sobota, 15 października 2016

S2 - Rozdział 22

              Zerwał się raptownie do pozycji siedzącej, słysząc głośny dziecięcy krzyk. Zaraz po tym rozległ się donośny płacz. Przez chwilę Michael był kompletnie zdezorientowany, nie wiedząc do końca, co się dzieje. Wokół niego panowała ciemność. Jedynym źródłem, jakiegokolwiek światła była pobliska latarnia uliczna i to dzięki niej widział, chociaż zarysy niektórych przedmiotów znajdujących się w pokoju.
- Robert, już wszystko w porządku – powiedział, wyciągając na oślep rękę.
               Próbował włączyć lampkę i jednocześnie namierzyć płaczącego trzylatka. W końcu jego palce dotknęły przełącznika. Kiedy tylko błysnęło światło, do pokoju wpadł blady, jak ściana Ashton. Tuż za nim znajdował się zaspany Hood, trzymając w rękach swoją gitarę, gotowy do tego, by przyłożyć potencjalnemu napastnikowi. Chłopiec widząc zdenerwowanych wujków, zaszlochał jeszcze głośniej, przyciskając piąstki do oczu.
- Już dobrze, mistrzu. Nic się nie dzieje – pociągnął Michael, przybliżając się do niego. Objął go ramieniem, starając się, jakoś uspokoić chłopca. Robert zatrząsł się. Czerwonowłosy spojrzał na Irwina błagalnym wzrokiem. – Pomóż mi. Nie wiem, co mam robić.
              W tym momencie czuł się zagubiony. Nieraz udawało mu się uspokoić płaczącego malca, ale teraz miał wrażenie, że to, co robi zupełnie nie działa. Robert był czymś przerażony i Michael podświadomie wiedział, że musiał przyśnić mu się prawdziwy koszmar. Być może był on bardzo mocno związany z wypadkiem, w którym uczestniczył. Zazwyczaj w takich ciężkich sytuacjach do działania przystępowała Emily lub Luke. Teraz jednak cała ich trójka była zdana, tylko na siebie.
- Spokojnie – powiedział cicho Ash, biorąc chłopca na ręce. Roztrzęsione dziecko od  razu wtuliło się w niego, obejmując jego szyję drobnymi ramionami. – Wszystko jest w porządku. Mikey, daj pingwina. – Clifford rozgarnął gorączkowo kołdrę, próbując, jak najszybciej odnaleźć przytulankę. W końcu znalazł ją wciśniętą pod pierzynę. – Jest z tobą pan pingwin numer dwa. Jesteśmy też my. Cichutko – szeptał, kołysząc go lekko.
- Miałem prawie zawał – odparł Calum, wchodząc w głąb pokoju. – Byłem pewny, że ktoś się włamał.
- Wcale się nie dziwię – mruknął Michael. – Sam prawie padłem.
              Podniósł głowę spoglądając na Ashtona, który powoli, ale skutecznie uspokajał małego. Po chwili słychać było, tylko ciche kwilenie, a niedługo po tym Robert zupełnie przestał. Nadal jednak wciskał się w ciało swojego wujka, jakby to on mógł go uratować przed niebezpieczeństwem i złem, jakie mu się przyśniło.
- Nadajesz się na nianię – skwitował Hood, klepiąc perkusistę po plecach.
- Widziałem, że Luke tak robi i zawsze skutkowało – odpowiedział, nadal delikatnie kołysząc trzylatka. Spojrzał na niego. – Pójdziemy spać? Wytrzemy buzię i kładziemy się z powrotem do łóżka.
- Nie ce sam.
- Nie będziesz sam – zapewnił go Irwin, uśmiechając się lekko pod nosem. – Może pójdziesz spać ze mną, a wujek Michael trochę ochłonie po tej głośnej pobudce, co ty na to? Damy mu się wyspać?
- Tak.
- Super. Dasz wujkom buziaka na dobranoc?
- Tak.
               Ash podszedł do łóżka, na którym siedział Clifford. Wychylił się do przodu. Robert cmoknął kącik jego warg, a potem takim samym szybkim całusem obdarował Hooda. Następnie znów przytulił się do perkusisty, ściskając pod pachą maskotkę.
- Idziemy spać. Trzymajcie się, chłopaki – rzucił, odbierając od Michaela zwiniętą kołdrę małego. Następnie odwrócił się i wyszedł z pokoju, zostawiając ich samych.
- Mam nadzieję, że to była ostatnia taka pobudka – powiedział Calum, biorąc głębszy oddech.
- Przejdzie mu.
- Wiem. To, co się stało było dla niego strasznym przeżyciem. Oby to się na nim zbytnio nie odbiło.
- Musimy się o to postarać. By było tak, jak wcześniej. By nie odczuł braku Luke'a i Em.
- Podejmuję wezwanie – skwitował z uśmiechem Hood. – A teraz wracam spać.
- Cal?
- Tak?
- Naprawdę chciałeś przywalić złodziejowi gitarą?
- Obstawiałem psychopatycznego mordercę. Wziąłem to, co miałem pod ręką.  – Obaj spojrzeli na siebie, a potem zaczęli się śmiać.

***
                Wziął głębszy oddech, a potem pożegnał się z panią Hemmings. Odwrócił się, słysząc kroki. Do salonu weszła Natalie w towarzystwie Michaela. Przybliżyła się do niego, całując go przelotnie w usta. Clifford spojrzał na niego oczekująco.
- Nie przylecą – powiedział Irwin, wsuwając telefon do kieszeni w spodniach. – Przynajmniej nie teraz. Wszystkie loty z Australii do Londynu są zajęte. Nie mają, jak się wyrwać. Wpisali ich na liście oczekujących, ale przed nimi też jest jeszcze kilka osób.
- Mówili coś jeszcze?
- Ich rodzice są cholernie zdenerwowani, czemu się wcale nie dziwię. Mamy ich informować na bieżąco, szczególnie, jakby działo się coś złego. Są nam wdzięczni za to, że wzięliśmy pod opiekę Roberta.
- Nie muszą, to nasz pieprzony obowiązek – skwitował Michael. – Oni by zrobili to samo dla nas. A zresztą, nie zostawiłbym małego w obcych rękach.
- Jesteście dla niego, jak prawdziwa rodzina – powiedziała dziewczyna z uśmiechem.
- Właśnie – rzucił czerwonowłosy, padając na kanapę. – O której jedziecie?
- Zaraz – odparł Ash, spoglądając na zegarek. – Na pewno z nim zostaniesz?
- Tak, poradzę sobie. 
- Gdyby coś się działo, to dzwoń. Przyjedziemy.
                Michael zdążył pokiwać głową, gdy rozległy się kroki. Usłyszeli też głos Caluma. On i Robert właśnie schodzili na dół. Hood przetrzymał chłopca za rękę, by ten mógł zeskoczyć z dwóch ostatnich schodków. Roześmiał się, a potem przybił piątkę z wujkiem. Uśmiechnął się szeroko, widząc Natalie.
- Cześć, słodziaku, pamiętasz mnie?
- Tak – rzucił, podchodząc do niej. Podał jej dłoń, by się przywitać.
- Dawno się nie widzieliśmy – pociągnęła dziewczyna.
- Będziemy musieli to nadrobić – powiedział Ash, ze śmiechem.
- Czy to miało, jakiś podtekst? – wtrącił Calum.
- Co to poteks? – zapytał zaciekawiony Robert. Irwin zmrużył wzrok na kumpla, który zaśmiał się cicho.
- Że jakieś zdanie ma dwa znaczenia – powiedział powoli Michael, kiedy Robert podszedł do niego, opierając dłonie o jego kolana. – Że oznacza coś jeszcze.
- To trudne – stwierdził chłopiec, marszcząc nos.
- Kiedyś zrozumiesz – odparł ze śmiechem Clifford, mierzwiąc mu włosy.

***
                Znów poczuł nieprzyjemny dreszcz na plecach. Zrobiło mu się zimno. Pierwszy raz poczuł się tak, kiedy on, Ashton i Natalie, zjawili się na parkingu policyjnym, gdzie odstawiono ich samochód. Widział, jak niemalże przednia część auta złożyła się w harmonijkę. Wyobrażał sobie, jak szybko musiał jechać sprawca wypadku, że przód został, aż tak mocno zniszczony. Na pękniętych szybach, gdzieniegdzie widniała zaschnięta krew. Tak samo prezentowała się tapicerka i przednie fotele. Szybko uznali, że nie ma sensu podejmować próby ratowania samochodu. O wiele taniej wyjdzie im zainwestowanie w nowy wóz. Zabrali rzeczy Luke'a i Emily, nie zapominając o pingwinie najmłodszego z Hemmingsów, potem podpisali papierki zezwalające na kasację wozu.
               Zaraz po tym udali się do szpitala. To właśnie tam Calum poczuł niemiłe ukłucie w klatce piersiowej i kolejne zimne dreszcze, które opanowały jego całe ciało. Stało się to w momencie, kiedy lekarz zgodził się na to, by mogli zobaczyć Luke'a. Blondyn nadal był nieprzytomny, choć doktor zapewnił ich, że jego wyniki są znacznie lepsze, niż wcześniej i to z pewnością kwestia czasu, aż w końcu dojdzie do siebie. Na jego bladej twarzy widniały zadrapania. Na lewej dłoni znajdował się szeroki opatrunek. Przy łóżku ustawiono stojak z kroplówką, do której był podłączony.
              Lekarz zgodził się również, by mogli na chwilę zajrzeć do Emily. Wtedy też Calum po raz kolejny poczuł te nieprzyjemne dreszcze. Jego wzrok skupił się na masce tlenowej, która pomagała jej oddychać. Wokół jej rąk znajdowały się gumowe rurki. W tle słychać było ciche pikanie maszyny, monitorującej jej pracę serca. Miał wrażenie, że dziewczyna jest jeszcze bledsza, niż Luke. Jakby jej skóra zlewała się z białą, szpitalną pościelą. Odetchnął z ulgą słysząc, że stan Emily znacznie się polepszył, a lekarze powoli chcą zacząć wprowadzić leki wspomagające wchłonięcie się krwiaka. Miał nadzieję, że jego przyjaciele w końcu się obudzą, a potem wrócą razem z nimi do ich wspólnego domu.
- Dziękuję – powiedział Ash, podając dłoń lekarzowi.
- Zgodnie z prośbą zadzwonię, jak coś się zmieni.
- Będę wdzięczny – odpowiedział perkusista.
               Calum odwrócił się, by raz jeszcze spojrzeć w stronę szyby. Zza żaluzji dostrzegł fragment łóżka i twarz Emily. Zacisnął usta, kręcąc lekko głową. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Nie tak miało być.
- Będzie dobrze. – Drgnął, słysząc Natalie, która zatrzymała się obok niego. – Wyjdą z tego.
- Oby, jak najszybciej.
- Co będzie z kierowcą?
- Nasz menadżer się tym zajmuje. Facet ma przekichane. Ponoć, w którymś momencie chciał udawać niepoczytalnego, ale nie do końca mu to wyszło.
- To niesprawiedliwe, że przez cudzą głupotę cierpi tak wiele osób.
- Ludzka wyobraźnia czasem jest mocno ograniczona – skwitował Hood, wzruszając ramionami. – Ten koleś, to kompletny idiota pozbawiony wyobraźni. A gdyby… Gdyby doszło do tragedii i…
- Nie myśl o tym – powiedziała, klepiąc go po ramieniu. – Nie w takich kategoriach.

***
               Spojrzał na chłopca, uśmiechając się szeroko. Robert stanął za jego plecami, wplątując mu we włosy drobne palce. Zacisnął lekko usta, na co Michael zareagował cichym śmiechem. W tym momencie mocno przypominał mu Luke'a. Mały Hemmings był do niego pod wieloma względami tak bardzo podobny.
- Lubię twoje włosy – powiedział, ciągnąć lekko za ich końcówki. – Są jak u Cliffo.
- Bo ja jestem Clifford.
- Ale nie piesio.
- Psy mają sierść.
- Sierść?
- To taki inny rodzaj włosów – powiedział Michael, łapiąc go za ręce.
             Chłopiec parsknął głośnym śmiechem, kiedy jego wujek pociągnął go w swoją stronę. Padł na jego kolana. Poklepał go po pupie, a potem przewrócił na plecy, urządzając mu słodkie tortury w postaci łaskotek. Robert zaniósł się po raz kolejnym śmiechem.
- Pokolorujemy obrazki? – zaproponował, kiedy mały się uspokoił. – Przynieś kredki i kolorowanki.
- Wuja…
- Tak?
- Czy mama i tata wrócą?
             Spojrzał na chłopca, który wyczekiwał odpowiedzi. Błękitne oczy dokładnie go obserwowały ani na moment nie odrywając się od jego zielonych tęczówek. W tym momencie Michael nie do końca wiedział, jak mu wytłumaczyć całą sytuację. Jak to zrobić, by mały nie odebrał tego źle i by się nie wystraszył? Jak mu powiedzieć o tym, co się stało, nie wywołując w nim ponownego lęku? Jak to zrobić, by zrozumiał?
- Oczywiście, że wrócą.
- Są tam?
- Gdzie?
- Tam, gdzie była ta biała pani?
- Jaka biała pani? – zapytał Michael, sadzając go na swoich kolanach.
- Co chciała mnie zabrać.
- To miejsce nazywa się szpital. Tam pomagają chorym ludziom.
- Mama i tata są chorzy?
- Tak.
- Dlaczemu?
- Mieliście wypadek i twoi rodzice muszą po nim wyzdrowieć, by wrócić do domu. Jeden samochód uderzył w ten, w którym byliście.
- To wypadek?
- Tak. Ty siedziałeś w foteliku i nic ci się nie stało.
- A mama i tata?
- Nie mieli fotelika. – Robert uformował usta w podkówkę. – Ale spokojnie – dodał Michael, gładząc jego plecy. – Wyzdrowieją i przyjadą do ciebie. Tylko to trochę potrwa.
- Tak? Ile?
- Mam nadzieję, że szybko. Teraz wujkowie się tobą opiekują.
- Nie zostawicie mnie?
- Oczywiście, że nie. Przytulas? – Chłopiec uśmiechnął się, kiedy Clifford rozłożył ręce. Podniósł się, a potem wpadł w jego ramiona. – Jesteś z nami i nigdy cię nie zostawimy.

***
                Calum wszedł do domu, cały czas rozpamiętując widok, jaki zastał w szpitalu. Chciał się pozbyć tego obrazu, jaki wyrył mu się w myślach. Nie chciał widzieć swoich przyjaciół w takim stanie. Wolał mieć ich przed oczami, jako radosnych i uśmiechniętych, niż nieprzytomnych i przykutych do łóżek.
               Jak tylko minął próg salonu, usłyszał dziecięcy pisk. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, kiedy Robert ruszył pędem w jego stronę. Hood ukucnął, by po chwili zostać objętym przez chłopca, który otwarcie cieszył się na jego widok. Dzięki temu zrobiło mu się lżej i przyjemniej.
- Byłeś grzeczny?
- Zoba! – zawołał Robert, ciągnąc go za rękę. – Wuja Miki zrobił korony!
- Korony?
               Pozwolił się poprowadzić do sofy. Spojrzał na kumpla, który siedział na ziemi, oparty plecami o kanapę. Na jego głowie znajdowała się papierowa, krzywo wycięta i pomalowana kredkami korona. Calum zacisnął usta, starając się nie roześmiać. Jednak nie wiele mu to pomogło. Po chwili parsknął śmiechem.
- Zostałeś królem, Mikey?
- Jestem punk rockowym królem.
- Punk rock! – krzyknął Robert, podskakując w miejscu. Podszedł do Clifforda, który wcisnął mu na głowę drugą papierową koronę.
- Ale masz zdolności plastyczne – skwitował Hood, siadając na kanapie.
- Zrobimy tobie też – powiedział malec, ruszając w kierunku kartek i kredek. – Będziesz królem!
- Jak z nimi? – zapytał Michael, kiedy Robert zabrał się za kolorowanie kartki, z której powstanie kolejna papierowa ozdoba.
- Z Lukiem jest o wiele lepiej. Lekarze mówią, że niedługo powinien się obudzić.
- A Em?
- Jej stan też się poprawił.
- Samochód poszedł do kasacji?
- Wyglądał tragicznie. Tak, jak mówiliśmy przez telefon, nie było sensu go naprawiać. Wszystko z przodu popękane albo roztrzaskane.
- Czyli musimy znaleźć nowe auto – skwitował Michael, wzruszając ramionami.
- Mamy na to czas. Najpierw chcę mieć pewność, że… - Zerknął na Roberta, który spojrzał na niego z uśmiechem. Hood dopowiedział tym samym. – Chcę mieć pewność, że Luke i Em dojdą się siebie.
- Gdzie Ash?
- Wyszedł z Natalie. Dawno się nie widzieli, więc zaproponowałem im, że wrócę do domu i pomogę ci z małym, a oni w tym czasie mogą spędzić trochę czasu razem. Może dzięki temu Ash też odrobinę wyluzuje.
- To dobry pomysł.
- Ja mam same dobre pomysły – skwitował Calum z zadowoleniem, rozsiadając się na kanapie.


***
Michael aka najlepsza niania :D Jak widać chłopaki sobie całkiem nieźle radzą w opiece nad młodszym Hemmingsem. 
Choć rozdział krótszy, to mam nadzieję, że się spodobał :)

Standardowo zapraszam Was na Twittera i Aska - @RoxyDonau 
Tam informacje o tym, co i kiedy jest dodawane :)

Dziękuję również za wszystkie motywujące komentarze! Aż chce się pisać dalej :)

Pozdrawiam i do następnego!

#DwaPlusJedenFF



15 komentarzy:

  1. Pierwsza hahaha a tak teraz na poważnie... Mam nadzieje że Luke i Em szybko dojdą do siebie i biedny Robert wszystko to przeżywa, na szczęście ma wspaniałych wujkow <3 czekam na nexta i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu ale fajny rozdział mam nadzieje że z Lukiem i Emily nic nie będzie. Wujowie dają rade jako opiekunki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Cieszę się ze ich stan zdrowia sie poprawia. Mają byc zdrowi i wrócić do domu aby wszyscy byli razem i byli szczęśliwi �� koniec kropka .
    Pozdrawiam i życzę weny ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy, jak to z nimi będzie :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Fajnie :) aczkolwiek dla mnie zbyt kolorowe :)

    Maxxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Cieszę się, że mimo to w miarę się podobało :)
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. W ogóle podoba mi się to ze odpowiadasz na każdy komentarz :) to naprawdę świetne ;)

      Maxxx

      Usuń
    3. Prawie na każdy hehe :) Ale lubię mieć z Wami, chociaż taki kontakt. Wy poświęcacie chwilę, by zostawić mi kilka słów i ja również to robię :)

      Usuń
    4. Czemu na stay Alice anonim nie mogą dodawać komentarzy? Bardzo chciałabym skomentować ale nie mam konta...

      Maxxx

      Usuń
    5. Zapomniałam przełączyć chyba na nowych blogach możliwość anonimowego komentowania. Zaraz to naprawię :)

      Usuń