niedziela, 25 września 2016

S2 - Rozdział 21

              Z początku się tym nie przejmował. Tłumaczył to sobie tym, że zakupy Luke'a i Emily odrobię się przeciągnęły. Kiedy minęła kolejna i następna godzina, zaczął się niepokoić. Zdenerwowanie wzrosło, gdy minęła siódma wieczorem, a Hemmingsów dalej nie było w domu. Nie tylko on czuł, że coś jest nie tak. Calum i Michael również byli niespokojni. Każdy z nich, co i rusz zerkał na zegarek, by po chwili spojrzeć w stronę drzwi, jakby blondyn i jego rodzina miała zaraz się w nich pojawić. Nic z tego.
- Co robimy? – zapytał Michael, odchodząc od okna. Od jakiegoś czasu stał przy nim, wypatrując przyjaciół.
- Nie mam pojęcia – odparł Calum, nerwowo poruszając nogą. – Udało ci się do nich dodzwonić?
- Nadal mają wyłączone telefony - odpowiedział Ash, odrzucając komórkę na bok.
             Po chwili znów wziął ją do ręki, by kolejny raz zerknąć na zegarek. Gdzie oni się do cholery podziewają? Zdążył, tylko o tym pomyśleć, a telefon w jego dłoni zawibrował, a potem salon wypełnił się znanym mu dzwonkiem. Spojrzał na ekran z nadzieją, że to Luke lub Emily. Jęknął pod nosem z zawodem, widząc, że dzwoni ich menadżer. Przekręcił oczami, niechętnie odbierając połączenie.
- Tak?
- Mam złą wiadomość. – Po jego słowach Ash wyprostował się. Chłopaki od razu spojrzeli w jego stronę.
- Co się stało? – wydusił Irwin, pukając się palcem w policzek.
- Luke i Emily są w szpitalu.
- Co?! – warknął tak głośno, że siedzący obok niego Calum, aż podskoczył. Perkusista zerwał się na równe nogi.
- Byli na parkingu w samochodzie, kiedy ten wariat w nich uderzył. Facet był pod wpływem narkotyków. O dziwo, nic mu się nie stało. Tłumaczył się policji, że był stu procentowo pewny, że jedzie prawidłowo. Narkotyki tak skopały mu mózg, że nawet nie zwrócił uwagi na to, że wjechał na sklepowy parking. Do tego pędził, jak szalony i…
- Mniejsza z nim! – krzyknął Ash, skubiąc ze zdenerwowania dolną wargę. - Co z…
- Już do tego dochodzę – powiedział mężczyzna. – Nie dowiedziałem się wiele przez telefon. Wiem tylko tyle, że mały jest cały. Uratowały go pasy, w które został zapięty. Luke i Emily nie mieli tyle szczęścia…
- Nie… Nie, nie, nie… Nie powiesz mi, że…
- Żyją. Żyją oboje – zapewnił go mężczyzna, a Ash odetchnął z ulgą. Poczuł, jak zaczyna cały się trząść. – Luke jest nieprzytomny, ale jego stan jest stabilny. Jest poobijany. Ma wstrząs mózgu.
- Co z Emily? – zapytał cicho.
- Nie powiedzieli mi nic na jej temat. Nie jestem z rodziny i nie mam podpisanego upoważnienia, by móc dowiedzieć się, czegokolwiek na temat jej stanu zdrowia. Z tego, co powiedzieli mi w szpitalu, tylko Luke ma taki papierek.
- Czemu nie zadzwoniłeś wcześniej?!
- Dopiero teraz się dowiedziałem. Zadzwoniłem od razu, jak dodzwoniłem się do tego przeklętego szpitala!
- Gdzie oni są?
- Szpital świętego Tomasza na…
- Wiem, gdzie to jest – odparł Ash, a potem rozłączył się.
                Przycisnął palce do kącików oczu, czując, jak zrobiło mu się zimno. Nie tak miał wyglądać ich wspólnie spędzony czas w Londynie. Zatrzęsły mu się ramiona, a on wziął głęboki oddech, by choć trochę się uspokoić. Miał głęboką nadzieję na to, że dwójce jego najlepszych przyjaciół nic nie będzie i że szybko się z tego wyliżą.
- Ash?
                Dopiero cichy głos Caluma sprowadził go na ziemię. Spojrzał na chłopaka, który wlepiał w niego ciemne oczy. Widniał w nich strach i niepewność. To samo działo się z Michaelem. Obaj pobledli, słysząc jego rozmowę. Nie musiał im wiele tłumaczyć. Oni wiedzieli, że stało się coś złego. Coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć.
- Jak bardzo jest źle? – zapytał cicho Clifford.
- Robertowi nic nie jest. Luke… Luke jest nieprzytomny, ale jego stan jest stabilny, a Em…
- Co z Em? – pociągnął Michael, zagryzając wargę.
- Nie wiem.
               Calum raptownie zerwał się z miejsca. Przeszedł obok niego, a potem wbiegł na górę. Ash odprowadził go wzrokiem. Słyszał jego szybkie kroki na piętrze, a potem trzask drzwi. Michael w dalszym ciągu stał na środku salonu, nie odrywając od niego zielonych oczu. Jego wzrok był przygaszony i lekko zaszklony. Chłopak pokręcił głową, jakby nie do końca dopuszczał do siebie tą myśl. Myśl o tym, co się wydarzyło zaledwie kilka godzin temu.
- Musimy tam jechać! - Obaj podskoczyli, kiedy Calum zbiegł na dół. Wcisnął im w dłonie ich bluzy. – Co? Chyba nie zamierzacie tak stać?!
- Dzwonię po taksówkę – powiedział szybko Ash, wyciągając z kieszeni telefon.

                 Ashton był na skraju cierpliwości. Z początku kobieta w izbie przyjęć, w ogóle nie chciała z nim rozmawiać, bo nie był nikim z rodziny. Kiedy po raz kolejny opowiedział jej wszystko, zgodziła się skierować ich do konkretnego lekarza na oddziale wewnętrznym. Tam doszło do pierwszego wybuchu. Ale nie jego. To Calum nie wytrzymał i nawrzeszczał na doktora, który przyjął na salę Luke'a i Emily. Michael musiał go odciągnąć od mężczyzny, kiedy chłopak wyrzucał z siebie kolejną wiązankę soczystych przekleństw. Ash odetchnął z ulgą, że lekarz nie zdecydował się na wyrzucenie ich ze szpitala. Przeprosił za swojego kolegę, tłumacząc go zdenerwowaniem.
                Doktor McDuff udzielił mu informacji na temat stanu zdrowia Luke'a. W zasadzie powiedział mu to samo, co usłyszał od menadżera przez telefon. Jego stan jest stabilny, nic nie zagraża jego życiu, nadal jest nie przytomny, wstrząs mózgu, otarcia i rany otwarte, które nie wymagają szycia. Gorzej było w przypadku Emily.
- Ja to doskonale rozumiem – powiedział po raz kolejny Ash, machając rękami. Jego gestykulacja była nerwowa, a on kompletnie jej nie kontrolował. – Chodzi o to, że jej rodzina jest w Australii. Jej tu nie ma. Jedynymi bliskimi osobami jesteśmy my.
- Złamię przepisy i…
- Mam w nosie przepisy – warknął cicho perkusista, podchodząc do niego bliżej. – Chcę tylko wiedzieć, co dzieje się z moją przyjaciółką.
- Panie Irwin…
- Błagam, niech pan ominie te bzdurne kruczki prawne – syknął, patrząc na niego z nadzieją. – Tylko o to proszę. Nikt nie musi wiedzieć.
- Mogę mieć przez to nieprzyjemności, jakby ktoś się dowiedział. Sama pacjentka może sobie tego nie życzyć i…
- Emily jest dla mnie, jak siostra. To ostatnia rzecz, o której by pomyślała. A po za tym, jesteśmy na tym korytarzu, tylko w czwórkę – pociągnął, wskazując na Michaela i Caluma, którzy stali kawałek dalej. – Nikt się nie dowie. Błagam, niech pan mi powie, co się z nią dzieje.
                 Doktor McDuff westchnął ciężko pod nosem. Pokręcił głową, a potem zerknął, gdzieś przed siebie. Po chwili odwrócił się, by sprawdzić drugi koniec korytarza. Złapał Asha za ramię, odciągając go na bok. Raz jeszcze dla pewności rozejrzał się po holu. W końcu utkwił zmęczone oczy w chłopaku, którego miał przed sobą.
- Jest nieprzytomna. Pomagamy jej oddychać i…
- Jak to pomagacie? Jest podłączona do respiratora?
- Nie, spokojnie. To nie było konieczne, choć rozważaliśmy taką opcje. Pacjentka jednak sama złapała rytm wdechu i wydechu. Potrzebuje jednak maski. Jej organizm jest na tyle osłabiony, że nie dostarcza odpowiedniej ilości tlenu, którego potrzebuje.
- Okej… Okej… W porządku. Co jeszcze?
- Jest nieprzytomna i poobijana. Ma liczne otarcia i rany, ale i one nie wymagały szycia. Doszło do niej do mocnego wstrząsu mózgu. Robiliśmy tomografię. W miejscu uderzenia, tuż przy płacie czołowym, powstał krwiak. Nie jest duży. Jak tylko bardziej ustabilizujemy jej stan…
- Jak ustabilizujecie?
- Była przeprowadzona reanimacja. – Ash pobladł jeszcze bardziej. –  Obawialiśmy się, że może dojść do niedotlenienia mózgu.  Na szczęście, dość szybko udało się przywrócić tętno i oddech. Teraz wszystko powoli wraca do normy. Od dłuższego czasu jej stan jest całkiem niezły. Zanim jednak podamy jej leki, które wspomogą wchłonięcie się krwiaka, musimy mieć stuprocentową pewność, że jest całkowicie stabilna. Cały czas monitorujemy też prace jej serca. Na razie te wszystkie wyniki wypadają dobrze.
- Kiedy mogą się obudzić?
- Wszystko zależy od ich organizmów. Luke jest w lepszym położeniu. Musi, tylko porządnie wypocząć. Stracił trochę krwi, więc jego organizm jest wymęczony.
- A Em?
- Na razie ciężko mi cokolwiek na ten temat powiedzieć.
- Ale obudzi się?
- Mam taką nadzieję, panie Irwin. A teraz proszę mi wybaczyć, ale muszę wracać do moich pacjentów.
- Możemy ich zobaczyć?
- Nie dzisiaj.
- Jasne… Dziękuję, doktorze.

               Ashton od razu poinformował chłopaków o tym, czego się dowiedział. To jednak nie była ostatnia konfrontacja z lekarzem. Teraz musieli odnaleźć drogę na oddział dziecięcy, a tam dowiedzieć się wszystkiego na temat Roberta. Z uzyskanych od menadżera informacji, Irwin wiedział, że chłopcu nic poważnego się nie stało. Miał tylko nadzieję, że ten fakt pokryje się z rzeczywistością.
               Kiedy wsiedli do windy, Michael szybko przestudiował spis pięter. Następnie nacisnął guzik oznaczony czwórką. Między nimi znów zapanowała cisza. Teraz jednak była o wiele lżejsza i bardziej znośna, niż wcześniej. Zdenerwowanie odrobinę opadło, gdy zdobyli więcej informacji.
                Wysieli na kolorowym korytarzu. Na dużej tablicy korkowej, gęsto wisiały rysunki małych pacjentów. Ashton, jako pierwszy, podszedł do szklanych drzwi, a potem otworzył je. Zdążył zrobić kilka kroków do przodu, kiedy usłyszał pierwszy cichy dziecięcy płacz, który wydobywał się z jednej z sal. Pokręcił głową starając się zignorować ten dźwięk. Według niego dzieciaki w ogóle nie powinny znajdować się w takich miejsca. Powinny być z rodzicami w domu, ciesząc się ze swojego niewinnego życia, a nie tkwić na sterylnych łóżkach, zastanawiając się, co będą im robić jutro. Kolejne wkłucia? Badania w dziwnych maszynach? Czy może szykowanie do operacji? Był to ten obraz świata, który doskonale potrafił nakreślić kruchość młodego życia.
                Przeszli w głąb korytarza. Ash szybko odnalazł gabinet lekarski. Zapukał, a potem od razu otworzył drzwi, nie czekając, na jakąkolwiek odpowiedź. Dwie pary oczu spojrzały wprost na niego. Starsze kobiety siedziały przy biurku, przyglądając się, jakiemuś długiemu wykresowi. Irwin zupełnie się na tym nie znał, choć domyślał się, że może to być jeden z zapisów EKG.
- W czym mogę pomóc? – zapytała jedna z nich, podnosząc się z miejsca.
- Mam nietypową sprawę – zaczął powoli. Czuł, że reszta jest tuż za jego plecami.
- Słucham panie…
- Irwin.
- Jest pan ojcem jednego z naszych pacjentów? Nie przypominam sobie, byśmy przyjmowali na oddział kogoś o takim nazwisku.
- Jak już mówiłem, to nie jest prosta sprawa i…
- Dziecko nosi nazwisko matki?
- Przyjaciela – powiedział ostrożnie. Kobieta zmierzyła go wzrokiem. Zacisnęła lekko usta.
- Faktycznie, nietypowe. Jest pan ojcem dziecka?
- Nie zupełnie, bo…
- Jest pan spokrewniony?
- Możemy porozmawiać na osobności? – zapytał wprost, mając nadzieję, że uda mu się przekabacić kobietę na swoją stronę, tak jak było to w przypadku doktora McDuffa.
              Starsza doktor mruknęła pod nosem, a potem ruszyła w jego stronę. Wyszła razem z nim na korytarz. Zerknęła na Caluma i Michaela, którzy odsunęli się. Jej szare oczy dłużej zatrzymały się na kolorowej czuprynie Clifforda. Cmoknęła cicho pod nosem, po raz kolejny dokładnie ich oglądając, jakby byli ciekawymi okazami w zoo.
- Skądś was kojarzę – zaczęła powoli, machając na nich palcem. – Chyba moja wnuczka was słucha? Wy macie zespół.
- Dokładnie.
- W czym mogę pomóc, panie Irwin?
- Chodzi o jednego z pani pacjentów, pani…
- Proszę mi mówić doktor Ross.
- Trafił tu z wypadku trzyletni chłopiec. Jest to syn naszych przyjaciół i…
- Jest pan spokrewniony?
- Jestem jego wujkiem – powiedział Ashton z pewnością w głosie. Kobieta zmrużyła na niego oczy, jakby oceniała, w jakim stopniu kłamie. – Poważnie jestem.
- Jakie jest pokrewieństwo z pacjentem?
- Jestem bratem jego matki.
- Niezła próba. Proszę tu chwilę zaczekać. – Podeszła z powrotem do drzwi. – Nazwisko dziecka?
- Hemmings.
                Kobieta kiwnęła głową, a następnie zniknęła w gabinecie. Ashton przekręcił oczami, odwracając się w kierunku chłopaków. Gdzieś w środku czuł, że nie będzie to łatwe zadanie, ale nie sądził, że doktor Ross będzie, aż tak bardzo podejrzliwa. Chciał już się odezwać, kiedy lekarka ponownie pojawiła się na korytarzu. Od razu na nią spojrzał. W dłoni ściskała niewielki plik kartek. Przerzuciła kilka stron.
- Tak, mamy tu takiego pacjenta. Robert Hemmings.
- Właśnie, to on.
- Problem w tym, panie Irwin – zaczęła, posyłając mu badawcze spojrzenie. – Że dostaliśmy informację odnośnie tego, że nikt z bliskiej mu rodziny, oprócz matki i ojca, nie przebywa na terenie Londynu.
- Ja…
- Mamy tu dobry przepływ informacji, panie Irwin – pociągnęła, machając kartkami tuż przed jego nosem. – Może mi pan to, w jakiś racjonalny sposób wyjaśnić, jak w cudowny sposób na terenie naszego szpitala znalazł się brat pacjentki Walker? Dodam jeszcze, że uzyskaliśmy informację, że pani Walker jest jedynaczką. Jak to możliwe, że tak szybko dorobiła się brata? Chyba, że jest pan bratem pana Hemmingsa, ale postanowił pan zmienić nazwisko.
- Okej, zagrajmy w otwarte karty.
- Na to czekałam, panie Irwin.
- Chodzi o to, że Emily i Robert nie mają tu nikogo oprócz nas. Prościej by było, gdyby jego rodzice nie zostali poszkodowani w wypadku, w którym i on brał udział. Jednak los tak chciał, że siedzieli w tym samochodzie razem z nim. Może pani przeszukać Internet, aby mieć pewność, że nie kłamię. Znamy się, mieszkamy razem i znam tego dzieciaka o wiele lepiej, niż wy wszyscy razem wzięci. Chcę tylko wiedzieć, czy nic mu nie jest i kiedy będziemy mogli go zabrać do domu.
- Proszę się uspokoić.
- Jestem spokojny, doktor Ross.
- Pozwoli pan, że zgodnie z pana propozycją zweryfikuję te informacje.
- Proszę bardzo – rzucił, tupiąc cicho nogą.
               Uniósł brwi, kiedy kobieta wyciągnęła telefon. Zanim zdążył zareagować, zrobiła mu zdjęcie. Następnie odwróciła się na pięcie i znów zniknęła za drzwiami gabinetu. Perkusista z niedowierzaniem rozchylił usta.
- Poważnie? – rzucił, wpatrując się tępo przed siebie. Ponownie odwrócił się do chłopaków. – Ona poważnie zrobiła mi zdjęcie?
- Miała zweryfikować informacje – wydusił z siebie Michael, wzruszając ramionami.
- To jest, jakaś chora kpina – mruknął Irwin, opierając się o ścianę.
- Myślisz, że uda nam się cokolwiek załatwić?
- Nie mam pojęcia.
- Jest szybka - powiedział cicho Calum, wskazując brodą na drzwi. Ash odwrócił się. Doktor Ross znów stanęła tuż przed nim.
- Faktycznie, jest pan członkiem zespołu, w którym gra ojciec dziecka – odparła po chwili. – To jednak nie uprawnia pana do poznania jego stanu zdrowia, a tym bardziej zabrania go do domu.
- Ale…
                 W tym momencie drzwi od jednej z sal otworzyły się. Dopiero głośny pisk, a potem znajomy płacz, spowodował, że cała czwórka spojrzała w stronę wychodzących. Na korytarzu zatrzymała się niska pielęgniarka, trzymająca za rączkę małego chłopca. Chłopca, który szybko ich rozpoznał.
                 Robert nie czekał długo. Wyrwał się kobiecie, która krzyknęła za nim, aby się zatrzymał. Trzylatek jednak nie słuchał. Rozpędził się, biegnąc w stronę swoich ukochanych wujków. Calum, który był najbardziej wysunięty z nich wszystkich, ukucnął, rozkładając ramiona. Blondynek wpadł w nie, obejmując ciasno jego szyję. Zachlipał głośno, wciskając twarz w jego ramię. Hood objął go. Zaczął przejeżdżać dłonią po jego plecach, aby go uspokoić.
- Jak pan widzi, Robert czuje się dobrze – powiedziała doktor Ross. – Kiedy doszło do wypadku, był przypięty pasami, co uchroniło go od nieszczęścia. Ma tylko drobne otarcia od pasów na udach, to wszystko.
- Nic mu nie jest?
- Nic – zapewniła go z lekkim uśmiechem. – Był tylko mocno przestraszony. Jak widać – po raz kolejny spojrzała na Caluma, który tulił do siebie chłopca – teraz ma się znacznie lepiej.
- Możemy go zabrać?
- W normalnym przypadku nie widziałabym przeciwwskazań, jednak z uwagi na to, że nie jest pan…
- Tak wiem. Nie jestem spokrewniony. Żaden z nas nie jest – przerwał jej zniecierpliwiony Ash.
                Pielęgniarka, która wyprowadziła Roberta z sali, podeszła do Caluma. Chłopak spojrzał na nią, krzywiąc się. Wyciągnęła dłonie w stronę chłopca, który rozpłakał się na nowo. Hood odwrócił się, uniemożliwiając jej zabranie małego.
- Jeśli pani spróbuje go zabrać siłą, to odgryzę pani ręce – zagrodził Hood.
- Nie pomagasz, stary – rzucił Irwin, przekręcając oczami.
- Proszę mi oddać dziecko.
- Nie.
- Calum – jęknął Michael.
- Nie ma mowy.
- Panie Irwin, proszę zapanować nad kolegą – rzuciła doktor Ross.
- Nie cem, nie cem, nie cem… Wuja Cal! – wrzasnął Robert, kiedy pielęgniarka ponowiła próbę. – Posie, nie! Nie! Nie! Nie!
- Zaraz mi pęknie serce – mruknął Clifford, odwracając się.
- Nie cem tam! Wuja Cal! Wuja Miki! Posie! Wuja Ashti! Posie, nie! Nie! Nie! Nie! – krzyczał chłopiec, kiedy pielęgniarka zabrała go od Caluma. Chłopak zacisnął zęby.
- Meg – odezwała się ponownie doktor Ross, która dokładnie obserwowała to, co się działo. Robert zaniósł się płaczem, wyciągając błagalnie ręce w stronę swoich wujków. Wierzgał nóżkami, próbując wszystkiego, byleby się uwolnić od obcej dla niego osoby. – Oddaj chłopca temu panu.
- Ale pani doktor…
- To moje polecenie.
- Oczywiście – powiedziała kobieta.
               Podeszła do Hooda, który od razu przejął małego, znów przyciskając go do swojej klatki piersiowej. Robert szlochał w jego ramionach. Calum i Michael odsunęli się, by go uspokoić, jednocześnie umożliwiając dalszą rozmowę Irwina z panią doktor.
- Co teraz? – zapytał Ash, spoglądając na nią. Kobieta cmoknęła pod nosem po raz kolejny.
- Wie pan, że nie powinnam tego robić?
- Tak, ale jesteśmy jedynymi osobami, które mogą się nim zająć.
- Proszę za mną – rzuciła, machając na nią ręką. – Przygotuję wypis. Uznajmy to za bardzo wyjątkową sytuację.
- Bardzo pani dziękuję – odparł z ulgą Ash.
- I chcę autografy dla wnuczki.
- Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu.

***
                Michael nachylił się nad chłopcem, który znajdował się w swoim łóżku. Duże, błękitne oczy spojrzały wprost na niego. Czerwonowłosy złożył na jego czole szybki, ale czuły pocałunek. Następnie mocniej opatulił go kołdrą.
- Wuja…
- Tak?
- Nie ma piłalina.
- Został w samochodzie. Odzyskamy go. – Rozejrzał się po pokoju. Złapał za podobnego pluszaka, jednego z kolekcji małego Hemmingsa. – Może być zastępczy pingwin przytulanka? – Robert uformował usta w podkówkę. – Nie mam nic lepszego.
- Może.
- Świetnie. – Podał maskotkę chłopcu, który od razu się do niej przytulił. – Była bajka, był całus na dobranoc, więc teraz czas na spanie.
- Wuja?
- Tak? – Widział, jak malec się zmieszał. Jego oczy zaszkliły się. – Ej, co jest, mistrzu?
- Nie ce być sam.
- W porządku. Zostać tu z tobą? – Pokiwał głową. – Poczekam, aż zaśniesz i…
- Nie, posie. Zostań na całą noc.
- Boisz się?
- Nie cę być sam – powtórzył, a potem zacisnął usteczka. Michael wcale się nie dziwił, czemu się bał. Przeżył dzisiaj koszmar, więc miał pełne prawo do tego, by nadal odczuwać strach.
- A może pójdziesz spać z wujkiem do jego pokoju? Tam jest większe łóżko.
- Nie zostawisz mnie?
- Oczywiście, że nie. Idziemy – powiedział Clifford, odkrywając go. Złożył jego kołdrę w kostkę, a potem wcisnął ją sobie pod pachę. – Do góry – rzucił, podnosząc chłopca, który od razu się w niego wtulił. – Będziemy dzisiaj spać razem, pasuje?
- Tak.
              Zgasił światło, a potem obaj wyszli na korytarz. W tym samym momencie Ashton opuścił łazienkę. Uniósł lekko brwi , widząc, że mały jeszcze nie jest w łóżku.
- Co jest?
- Robert śpi ze mną. – Irwin spojrzał na kumpla. - Boi się – dodał poruszając, tylko ustami.
- Ach, w porządku. Dobranoc, chłopaki.
- Branoc, wuja Ashti.
- Do jutra, młody.
              Michael wszedł do swojego pokoju. Podszedł do łóżka. Rzucił dodatkową kołdrę na pierzynę, a następnie posadził na materacu Roberta. Chłopiec nie spuszczał z niego wzroku, patrząc na to, jak gitarzysta poprawia poduszki. 
              Kiedy posłanie było gotowe, położył małego i przykrył go kołdrą po samą szyję. Następnie sam ułożył się obok. Był już po prysznicu, przebrany do snu, więc mógł legalnie wpełznąć pod pierzynę. Jak tylko się płożył, Robert odwrócił się. Przysunął się bliżej. Oparł drobną rączkę o jego pas. Przycisnął do siebie pluszaka, jednocześnie wtulając się w wujka. Michael objął go, delikatnie gładząc jego plecy, aby pomóc mu zasnąć. Miał nadzieję, że Robert szybko odpłynie, a sen złagodzi przykre wydarzenia z dzisiejszego dnia. 


***
Dzisiaj rozdział prawie cały z perspektywy Asha + drobna końcówka z Cliffo. Jak myślicie, chłopaki poradzą sobie bez pomocy przy opiece nad Robertem? Czy może to ich przerośnie?
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Dziękuję również za komentarze, które mocno motywują do dalszego pisania :)

Pozdrawiam i do następnego!

8 komentarzy:

  1. Dobrze że nic nie stało się dla Roberta :) oby Emily szybko wyzdrowiała i żeby te ff skończyło się happy endem bo nie wiem co ci zrobię jak bedzie innaczej :D
    żartuje :)
    Zycze weny i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah spoko XD Ja i tak nic na razie nie zdradzę :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Znalazłam to opowiadanie nie dawno. Jest super. Płakałam jak czytałam ten rozdział

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie by było gdyby emi nie wyszła z tego tak prędko. Wiecie...wszyscy tylko skaczą wokół Roberta i studia itd A emi to tak trochę jak sprzątaczka kucharka i matka. Niech się trochę o nią pomartwia i zobaczą jak ciężko jest bez niej. Nie tylko chłopaki ale luke tez.

    Maxxx

    OdpowiedzUsuń