czwartek, 15 września 2016

S2 - Rozdział 20

              Powrót do zdrowia zajął im prawie dwa tygodnie. Nie musieli jednak od razu wracać do pracy. Menadżer dał im jeszcze dodatkowe dwa dni wolne, aby mogli się na nowo zorganizować, zregenerować i ogarnąć po chorobie. Zaraz po tym mieli wrócić do studia, by dalej pracować nad krążkiem, który już niedługo chcieli wydać. Cała czwórka wiedziała, że powoli zaczną promocję, jeszcze zanim płyta trafi do sprzedaży. Wszystko miało mieć taki sam przebieg, jak zawsze. Krok po kroku, w calu zwiększenia zainteresowania i podniesienia zysków. A oni swoimi twarzami i muzyką mieli napędzać tę machinę. Był to czysty marketing, na którym oni nie do końca się znali, ale potrafili rozszyfrować większość pr-owych trików.
               Luke siedział z Robertem na kanapie. Dzisiaj postanowił przejąć część obowiązków nad małym i zająć się nim rano, by Emily mogła w końcu się wyspać. Przez ostatnie dwa tygodnie nie robiła nic innego, jak tylko niańczyła nie tylko małego chłopca, ale także trójkę dorosłych facetów, którzy zaniemogli przez grypę. Hemmings chciał, by mogła odsapnąć. Doskonale widział, że od kilku dni jest naprawdę zmęczona. Jak tylko Robert się obudził, blondyn zgodnie ze swoim postanowieniem posłusznie wstał z łóżka, pozwalając jej spać dalej.
               Wszyscy pozostali domownicy jeszcze spali, kiedy obaj jedli wczesne śniadanie. Luke próbował się dobudzić mocną kawą, licząc na to, że kofeina doda mu więcej energii. Hemmings nigdy nie był rannym ptaszkiem. Funkcjonowanie w takich godzinach nie było dla niego łatwe. Chętnie wróciłby z powrotem do łóżka. Wiedział jednak, że nie może zostawić Roberta, który domagał się uwagi ze strony jednego z rodziców.
              Blondyn spojrzał na ekran telewizora. Na kanale dla dzieci leciał właśnie Tomek i przyjaciele. Luke nie cierpiał tej bajki, choć sam do końca nie był pewny dlaczego. Wiedział jednak jedno, tytułowa lokomotywa była dla niego, w jakiś sposób odpychająca, nie śmieszna i dziwna. Nie rozumiał, jak dzieciaki mogły to na spokojnie oglądać.
              Po raz kolejny podsunął Robertowi pod nos kanapkę z szynką i serem. Młody wgryzł się w chleb, a potem zaczął powoli przeżuwać śniadanie, cicho mlaszcząc. Luke uśmiechnął się, gdy duże dziecięce oczy spojrzały wprost na niego. Jego syn też nie był zainteresowany lecącą w tle bajką. Przez większość czasu jego uwaga skupiała się na ojcu, jakby blondyn był dla niego najlepszą osobą na Ziemi.
- Liczymy jeszcze raz? – zapytał Luke, wyciągając w jego stronę dłoń. Mały ochoczo pokiwał głową, przełykając resztkę jedzenia. – Zaczynaj, mistrzu.
- Jeden, dwa, cztery, pięć i trzy – powiedział, pukając go po kolei w każdy palec.
- Trochę ci się pomieszało, ale jesteś blisko. Jest jeden, dwa, trzy, cztery, pięć – zaczął powoli, po raz kolejny wskazując mu poszczególne palce. – Spróbuj na swojej rączce. – Maluch wyciągnął przed siebie dłoń. – Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Pięć palców – pociągnął Luke, tym razem stukając w drobne paluszki syna.
- Jeden, dwa… - Zerknął na blondyna.
- Świetnie. Co dalej?
- Jeden, dwa, cz… - Luke pokręcił szybko głową. – Trzy!
- Brawo!
- Cztery i pięć.
- Doskonale. Jeszcze raz?
- Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć – powtórzył Robert, a Luke uśmiechnął się szeroko. Pocałował go w czoło. Jego syn zareagował cichym śmiechem.
- Super! A teraz kanapka.
- Nie cem.
- Nie smakują ci kanapki taty?
- Mama robi lepsze – skwitował Robert, wzruszając ramionami.
- To tata robi najlepsze kanapki, jasne? – oparł ze śmiechem, pukając małego w ramię. Chłopiec po raz kolejny wybuchł śmiechem. – Jasne? Powiedz, że tata robi najlepsze kanapki na świecie.
- Nie robi!
- Oczywiście, że robi!
- Nie robi!
- Ja ci dam nie robi! – rzucił Luke, podnosząc synka.
             Podrzucił go, przez co Robert znów parsknął dziecięcym śmiechem. Zapiszczał głośniej, kiedy Hemmings zaczął go łaskotać. W tym momencie Luke uznał, że mógłby jeszcze bardziej polubić takie poranki, gdyby mógł spędzać je właśnie w taki sposób, a nie tkwiąc w pracy. Wiedział jednak, że jego rola jest całkiem inna. Nie zawsze wszystko można pogodzić, tak jakby się tego chciało.

***
             Mieszkając z czwórką facetów – a w zasadzie z piątką - musiałam być przygotowana na to, że czekają mnie częstsze wizyty w sklepie. Jedzenie w lodówce znikało w zastraszająco szybkim tempie. Robert podpatrując nie tylko swojego ojca, ale także i wujków, starał się robić to, co oni, więc skoro panowie nie mieli problemów z apetytem, to on również. Znikały nie tylko przekąski i desery, ale także szybko wyparowywała kawa, mleko, herbata i ser – który chyba wszyscy nałogowo jedliśmy.
            Luke zaoferował swoją pomoc przy dzisiejszej wyprawie do hipermarketu. Liczyłam właśnie na to, że któryś z chłopaków ruszy się i pojedzie tam ze mną. Nie uśmiechało mi się w pojedynkę dźwiganie tego wszystkiego, skoro w domu jest czwórka dorosłych chłopów. Na szczęście nie musiałam nic mówić, bo Hemmings sam wyszykował się do wyjścia i bez jęczenia, wyruszył ze mną na zakupy.
             Zatrzymaliśmy się na dużym parkingu. Luke postanowił zaparkować, jak najbliżej wyjazdu. Przez to mieliśmy spory kawałek do przejścia. Wysiadłam z auta pierwsza. Okrążyłam samochód, by dostać się na tylne siedzenie. Zabraliśmy Roberta ze sobą, aby chłopaki mogli trochę odsapnąć od małego. W końcu im też należy się chwila spokoju. Odpięłam chłopca z pasów, a następnie wyciągnęłam go. Postawiłam go na ziemi, od razu łapiąc za jego małą dłoń. Zerknęłam w stronę blondyna, który dopiero teraz wydostał się z auta. Ściągnął z nosa okulary przeciwsłoneczne, a następnie rzucił je na siedzenie. Wyprostował się i uśmiechnął szeroko, kiedy dostrzegł, że mu się przyglądam.
- Idziemy?
- Tak, miejmy to już z głowy – odparł, podchodząc do nas.
             Robert natychmiast puścił mnie, by złapać swojego ojca za rękę. Chyba faktycznie w tej rodzinie mam numer dwa, bo ewidentnie Luke nadal jest jedynką. Cholernie podobała mi się ta relacja, jaką mieli, choć nie ukrywam, że momentami mu tego mocno zazdrościłam. Młody był ewidentnie syneczkiem tatusia i na razie nie zapowiadało się, by mu się to odmieniło.
            Przeszliśmy przez parking, omijając kolorowe samochody. Robert podskakiwał w trakcie marszu, ciągnąc Luke'a za rękę. Nie do końca wiedziałam, gdzie mu się tak spieszyło. Dopiero po wejściu do centrum zorientowałam się, co tak naprawdę słowo zakupy oznaczają dla małego.
             Mianowicie, jak tylko przeszliśmy przez automatyczne oszklone drzwi, Robert puścił dłoń ojca i ruszył pędem w stronę bocznego boksu. Wtedy dostałam pełną odpowiedź na jego zniecierpliwienie. Trzylatek koniecznie chciał się dostać na plac zabaw. Luke i ja wymieniliśmy spojrzenia. Blondyn zaśmiał się, a potem pokręcił głową.
- Pójdę po wózek – rzuciłam, kiedy Hemmings skierował się w stronę swojej kopii, która podrygiwała przy dużym, kolorowym plakacie z misiami.
               Z daleka obserwowałam to, jak Luke rozmawia z kobietą za ladą. Pokiwał szybko głową i ukucnął przy Robercie. Wymienił z nim kilka słów, a potem wyprostował się. Kobieta otworzyła bramkę, za którą po chwili zniknął chłopiec. Hemmings rzucił coś jeszcze w stronę tymczasowej opiekunki, a następnie wrócił do mnie.
- Calum i Michael zabierają go tu na kulki – poinformował mnie, przekręcają jednocześnie oczami.
- Tak ci powiedział? – Pokiwał głową. – Teraz już wiadomo, czemu tak chętnie jeździ z nimi do sklepu.
- Odbierzemy go przed wyjściem. Przynajmniej zrobimy w spokoju zakupy, a ja nie będę go musiał szukać między półkami.
- Zgubiłeś go kiedyś w sklepie? – zapytałam, unosząc jedną brew. Luke zrobił minę niewiniątka. – O matko, zgubiłeś go!
- Wcale nie – odpowiedział szybko, przejmując ode mnie wózek. – Zawsze go pilnuję.
- To skąd ta mina?
- Po prostu Robert już nie chce siedzieć w wózku i wszędzie jest go pełno. Zakupy bez niego, to bezpieczeństwo nie tylko dla niego, ale także dla innych osób będących w sklepie.
- Zgubiłeś go – powtórzyłam, a Luke prychnął pod nosem. – Ja to wiem.
- Nawet jeśli, to ci się nigdy do tego nie przyznam.
- Teraz to zrobiłeś – mruknęłam, kiedy ruszyliśmy w kierunku wejścia na halę.
- Wcale nie.
- Zgubiłeś go.
- Nie udowodnisz mi tego.
- Zapytam Roberta.
- Próbuj szczęścia – rzucił zadowolony, a potem niespodziewanie pstryknął mnie w nos. Podskoczyłam, by po chwili spojrzeć na niego, jak na kretyna. Luke roześmiał się, a następnie skierował w stronę pierwszych półek.

             Wyszliśmy ze sklepu, mając wypchany wózek po same brzegi. Zrobiliśmy naprawdę porządne zapasy. Kupiliśmy nie tylko jedzenie, ale także chemię, bo i tego zaczynało nam brakować. Oczywiście, pod tym względem dostałam wyszczególnioną listę od chłopaków, bo każdy nagle potrzebował, czegoś innego.
             Zatrzymałam się przy samym wyjściu, czekając na to, aż Luke odbierze z placu zabaw naszego syna. Przy okazji spotkał też małą grupkę fanek, z którymi od razu zaczął rozmawiać i robić sobie zdjęcia. Dwie z nich przywitały się także i zemną. Ich uśmiechy były tak miłe i pogodne, że sama zaczęłam robić to samo. Dziewczyny miały w sobie dużo pozytywnej energii, którą przekazywały dalej.
             Wyszliśmy z budynku. Tym razem to ja prowadziłam małego, a Luke ciągnął się za nami, pchając przed sobą wózek. Robert z ożywieniem opowiadał o tym, jak spędził czas na placu zabaw. Dowiedziałam się też tego, że poznał tam trzyletnie bliźniaczki i we trójkę się bawili. Dopytywał też, kiedy będzie mógł tam wrócić. Odrobinę się nadąsał, kiedy Luke zaproponował, że jak chce, to możemy go tam zostawić na stałe i odebrać, jak skończy osiemnaście lat. Małemu raczej ten pomysł z rozłąką nie przypadł za bardzo do gustu. Jego usteczka wygięły się w podkówkę, a potem obraził się na swojego tatę, który nie omieszkał ryknąć głośnym śmiechem. Przeszło mu dopiero w momencie, kiedy Luke kilka razy pod rząd zapewnił go, że tylko żartował i nigdy by go nigdzie nie oddał ani nie zostawił.
- Wuja Cal chciał ciacho - powiedział Robert, kiedy podeszłam z nim do tylnych drzwi samochodu. – Kupiliście mu cicho?
- Kupiliśmy – odpowiedziałam, podnosząc go.
- Na pewno?
- Na pewno. Wujek Calum dostanie swoje ciastka.
- Bez nich smuta. Nie lubię, gdy wuja Cal smuta.
- Nie będzie – zapewniłam małego, sadzając go w foteliku. Od razu zapięłam go pasami. – Poczekaj tu, pójdę pomóc tacie z zakupami.
- Kej. Dasz piłalina?
- Jasne, skarbie.
              Nachyliłam się, by sięgnąć ulubionego pluszaka małego, który leżał na środku siedzenia. Robert od razu chwycił go w rączki, uderzając maskotką o swoje nogi. Uśmiechnęłam się, przeczesując mu dłonią włosy, a następnie zamknęłam drzwi.
- Dużo ci zostało? – zapytałam, idąc w stronę blondyna, który ładował do bagażnika kolejną siatkę.
- Połowa. Wiesz, co?
- Tak? – Spojrzałam w jego błękitne tęczówki.
- Pomyślałem, że może dzisiaj wszyscy wybierzemy się na kolację do tej pobliskiej knajpki. Tej, niedaleko naszego domu.
- Chcesz iść na pizzę?
- O! Bardzo dobry pomysł, ty to masz łeb, Em – rzucił ze śmiechem. – Jestem, jak najbardziej za pizzą.
- Możemy iść.
- Chłopaki też się pewnie zgodzą. Dawno nigdzie razem nie byliśmy.
- Pasuje. Ominie mnie sprzątanie i robienie wam jedzenia.
- Narzekasz?
- Nie, komentuję rzeczywistość – powiedziałam, pomagając mu upchnąć zakupy. – Nie narzekam. Nigdy nie narzekałam. Lubię być z wami. To lepsze, niż samotne kiszenie się w Australii. Ale z drugiej strony, tęsknię za domem i rodzicami.
- Wiem coś o tym. Chociaż i tak tęsknota za tobą i Robertem była znacznie większa i gorsza. Miałem wrażenie, że umyka mi tak wiele… - Pogładziłam go po policzku. Ten gest wywołał u niego szeroki uśmiech. – Teraz przynajmniej mam was tutaj.
- Wiesz, że to nie jest na stałe?
- Musiałaś? – Zagryzłam lekko wargę. – Wolę na razie nie myśleć, że wrócicie kiedyś do Australii.
- Masz rację, nie myśl o tym. Cieszmy się, że jesteśmy wszyscy razem w jednym miejscu.
- To mam zamiar robić przez cały czas – powiedział, pukając mnie w czoło.
- Jesteś czubek – skwitowałam, kiedy Luke uderzył swoim biodrem w moje. – Odstawisz wózek? – Blondyn pokiwał głową, a następnie złapał za niego i ruszył w kierunku wiaty.

***
            Spojrzał w kierunku Emily. Dziewczyna stała oparta o samochód. W jej dłoni znajdował się telefon. Szybko wystukiwała coś na ekranie. Luke domyślał się, że musiała odpisywać pewnie, na jakąś wiadomość, którą dostała.
            Ruszył w jej stronę, nie odrywając od niej wzroku. W końcu Em podniosła głowę i ich spojrzenia na moment się ze sobą spotkały. Na twarzy blondyna na nowo zagościł szeroki uśmiech. Był szczęśliwy. Miał wszystko, czego chciał.
- To teraz do domu, kierowco – powiedziała, klepiąc go po plecach. – Jutro zaczynacie pracę?
- Niestety – odparł, otwierając drzwi od auta. Złapał za swoje okulary, które zostawił na siedzeniu. – Chciałbym mieć więcej wolnego. Przydałby się urlop po chorowaniu.
- Wierzę ci, skarbie. Jednak przyznam się do tego, że nie mogę się doczekać waszego nowego krążka.
- Obiecaj tylko, że jak on wyjdzie, to nie będziesz nas tym katować w domu. – Emily wybuchła śmiechem, zajmując miejsce pasażera.
- Nic nie obiecuję. Nie powinieneś być zadowolony z tego, że słucham twojej muzyki?
- Tylko, że ty potrafisz męczyć jeden kawałek przez godzinę. Jeden kawałek, Em – jęknął, przekręcając oczami. Usiadł za kierownicą.
- Sam to robisz, jak coś wpadnie ci w ucho.
- Nie, bo przeplatam ją z innymi.
- Robisz to samo – mruknęła, a on mimo wszystko cicho zaśmiał się pod nosem.
- Tato!
- Synek? – zapytał Luke, wychylając się do tyłu, by spojrzeć na małego.
- Pójdziemy na kulki?
- Następnym razem. Teraz jedziemy do domu. Wujkowie się za tobą stęsknili.
- Och, na pewno – powiedziała cicho Emily, przyciskając dłoń do ust.
            Luke zdążył się wyprostować, gdy wydarzyły się trzy rzeczy. Najpierw zobaczył przed sobą rozpędzone granatowe auto, które jechało stanowczo za szybko, jak na przysklepowy parking. Zaraz po tym rozległ się huk, który sprawił, że aż zadźwięczało mu w uszach. Hemmings odbił się od siedzenia, wpadając na kierownicę. Poduszka powietrzna wystrzeliła w najmniej oczekiwanym momencie. Nie zdążył zapiąć pasów, więc poleciał w bok, uderzając głową w szybę. Samochód przesunął się kilka metrów po drodze, wypchnięte do tyłu siłą uderzenia.
           Luke poczuł w ustach metaliczny smak krwi. Rozchylił lekko powieki, ale obraz przed oczami zaczął mu się niebezpiecznie kręcić. Bolał go każdy skrawek ciała. Jego oddech był płytki i ciężki, a płuca paliły go żywym ogniem.
           Zebrał się w sobie, kiedy usłyszał głośny i histeryczny płacz wystraszonego Roberta. Zdezorientowany malec nawoływał swoich rodziców, ale żaden z nich nie odpowiedział. Zacisnął zęby, krzywiąc się z bólu. Musiał jednak spojrzeć w bok.
- Robert - powiedział mocno zachrypniętym i słabym głosem. – Robert!
           Zdołał odrobinę się odwrócić. Jego błękitne tęczówki natrafiły na nieprzytomną Em. Z jej nosa, czoła i ust wydobywały się cienkie stróżki krwi. Chciał wyciągnąć w jej stronę dłoń. Chciał sprawdzić, czy oddycha. Chciał mieć cholerną pewność, że nic poważnego się nie stało. Że to tylko tak źle wygląda. Jednak, jak tylko wymusił w sobie więcej siły, przed oczami pojawiła mu się mgła. Zaraz po tym, zamroczyło go totalnie. Płacz jego syna stawał się cichszy i mniej wyraźny, jakby dochodził z tunelu. Luke walczył z opadającymi powiekami, ale w ostateczności przegrał tę walkę. 


***
Jak widać Robert jest ewidentnie syneczkiem tatusia - było tak i jest dalej :D Chłopaki wyzdrowieli, ale niestety na horyzoncie znów pojawił się - określmy to jako - "problem". Jak myślicie, co będzie teraz? 

Mam nadzieję, że rozdział mimo wszystko przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam na Twittera i Aska - @RoxyDonau

Dziękuję również za wszystkie komentarze, które mocno motywują mnie do pisania! :) Dzięki! 

Pozdrawiam i do następnego!



Przy okazji też zapraszam na nowe ff, które swoją "premierę" miało wczoraj - Stay Alive! Link w bocznej kolumnie "Moje Blogi" :) 

17 komentarzy:

  1. Nie wierzę, że znowu będę musiała tyle czekać aż napiszesz kolejny rozdzial :( może zrobisz wyjątek i napiszesz nam rozdział przed resztą opowiadań ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie będzie to, aż tak długo - może pójdzie szybciej? Nic nie obiecuję :)

      Usuń
    2. jak umrę to przez Ciebie XD

      Usuń
    3. Ty wiesz jak temu zapobiec ;>

      Usuń
    4. Postaram się, to zrobić :)

      Usuń
  2. kurde nie mogę się doczekać następnego rozdziału zwłaszcza po tym co tam się stało. musisz szybko dodać MUSISZ !!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie mogę obiecać, że na pewno rozdział pojawi się szybciej - zobaczymy, jak to wyjdzie :(

      Usuń
  3. No chyba cie cos pojebało.No przepraszam co tu się dzieje!!!
    Nie nie nie nie zgadzam sie!
    Oddalam to pytanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wyszło... Niestety, tak miało być od początku :\

      Usuń
  4. Miałam przerwać na moment czytanie, aż zobaczyłam słowo "rozpędzony" i "samochód". No nie wierzę:( nie każ nam czekać aż tak długo
    Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie mogę obiecać, że rozdział pojawi się jakoś szybko. Mam nadzieję, że pójdzie mi jakoś z pisaniem i nie będzie trzeba, aż tak długo czekać :)

      Usuń
  5. Tak sie zastanawiam.. Nie chciałabyś wrocic do swoich wcześniejszych terminów z dodawaniem? Wiesz, napisalabys rozdzialy do kazdego opowiadania (a my bysmy czekały) i wrzucila w dzien ktory byl kiedys. Chyba ze ci odpowiada jak jest teraz:)

    Rozdzial jak zwykle wspanialy. Jestem ciekawa tego co sie wydarzy. Mam nadzieje ze wszystko w porządku :')
    Pozdrawiam:)x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałam już na nowo wbić się w tamten trans i nadal staram się pokonać obsuwę, ale to mi nie wychodzi. Z drugiej strony pisząc rozdziały, tak jak teraz, nie mam, aż takiej presji czasu, że nawalę - bo już nawaliłam. Gdybym tylko mogła, znów bym zrobiła regularne terminy, naprawdę. Bo to był też porządek z dodawaniem rozdziałów dla mnie.

      Cieszę się bardzo, że mimo wszystko rozdział się podobał :) Dziękuję również za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  6. Czytam ❤️ Jejku, nie mogę uwierzyć, że uciełaś w takim momencie ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, tak wyszło. Tu mi najbardziej pasowało :P

      Usuń