ich miny – odparł, nadal dusząc się ze śmiechu. – Może to z jajkami nie było zbyt trafione, ale musisz to przyznać, skarbie, że nasz syn nadaje się na gwiazdę i… Ał! Zwariowałaś?! – warknął, kiedy trzepnęłam go w tył głowy.
- Zaraz będzie, że nasz syn się nie słucha! Zarzucą nam, że źle go wychowujemy i…
- Wyluzuj, to tylko dziecko – powiedział, muskając ustami mój policzek. Spojrzałam kontrolnie na ekran. Robert zniknął ze studia, a chłopaki kontynuowali rozmowę. – Dzieci nie zawsze robią to, co chcą dorośli i ty dobrze o tym wiesz. Zresztą, jest uroczy, jak jego tata. Ma urok Hemmingsów. – Uniosłam brew, nie odrywając od niego wzroku. – Nikt nie powie, że jesteśmy złymi rodzicami. Takie wpadki się zdarzają. Przynajmniej będziemy mieli, co wspominać. Dlaczego ciągle się tak dziwnie na mnie patrzysz?
- Bo on ma urok Walker, a nie twój. – Skrzywiłam się, kiedy Luke sprzedał mi pstryczka w nos. – Weź…
- Mylisz się.
- Wal się.
- Ha! Brakuje ci argumentów!
- Pieprz się.
- Z tobą zawsze.
- Zachowujesz się, jak dziecko.
- I jestem przy tym uroczy, jak nasz syn. To urok Hemmingsów, skarbie. Ma to we krwi.
- Potrzebujesz psychiatry.

***
                  Pocałował ją po raz kolejny, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który cisnął mu się na usta. Emily wsunęła dłoń w jego włosy. Uwielbiał kiedy to robiła. Spojrzał w jej ciemne oczy. Nie chciał jej tu zostawiać, ale musiał wrócić do domu. Obiecał też, że będzie codziennie do niej zaglądał. Przez to też chciał mieć pewność, że dziewczyna naprawdę wraca do zdrowia. Za jej plecami był w kontakcie z lekarzem, który mówił mu o wszystkim. Jak na razie nie było powodów do niepokoju i Luke miał nadzieję, że i ona szybko stąd wyjdzie.
                Odwrócił się, a następnie odsunął od niej, kiedy drzwi od sali otworzyły się. Do środka wszedł Ashton i Michael. Dziewczyna od razu zmrużyła na nich oczy, udając rozzłoszczoną. Hemmings wiedział, że gra, chcąc ich wkręcić. Irwin uśmiechnął się do niej nerwowo, zaś Clifford wzruszył ramionami, machając jej z drugiego końca pomieszczenia.
- Więc… Wiesz, co się stało, ale to nie było planowane – zaczął powoli perkusista, podchodząc do łóżka, na którym siedziała. – Dave mówił, że się odwrócił, a jego już nie było.
- I? – Luke w tym momencie miał ochotę ryknąć śmiechem. 
               Emily naprawdę dobrze grała poważną. Widział, jak Clifford przystępuję z nogi na nogę. Dziewczyna skrzyżowała teatralnie dłonie na klatce piersiowej, ciągle bacznie ich obserwując.
- Chyba też zapomniałem mu przypomnieć, że teraz ma się słuchać Dave’a – pociągnął Ash, robiąc przepraszającą minę.
- I?
- Serio, Em? Nic się wielkiego nie stało i… Czy ty właśnie dusisz się ze śmiechu? – mruknął, przekręcając oczami.
                Luke zerknął na dziewczynę, która faktycznie zaczęła cicho chichotać pod nosem. Potem jej głos rozniósł się po całym pomieszczeniu. To ewidentnie sprawiło, że atmosfera w pokoju zelżała, a chłopaki rozluźnili się. Irwin dla zgrywy lekko puknął ją w ramię.
- Jesteś pod tym względem straszna – skwitował perkusista, zezując na nią.
- Tak już mam.
- Przez chwilę czułem się, jak na dywaniku u rodziców! – rzucił Michael, krzywiąc się. – Jakbym miał zaraz dostać szlaban!
- Masz szlaban za to, jak wyglądało moje dziecko – powiedziała Em, machając na niego palcem. – Zero komputera przez tydzień.
- Nie będzie cię w domu, więc twój szlaban jest łatwy do obejścia – odparł Michael, prychając pod nosem. – A zresztą, Robert wyglądał czadersko!
- Wyglądał, jak ty.
- Czyli czadersko! Mam styl i…
- Starczy – przerwał Luke, wstając z łóżka. - Jak sytuacja na zewnątrz?
- Nikogo nie ma – odpowiedział Ash. – Już wcześniej puściliśmy fałszywą informację o tym, że znajdujecie się w innym szpitalu, dlatego mieśmy spokój, kiedy tu przychodziliśmy. Zresztą, nie jesteśmy, aż tak mocno popularni, by ciągle biegały za nami paparazzi. Pojawiają się, jak tylko dostają cynk, a to się zdarza rzadko.
- I całe szczęście – powiedziała Emily.
- Głównie dzięki młodemu. Wcześniej specjalnie było więcej zdjęć, które miały pomóc w jeszcze większym rozgłosie. Odkąd pojawił się Robert, nasz menadżer uznał, że trzeba zmienić trochę zasady. Dać nam, a przede wszystkim wam, więcej prywatności.
- Mały został z Calumem? – zapytał Hemmings.
- Są w domu. Pojechali drugim samochodem.
- Uściskaj go ode mnie – powiedziała dziewczyna, pukając blondyna w ramię.
- Oczywiście. Niedługo i ty stąd wyjdziesz.
- Taką mam nadzieję.

                Jak tylko wszedł do domu, usłyszał szybkie, małe kroki, które kierowały się w jego stronę. Odłożył torbę na bok, a następnie ukucnął, widząc pędzącego chłopca. Po chwili Robert wpadł w jego ramiona, obejmując go za szyję. Wtulił się w niego, jakby nie widział syna od miesięcy. Tak bardzo za nim tęsknił.
- Cześć, mistrzu – powiedział cicho, kiedy Robert cmoknął go w kącik warg. – Byłeś grzeczny?
- Tak!
- Byłeś dzisiaj w telewizji. Widziałem cię.
- Widziałeś?
- Chyba ktoś nie posłuchał się Dave’a.
- Kabel – mruknął Robert, a Luke zrobił wielkie oczy.
- Co powiedziałeś?
- Dave to kabel.
- Co znaczy, że ktoś jest kabel? – zapytał powoli Luke.
- Że ci powiedział coś, a nie powinien. Zdradził sekret.
- Okej… W porządku – skwitował Hemmings. Nie widział sensu w tym, by teraz tłumaczyć małemu, że Dave wcale nie jest kablem i że jego rodzice sami domyślili się tego, że nie słuchał jego poleceń.
- To, co? Zrobię, jakąś wczesną kolację? – odezwał się Ash.
- Zamówmy wielką pizzę, błagam. Chcę zjeść coś niezdrowego i mocno przyprawionego – odpowiedział Luke, stawiając Roberta na podłodze.
- Dobre wyjście, nie chce mi się stać przy garach – rzucił Irwin, kiwając głową.
- Pizza! – krzyknął Robert, podskakując w miejscu. – Pizza rządzi!
- Właśnie tak, mistrzu! – zawtórował mu Michael.
- Punk rock! – odpowiedział mały Hemmings, przybijając piątkę z czerwonowłosym wujkiem.
- Zepsuliście mi dziecko!
- Punk rock, stary!
- Punk rock, stary! – powtórzył chłopiec. Luke zrobił wielkie oczy, machając jednocześnie Robertowi palcem przed nosem. – Punk rock, tato? – poprawił się z miną niewiniątka.
- Właśnie tak. Nie możesz mówić do mnie stary. Jestem twoim ojcem.
- Wuja mówi.
- Bo jest głupi.
- Luke! – warknął Ash, odwracając się i patrząc na niego z niedowierzaniem. 
                Hemmings  przekręcił oczami. Robert roześmiał się, a następnie pobiegł w kierunku Caluma, który oglądał to wszystko, powstrzymując się od śmiechu.
- Pieprzony dom wariatów – wymamrotał pod nosem Irwin, idąc do kuchni. – Wariatkowo city.


***
Hemmings już w domu :) Teraz została nam w szpitalu, tylko Emily. A odnośnie chłopaków - według Was dawali sobie radę z małym? :D
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję za wszystkie opinie, które skutecznie motywują mnie do dalszej pracy! 

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego! 


6 komentarzy:

  1. Jezu rozdział genialny. W nie których fragmentach śmiać mi się chciało. Chłopacy świetnie poradzili sobie z Robertem. Niech Emily szybko wraca do zdrowia. I wraca do domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobał :)
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Ojoj, słodko 💜💛💙💜💚❤💗💓💕💖💞💞

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialne ❤❤❤ ~M

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej jaki fajny rozdział ❤

    OdpowiedzUsuń