niedziela, 13 listopada 2016

S2 - Rozdział 24

              Mięły trzy dni. Trzy długie dni od kiedy się obudził. Te trzy dni zlewały się w jedną całość, a on miał wrażenie, że popada w monotonię. Każdy z nich był identyczny. Każdy z nich był niemalże taki sam. A wydarzenia następowały po sobie w idealnym schemacie. Jakby ktoś wciąż na nowo odtwarzał film.
              Z samego rana budziła go pielęgniarka, by podać mu leki, a także zmienić opatrunki. Później jadł śniadanie. Potem następował czas, w którym oglądał telewizję lub słuchał muzyki. Dzwonił też do rodziców, zarówno swoich, jak i Emily, zapewniając ich raz za razem, że ma się już lepiej, że stan dziewczyny z dnia na dzień się poprawia i że nie ma im tego za złe, że nie dali rady przyjechać. Choć ich rodziny nadal próbowały dostać się do Anglii, Luke'owi w końcu udało się ich przekonać do tego, że nie muszą zupełnie tego robić. On dochodził do siebie, wierzył w to, że i Em w końcu się obudzi, a chłopaki dobrze radzili sobie z Robertem. Wszystko było pod kontrolą. Potem przynosili mu obiad. Dopiero po tym posiłku jego życie odżywało. Zazwyczaj w tych godzinach zjawiali się chłopaki – przeważnie pojawiając się u niego na zmianę parami. Jak tylko wychodzili, Luke szedł odwiedzić Emily. Dawali mu pięć minut dziennie. Skromne i bolesne pięć minut, podczas których był pod czujnym okiem pielęgniarki. W ciągu tych trzech dni widział ją łącznie, tylko przez piętnaście minut, a to tym bardziej go dobijało. Wiedział jednak, że musi się trzymać. Po powrocie wmuszał w siebie kolację, by potem znów tępo wpatrywać się w ekran telewizora. Po zażyciu kolejnej porcji leków, udawało mu się zapaść w niespokojny sen. A rano wszystko zaczynało się od nowa.
               Ciągle miał też przed oczami obraz bladej, nieprzytomnej Emily. Widział zasklepione, niewielkie ranki na jej skórze. Połowa twarzy zakryta była przez sylikonową maskę tlenową. Gumowe rurki i kabelki otaczały jej ręce i klatkę piersiową, łącząc ją z kroplówką i maszynami monitorującymi jej stan, które stały naokoło łóżka. Jedyne na co mógł pozwolić sobie w obecności pielęgniarki, to kilkuminutowe trzymanie jej ciepłej dłoni. Kobieta ani razu nie pozwoliła podnieść mu się z wózka inwalidzkiego, więc połączenie ich rąk było jedyną formą kontaktu, jaki mógł wykorzystać. Za każdym razem siedząc przy łóżku dziewczyny walczył sam ze sobą. Z cisnącymi się do oczu łzami, drżącą wargą i eksplozją emocji i wspomnień. A nie wszystkie były dobre i spokojne. Nie wszystkie dawały ukojenie. Mimo wcześniejszej rozmowy z chłopakami, za każdym razem kiedy siedział obok niej, czuł narastające poczucie winy i gorycz. Jakby wina za wypadek spoczywała częściowo i na jego barkach. Wiedział, że jest to dość irracjonalne myślenie, bo to nie on zawinił. Jednak nie potrafił się pozbyć tego nieprzyjemnego odczucia. Katował się nim, zdając sobie sprawę z tego, że jego wewnętrzna tortura zakończy się wtedy, kiedy Emily do niego wróci.

                  Oparł się o poduszkę, wlepiając oczy w sufit. Dochodziło południe, a on już nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Miał dość tkwienia w tym miejscu. Czuł się tak, jakby był kompletnie odcięty od rzeczywistości. Jakby przebywał w zupełnie innym świecie, niż ci wszyscy ludzie na zewnątrz.
                  Westchnął pod nosem, odwracając się w stronę szafki. Złapał za komórkę, a następnie odblokował ją. Przez chwilę wpatrywał się w ekran, zastanawiając się, czy powinien zawracać głowę reszcie. Chłopaki i tak odwiedzali go codziennie, dodatkowo zajmowali się jego dzieckiem. Po chwili jednak odnalazł odpowiedni kontakt. Potrzebował normalnej rozmowy. Chwilowego oderwania się o szpitalnej egzystencji. Usłyszenia znajomego głosu. Nacisnął zieloną słuchawkę, a potem przyłożył komórkę do ucha. Ashton odebrał po drugim sygnale.
- Mam nadzieję, stary, że dzwonisz, bo masz dobre wiadomości albo chcesz po prostu pogadać. Dzisiaj mamy tu strefę bez zmartwień, więc…
- Chcę pogadać.
- O czymś konkretnie?
- Po prostu… Cholernie się nudzę. Dostaję na głowę – jęknął Luke, pocierając palcami kąciki oczu. Irwin zaśmiał się cicho. – Cieszę się, że cię to bawi.
- Nie bawi, ale… Wcale ci się nie dziwię. Niedługo przyjedziemy.
- Dzięki Bogu.
- Rozmawiałeś dzisiaj z lekarzem?
- Tak. Mają zrobić mi dodatkowe badania, a jeśli będą w porządku, to będę mógł wrócić do domu. Jednak nie mam na co liczyć, by urwać się z stąd przed weekendem. Wypisy robią na początku każdego tygodnia. Będę musiał wytrzymać do poniedziałku.
- Jak się czujesz?
- Zajebiście – mruknął, kręcąc nosem.
- Nie bądź dupkiem.
- Pada mi na łeb, okej?
- Chodziło mi o to, jak się czujesz fizycznie.
- Lepiej. Mimo tego, że mogę już sam chodzić, to nadal wożą mnie wszędzie na wózku inwalidzkim. Jedynie gdzie mogę iść sam, to pieprzona toaleta lub korytarz. Nie mam jednak zamiaru włóczyć się po nim, niczym zombie… Chcę już do domu.
- Dasz radę i…
                 Ale w tym momencie Luke przestał go słuchać. Do jego ucha doszedł znany mu dziecięcy głos. Ten głos, za którym tak cholernie tęsknił. Miał wrażenie, że nie słyszał, a tym bardziej nie widział go od bardzo dawna. Przymknął powieki, powstrzymując łzy. Wiele by dał za to, by móc zobaczyć synka. Wiedział jednak, że nie może się rozkleić i rozsypać.
- Luke?
- Jestem – powiedział cicho, siląc się na neutralny ton. – Robert jest z tobą?
- Bawi się z Calumem i Michaelem. Budują wierzę z klocków. – Hemmings uśmiechnął się ze smutkiem.
- Nie rozrabia? – wydusił z siebie.
- Nie. Jest grzeczny.
- Mogę… Dasz mi z nim porozmawiać?
- Jasne. – Usłyszał, ciche szumy, jakby Ash odwracał się na kanapie. – Robert, dzwoni tata! Chodź szybko, bo ucieknie! Szybko, szybko… Siadaj u wujka na kolanach i trzymaj telefon.
- Tatuś? 
               W tym momencie Luke uśmiechnął się przez łzy, jednocześnie czując, jak cholernie ścisnęło go w gardle. Nie znosił rozstawać się z małym, choć przez częste wyjazdy był, w jakiś sposób do tego przyzwyczajony. Teraz była to jednak zupełnie inna sytuacja. Bolało bardziej. Tęsknił mocniej.
- Cześć, mistrzu!
- Tata! Dzwoni mój tata!
- Zapytaj się, co u niego – podpowiedział mu Ash, a uśmiech Luke'a poszerzył się.
- Co u ciebie?
- Wszystko dobrze.
- Wrócisz?
- Już niedługo, synek.
- Tata przyjedzie. Wuja Aszti, tata przyjedzie. Niedługo – ostatni wyraz przeciągnął, co wywołało cichy śmiech ze strony blondyna. – To kiedy to będzie? Kiedy jest niedługo?
- Po niedzieli.
- Niedzieli, wuja. Będzie niedzieli. Niedzieli to niedługo – skwitował Robert pewnym siebie głosem. – Tak?
- Dokładnie tak, mistrzu.

                   Poprawił miękki, czarny szlafrok, który miał na sobie, opierając się o łóżko. Nie mógł już dłużej leżeć. Choć lekarze kazali mu odpoczywać i się nie przemęczać, jego ciało wołało o pilną zmianę pozycji. Miał odrętwiałe nogi, a kręgosłup pulsował tępym bólem. Wolał palnąć sobie w łeb, niż wrócić do łóżka i znów w nim tkwić, nie wiadomo, jak długo.
                  Spojrzał zniecierpliwiony na ekran telefonu, by po raz kolejny odczytać godzinę. Czas niemiłosiernie się dłużył, a on nie mógł się doczekać tego, aż w końcu pojawią się chłopaki. Zastanawiał się, kogo dzisiaj będzie miał do towarzystwa. Wczoraj był tu Michael i Calum. Dzisiaj… Próbował zgadywać.
                   Podskoczył, kiedy drzwi od sali powoli się otworzyły. Od razu spojrzał w ich stronę. Wytrzeszczył oczy, widząc swoich gości. Tego się nie spodziewał. Robert zapiszczał, biegnąc na spotkanie z ojcem. Luke ukucnął, a kiedy mały chłopiec padł w jego ramiona, poczuł, jak kolejny raz tego dnia, jego oczy zachodzą łzami. Musnął ustami dziecięcy policzek, przez moment kołysząc syna, który ciasno objął rączkami jego kark. Wtulił się w niego, jakby nie widział go od miesięcy. Po dłużej chwili uniósł lekko głowę. Jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem uśmiechniętego od ucha do ucha Ashtona.
- Dziękuję – wyszeptał cicho Hemmings. Następnie spojrzał na małego. – Cześć, skarbie.
- Odwiedzam cię.
- Cieszę się bardzo, mistrzu.
                   Podniósł chłopca. Już nawet ból w krzyżu przestał mieć znaczenie. Podszedł do łóżka i usiadł na nim, sadzając Roberta na kolanach. Rączki dziecka zacisnęły się na jego szlafroku. Chłopaki wzięli krzesła, które stały w rogu sali, ustawiając je obok nich. Następnie i oni zajęli miejsca. Wszyscy, oprócz Irwina, który podszedł do szafki, by sprawdzić jej zawartość. Luke widział, jak zmarszczył nos.
- Co?
- Przynieśliśmy ci trochę przekąsek i owoców, ale… Ty w ogóle coś jesz? – odparł Ash, zerkając na niego badawczo.
- Jem.
- To czemu większość przyniesionego przez nas jedzenia jest nieruszona?
- Nie mam tu, aż takiego apetytu, by to wszystko…
- Masz to zjeść - przerwał mu Irwin, machając na niego palcem. Luke przekręcił oczami, a następnie uśmiechnął się, spoglądając na chłopca.
- Co dzisiaj porabiałeś?
- Zrobiliśmy obrazki – powiedział Robert, klaszcząc w ręce. Calum wychylił się, podając mu dwie kartki papieru. – Pacz, tato. Wuja Cal mi pomagał.
- Kto jest na obrazku? – zapytał Luke, choć bardzo dobrze wiedział, kto się tam znajduje.
- To ja. – Robert wskazał na małego, krzywo narysowanego ludzika. – To ty i mama – dodał po chwili, pokazując palcem na kolejne dwie postacie. – Tu jest wuja Aszti, wuja Cal i wuja Miki. – Jego dłoń znów przesunęła się po malunku.
                   Wszystkie ludziki z ich rodziny miały, jakąś cechę, po której można było ją rozpoznać. Emily była jedyną dziewczyną na obrazku, Robert był najmniejszy, on miał długie nogi i jasną czuprynę, Ashton trzymał w rękach pałeczki do perkusji, Michael miał czerwone włosy, a Calum czarne, jak węgiel oczy. Spoza twardo zaznaczonych konturów wyjeżdżały kolory, więc Hemmings domyślał się, że Hood zrobił zarys postaci, a Robert pomagał mu to kolorować.
- A tu, co tu jest? – dopytał Luke, pukając w drugą kartkę.
- Piłalin! – zawołał roześmiany Robert.
- Jest… Śliczny – skomentował Hemmings, przekrzywiając lekko głowę.
- Powiedz coś nie tak na temat mojego pingwina, a urwę ci…
- Nie przy małym! – warknął Ash, pukając znienacka Caluma w tył głowy. Hood zakołysał się na krześle, a potem prychnął z niezadowoleniem.
- Jest oryginalny – pociągnął ze śmiechem Luke, patrząc na wielką czarno-żółtą kulkę, która miała przedstawiać pingwina.
                  Narysowane zwierzę miało krzywe skrzydła, pomarańczowy dziób i dziwną, czerwoną czapkę na głowie, z wielkim zielonym pomponem. Trzymał granatowego latawca. A może to był balon? Luke do końca nie był pewny, co miało to przedstawiać.
- Oba bardzo mi się podobaja – powiedział blondyn, całując czółko chłopca.
- Teraz nie będziesz smutać. Jak spojrzysz na to, to się uśmiechniesz.
- Oczywiście. Tak właśnie będzie.
- Tato?
- Tak?
- Możemy zobaczyć mamę?
- Mama… - Zagryzł lekko wargę. Błękitne oczy małego nawet na moment nie odrywały się od jego twarzy. Luke nie chciał, by Robert oglądał nieprzytomną Emily. By widział, w jakim jest stanie. – Mama jest bardziej chora, niż tata. Nie możemy jeszcze do niej iść.
- Ale… Nie będzie chora później?
- Wyzdrowieje.
- Wyzdrowieje – powtórzył za nim Robert.
- Dokładnie tak.
- I wrócicie do domu?
- Wrócimy.
- Idę po coś do picia. Chcecie coś? – zapytał Michael, wstając z miejsca. Wszyscy ochoczo przytaknęli, składając u niego zamówienia na słodkie napoje. – Idziesz ze mną, mistrzu?
- Mogę? – odezwał się ponowne Robert, patrząc na ojca.
- Możesz.
                 Clifford podszedł bliżej łóżka, a potem przejął od niego chłopca. Postawił go na podłodze. Robert od razu złapał za jego rękę. Oboje ruszyli w stronę drzwi. Po chwili zniknęli za nimi, a oni zostali sami.
- Wiem, że szpital, to nie miejsce dla dziecka – zaczął Ash, spoglądając na Luke'a.
- Daj spokój, cholernie się cieszę, że w końcu go zobaczyłem - odparł, machając ręką.
- Z początku bał się iść. Bał się pani w białym ubraniu – dodał cicho Calum. – Opowiadaliśmy ci o… O tym, co się stało. Wytłumaczyliśmy mu, że tym razem nic złego się nie wydarzy. Nie mógł się doczekać, by cię w końcu zobaczyć.
- Jestem wam wdzięczny za to, że go nie zostawiliście.
- Nie było takiej opcji – mruknął Hood, kręcąc głową.
- Myślałem, że w końcu uderzysz tę pielęgniarkę – dodał ze śmiechem Ash. – Bałem się, że nas stąd wywalą.
- Jeszcze raz wielkie dzięki – powiedział Luke z uśmiechem.
- Daj spokój, ty zrobiłbyś to samo dla nas – odpowiedział Irwin, rozsiadając się na swoim krześle. – Jesteśmy, jak wielka popieprzona rodzina.
- Zajebista popieprzona rodzina – podsumował Calum ze śmiechem.
- Zjedz jogurt – rzucił Ash, podsuwając Luke'owi kolorowy kubeczek pod nos.
- Nie jestem…
- Jedz!
                Blondyn przekręcił oczami, przejmując od niego przekąskę. Po chwili dostał łyżeczkę. Zerknął na perkusistę, który pokiwał głową. Wiedział, że jest na przegranej pozycji. Ashton mu nie popuści. Otworzył wieczko. Do jego nosa od razu dotarł słodki, truskawkowy zapach. Zanurzył łyżeczkę w lekko różowawym jogurcie. Przyszedł czas na zjedzenie poobiedniego deseru.

                Siedział na łóżku, przyglądając się rysunkom, które dostał od syna. Co jakiś czas na jego twarzy pojawiał się delikatny uśmiech, kiedy przejeżdżał palcem po krzywych kreskach. Żałował tego, że Emily nie mogła być tu dzisiaj razem z nimi. Zamiast tego leżała na innej sali, zupełnie od nich odcięta.
                Luke spojrzał na telewizor. Właśnie leciała powtórka wieczornych wiadomości. Jego oczy zatrzymały się na wyświetlanej godzinie. Było po dziesiątej. Zwiesił głowę, zastanawiając się nad planem. Planem, który pojawił się w jego myślach, jak tylko chłopaki i Robert od niego wyszli.
                Luke zrezygnował dzisiaj z pięciominutowych odwiedzin u Emily. Zrobił to celowo. Chciał posiedzieć z nią dłużej. Chciał, choć przez dłuższą chwilę, pobyć z nią sam na sam, bez czujnego wzroku wścibskiej pielęgniarki, która niecierpliwie czekała na to, by zaprowadzić go z powrotem do jego sali. Dlatego uznał, że wślizgnie się do pomieszczenia późnym wieczorem, kiedy większość pacjentów będzie już spać, a szpitalny korytarz będzie praktycznie opustoszały. Nikt nie będzie się tam kręcić. Nikt nie będzie zakłócał ciszy nocnej. Może też nikt go nie zauważy?
                Wstał z łóżka, odkładając rysunki na szafkę. Złapał za pilota, wyłączając telewizor. Narzucił na siebie szlafrok, lekko się krzywiąc. Ból w plecach znów odezwał się na krótką chwilę. Wziął głębszy oddech, a następnie podszedł do drzwi. Otworzył je, wysuwając głowę. Rozejrzał się. Tak jak przypuszczał, korytarz był zupełnie pusty.
                Wyszedł z sali, ruszając w kierunku dużych drzwi, które prowadziły do drugiej części oddziału wewnętrznego. Starał się być czujny. Chciał wyłapać, jakikolwiek dźwięk, który dałby mu znać o tym, że jakaś pielęgniarka lub lekarz postanowił opuścić swój gabinet czy pokój. Wtedy udałby po prostu, że idzie do łazienki. Na szczęście, podczas tej drogi nie spotkał nikogo.
                 Dla pewności rozejrzał się po raz kolejny, a następnie otworzył następne drzwi. Zamknął je cicho za sobą, starając się nie robić zbyt wielkiego hałasu. Przez chwilę wstrzymał oddech, by znów wytężyć słuch. Nic. Zero. Teren był czysty.
                Ruszył przed siebie, zatrzymując wzrok na tych konkretnych drzwiach, za którymi leżała Emily. Będąc niedaleko nich, zwolnił kroku. Westchnął, kładąc dłoń na zimnej klamce. Nacisnął ją i wślizgnął się do środka.
               W pomieszczeniu panował pół mrok. Głównym źródłem światła była wisząca na ścianie lampka, która znajdowała się z boku niewielkiej sali. Wokół sześciu łóżek rozstawiono parawany. Zrobił krok do przodu, wychylając się w stronę okna, wychodzącego do sąsiadującego pokoju. Odetchnął z ulgą, czując, że ma dzisiaj szczęście. Nawet tam nie było nikogo, choć zazwyczaj znajdowała się tam jedna osoba, która czuwała nad leżącymi tu osobami.
                Przeszedł w bok, omijając dwa szpitalne łóżka. Starał się nie patrzeć na starsze kobiety, które na nich leżały. Zatrzymał się przy trzecim, na którym znajdowała się ona. Wokół niej znajdowały się maszyny, które na okrągło monitorowały jej stan. Teraz jeszcze dokładniej widział zapis każdego z nich, bo oświetlone liczby, dziwne znaczki, których nie rozumiał, były wyraźniejsze, niż przy zapalonym świetle.
                 Wszedł za parawan. Przybliżył się do nieprzytomnej Emily. Delikatnie odgarnął z jej czoła ciemne kosmyki włosów. Nachylił się, składając na jej skroni czuły pocałunek. Jego druga dłoń szybko odnalazła jej rękę. Owinął palce wokół jej miękkiej, ciepłej skóry. W tym momencie miał ochotę błagać ją o to, by w końcu otworzyła oczy. By wreszcie do nich wróciła. Czuł się jednak bezsilny, bo wiedział, że w tej sprawie nic nie może zrobić. Zacisnął zęby, starając się zwalczyć to beznadziejne odczucie. Widział, że jedyne co może zrobić, to czekać.
                 Wyprostował się. Złapał za stojące przy szafce krzesło. Ustawił je, jak najbliżej łóżka, a następnie usiadł na nim. Nogi mebla cicho zapiszczały na kafelkach, kiedy przysunął się jeszcze bardziej. Ponownie splótł jej palce ze swoimi. Wychylił się do przodu, opierając brodę na pięści, którą ułożył na twardym materacu. Przez moment tkwił w takiej pozycji, nie odrywając od niej oczu. Pozostając w kompletnej ciszy, która była jedynie przerywana przez krótkie pikanie maszyn, znajdujących się w pomieszczeniu.
- Emi – powiedział półszeptem, gładząc wierzch jej dłoni. – Wiem, że to głupie, bo pewnie mnie nie słyszysz, ale musisz wiedzieć, że… Cholernie mi ciebie brakuje. Chcę znów zobaczyć twój uśmiech i usłyszeć twój głos. Chcę… Tak bardzo chcę byś w końcu do nas wróciła, skarbie. Wiem, że w końcu ci się to uda. Byłaś… Zawsze byłaś silna. Pokonasz i to. A potem wrócimy oboje do domu. Wrócimy do naszego synka.
                 Wziął głębszy oddech. Był to oddech ulgi, jakby niewidzialny ciężar schodził z jego ramion. Od tak dawna chciał to powiedzieć. Odezwać się do niej. Zrobić cokolwiek innego, niż zwykłe siedzenie obok i trzymanie jej dłoni. W obecności pielęgniarki nie było to możliwe. Kobieta, w jakiś sposób go krępowała. Nie czuł się komfortowo, gdy była tuż za jego plecami.
- Dzisiaj chłopaki przyprowadzili Roberta. Jest cały i zdrowy. Nic mu się nie stało. Uratowały go pasy. Jest w domu razem z nimi. Przyniósł mi rysunki, które zrobił z Calumem. Uwiecznili na jednym z nich całą naszą rodzinę. Zawsze traktowaliśmy się, jak rodzina. Jak to powiedział dzisiaj Cal, zajebiście popieprzona rodzina i to określenie chyba dobrze do nas pasuje. Ale wiesz, co… Nie zamieniłbym tego na nic innego. Za nic w świecie, bym tego nie oddał.
                   Przyciągnął do siebie jej dłoń. Musnął ustami wierzch jej skóry, a następnie położył ją delikatnie na pościeli. Ich palce nadal pozostawały złączone. Wrócił do poprzedniej pozycji, opierając się o rękę. Błękitne oczy znów skupiły się na nieprzytomnej dziewczynie.
                  Wiedział, że nie może zostać tu zbyt długo, ale dzisiaj postanowił odrobinę zaryzykować. Najwyżej wywalą go z sali. Miał jednak nadzieję, że nie stanie się to zbyt szybko. Liczył na to, że los da mu szansę na spędzenie przy jej łóżku nieco więcej czasu.

                  Powoli otworzył oczy, czując, jak zdrętwiało mu całe ciało. Dopiero po chwili zrozumiał, że nadal znajduje się w sali Emily. Musiał przysnąć. Jego policzek przyciskał się do materaca. Mimo wszystko wciąż trzymał jej dłoń. Zastanawiał się tylko, jak długo spał. Powoli wyprostował się, zerkając na monitory stojące wokół łóżka. Jeden z nich wyświetlał również aktualny czas. Było grubo po północy.
                 Wstrzymał oddech, kiedy zorientował się, że dziewczyna mocniej zacisnęła dłoń wokół jego ręki. Raptownie podniósł się z krzesła, a nogi mebla jęknęły, przesuwając się po podłodze. Przybliżył się do Emily, przejeżdżając delikatnie palcami po jej policzku. Uśmiechnął się, kiedy z jej ust wydobyło się ciche, ledwo słyszalne mruknięcie.
- Kochanie?
                  Bacznie ją obserwował, nawet na moment nie odrywając od niej wzroku. Zagryzł wargę, kiedy Em poruszyła się po raz kolejny. W końcu powoli rozchyliła powieki. Doskonale wiedział, jak bardzo zdezorientowana jest w tym momencie. Sam przez to przechodził. Jakby ktoś wyrwał cię z twojego życia i brutalnie wrzucił do całkiem innej rzeczywistości. Potrzeba dłuższej chwili, by twój mózg i organizm zrozumiał i zaakceptował to, co się dzieje.
- Emi?
- Co… Lu… Luke?
- Dzięki Bogu – powiedział cicho, całując jej czoło.
                 Miał wrażenie, że w tej chwili wszystkie jego wnętrzności ściśnięte są pod wpływem emocji. Poczuł, jak trzęsą mu się dłonie. W tym momencie był jednocześnie przestraszony, jak i mocno szczęśliwy. Miał nadzieję, że nic złego już się nie stanie i Em stanie na nogi tak szybko, jak on. Że nic jej nie będzie. Że te najgorsze chwile mają już za sobą.
- Luke?
- Nie ruszaj się, nie wstawaj i… Em, nie wolno ci tego ściągać! – warknął cicho, kiedy ręka dziewczyny powędrowała do maski tlenowej, która zasłaniała większość jej twarzy. – Nie ruszaj.
- Co z…
- Nic mu nie jest. Nic mu się nie stało.
- A ty?
- Jest w porządku. Teraz w końcu jest już naprawdę w porządku – powiedział, czule gładząc wierzch jej dłoni. – Nie denerwuj się, skarbie – dodał, kiedy zauważył na jednym z monitorów, że jej puls przyspieszył. – Wszystko będzie dobrze.
                 Zdążył tylko to powiedzieć, a drzwi od sali otworzyły się. Odwrócił się na dźwięk kroków. Po chwili przed jego oczami znalazł się lekarz i jedna z pielęgniarek. Mężczyzna zsunął na czubek nosa okrągłe okulary. Zmierzył go wzrokiem, a następnie podszedł do łóżka.
- Mogę wiedzieć, co pan tu robi i kim pan jest? - zapytał doktor poważnym tonem.
- Luke Hemmings i…
- Panie Hemmings, sądząc po pana ubraniu jest pan jednym z naszych pacjentów, więc mogę wiedzieć, dlaczego nie jest pan w swojej sali?
- Ja… Musiałem…
- Proszę wyjść – powiedział, kiwając głową w stronę pielęgniarki.
- Ale… Jestem jej mężem i…
- Emily Walker nie ma męża, panie Hemmings.
- Jestem narzeczonym – odparł, mając nadzieję, że mężczyzna to kupi. – Chciałem powiedzieć, że jestem narzeczonym.
- Oświadczasz mi się teraz? – wymamrotała niewyraźnie Emily, marszcząc lekko nos.
- Wcale mi nie pomagasz – mruknął, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Uśmiechnął się jednak, widząc jak i jej kąciki ust podjechały do lekko do góry.
- Panie Hemmings…
- Mogę zostać, proszę? Chcę wiedzieć, co…
- Proszę wyjść.
- Ale…
- Proszę wyjść.
- Proszę – wyjęczał, składając ręce w błagalnym geście.
- Proszę opuścić salę. Chcę sprawdzić, co z pacjentką.
- Ale…
- Jest pan strasznie uparty, panie Hemmings – powiedział lekarz, kręcąc głową. – Niech pan poczeka na zewnątrz. Wtedy porozmawiamy.
- Dziękuję. Będę mógł później wrócić do sali?
- Tak, ale do swojej – odpowiedział mężczyzna, poprawiając okulary. Luke skrzywił się. - Proszę nie przeciągać struny. Odwiedziny w tej części oddziału kończą się o dziewiątej wieczorem. Będzie pan mógł zobaczyć się z panią Walker później.
- Próbowałem – powiedział, spoglądając na dziewczynę. Ponownie obdarzyła go zmęczonym uśmiechem. Nachylił się i po raz ostatni tej nocy, pocałował czule jej skroń. – Wrócę rano.
- Nigdzie się nie wybieram – odpowiedziała cicho.

                 Siedział na plastikowym, niewygodnym krześle, znajdując się dokładnie naprzeciwko drzwi, za którymi leżała Emily. Bębnił palcami w kolano, mając nadzieję, że czas szybciej mu minie. Chciał wiedzieć, co będzie teraz. Chciał wiedzieć, czy z Em wszystko jest w porządku. Niewiedza sprawiała, że denerwował się i niecierpliwił jeszcze bardziej.
                W końcu kiedy był pewny, że dłużej nie wytrzyma tego bezczynnego siedzenia, drzwi od sali otworzyły się. Od razu podniósł się z krzesła, podchodząc do lekarza. Mężczyzna przerzucił kilka zapisanych kartek, a następnie utkwił w nim zielone oczy.
- Co z Em? – zapytał od razu.
- Nie jestem teraz w stanie określić dokładnie jej stanu. Jednak to, że w końcu się obudziła jest dużym postępem. Reaguje na bodźce, nie straciła pamięci. Więcej informacji zdobędziemy po kolejnych badaniach. Konieczna będzie powtórna tomografia komputerowa głowy. Wprowadzone zostały leki, które mają pomóc wchłonąć się krwiakowi, który powstał na wskutek mocnego uderzenia w tył czaszki. Być może zobaczymy już spore efekty tej terapii.
- Ale… Nic jej nie będzie?
- Na daną chwilę nic nie zagraża jej życiu. Środki wchłaniające krwiaka zazwyczaj działają, więc jestem dobrej myśli, że pozbędziemy się i tego problemu. Teraz, panie Hemmings, proszę wrócić do swojej sali i odpocząć.
- Nie mogę chociaż na chwilę do niej zajrzeć?
- Pacjentka naprawdę potrzebuje spokoju i odpoczynku. Pan również potrzebuje snu. Sen działa regenerująco na całe nasze ciało. Pomaga w procesie leczenia. Oboje jesteście pacjentami, więc proszę zastosować się do tego zalecenia i odpocząć. Będzie pan mógł zobaczyć się z panną Walker rano. Godziny odwiedzin zaczynają się od siódmej.
- Dziękuję.
- Miałem też panu coś przekazać.
- Tak?
- Panna Walker powiedziała, że ma pan posłuchać tego, co mówię i się mi nie sprzeciwiać. – Blondyn zaśmiał się, jednocześnie kręcąc głową. To zdecydowanie były słowa Emily. – Proszę wracać do łóżka.
- Jasne. Jeszcze raz dziękuję panie...
- Doktor Johnson. Ja i doktor McDuff razem działamy na tej części oddziału. W razie jakichkolwiek pytań, proszę się do nas zgłaszać.
- Dziękuję, doktorze Johnson – powtórzył Luke, uśmiechając się do niego. Przez chwilę obaj spoglądali na siebie, nie ruszając się z miejsca.
- Tam są drzwi – odparł lekarz, wskazując początek korytarza. Chłopak prychnął z niezadowoleniem pod nosem. – Nie dam się nabrać na metodę: odczekam, aż się odwróci i wejdę do środka.
- Rozgryzł mnie pan – rzucił blondyn, wskazując mężczyznę palcem. – Już idę do siebie. – Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi, słysząc za plecami cichy śmiech doktora.


***
Em się obudziła, Luke zobaczył się z synem, Ash zdążył go zmusić do zjedzenia truskawkowego jogurtu - wszyscy szczęśliwi :D 
Do zakończenia tej historii pozostało nam chyba - o ile dobrze pamiętam - z sześć rozdziałów + epilog.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję za Wasze pozytywne i mega motywujące komentarze!

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego!

#DwaPlusJedenFF


14 komentarzy:

  1. Jej rozdział mega. Uśmiech nie schodził mi do samego końca rozdziału tak się ciesze że wszystko powoli wraca do normy. To jest ostatnia część tego opowiadania czy dalej będziesz je kontynuować

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało :) Niestety, nie zamierzam dalej kontynuować tego ff. Zakończy się na tej części.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Szkoda to opowiadanie jest naprawde świetne. Ale jak tak postanowiłaś. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Jej🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌🙌 Obudziła się! Wreszcie!💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜
    To opowiadanie jest cuuuudne z resztą jak wszystkie Twoje opowiadania! Genialne! I szczęśliwy Robert z Łukiem aww*_*
    Wiesz normalnie kocham Twoje historie widać że każda z nich jest wyjątkowa i podchodzisz do każdej z nich z wielką dokładnością i uwagą a to jest najważniejsze! 💚💚💚💖💖💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗Jesteś genialna!💖💚💜💗💗😘😘😘
    Weny życzę 😘💗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WoooW ILE SERDUSZEK :D
      Mega się cieszę, że Ci się podobało. Dziękuję za tak przemiły komentarz, słowa i opinię na temat nie tylko tego ff, ale także i pozostałych :) Jestem naprawdę zadowolona, że tak odbierasz te historie!
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Taka prawda 😜💖💖💖💖 Mogę się zapytać o Twój system dodawania rozdziałów do poszczególnych historii? Bo czytam wszystkie na raz i nieco się polubiłam 😂😂😂😂

      Usuń
    3. Pogubiłam* ( tak mój słownik jest the best😂😂 wie lepiej)
      Wgl extra piszesz ale to już wiesz 😜💖😘💜💚 Aaa i mam nadzieję że ta historia będzie miała happy end 😘💖💖💖💜💚💚💜💜💚💚

      Usuń
    4. Ogólnie rozdziały pojawiają się nieregularnie. Jednak idą według kolejności - najpierw TWŻPNS, potem DPJ, następnie SA, ST i DYRM :)
      Dziękuję! Mega się cieszę, że Ci się podoba. Co do zakończenia, to standardowo nic nie zdradzę :)

      Usuń
    5. Pogubiłam* ( tak mój słownik jest the best😂😂 wie lepiej)
      Wgl extra piszesz ale to już wiesz 😜💖😘💜💚 Aaa i mam nadzieję że ta historia będzie miała happy end 😘💖💖💖💜💚💚💜💜💚💚

      Usuń
  3. Świetny rozdział. Em nareszcie się obudziła. Widać, że to i odwiedziny Roberta dało Luke'owi niezłego kopa. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Kiedy będzie kolejny rozdział DPJ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział nie jest jeszcze skończony, więc nie wiem dokładnie kiedy się pojawi

      Usuń