środa, 24 sierpnia 2016

S2 - Rozdział 19

             W naszym domu pojawiła się grypa. Uciążliwe i męczące choróbsko pojawiło się niespodziewanie, zaraz po naszym powrocie z Irlandii. Zaczęło się niewinnie, od kaszlu i bólu głowy. Potem doszła wysoka temperatura, bóle stawów i mięśni, aż w końcu u niektórych ból gardła i katar. W ciągu dwóch dni zwaliło z nóg połowę naszej zakręconej rodzinki. Zdrowa część zaczęła przyjmować witaminy, by ustrzec się przed efektem domina. I jak na razie to się udawało, bo ja, Michael i Robert nadal pozostawaliśmy w strefie bez grypy.
               Każdy z chłopaków zachowywał się podczas choroby nieco inaczej. Tryskający energią Ash, zakopywał się w pościeli i jedyne, co chciał jeść, to czekoladowy budyń z bitą śmietaną. Inne jedzenie nie istniało. Nie był jednak wyłączony kompletnie z życia, bo chętnie oglądał filmy czy czytał książki. Luke za wszelką cenę chciał udawać, że nic mu nie jest, choć widać było, że jest mocno osłabiony. Zdarzały mu się kilkukrotne drzemki w czasie dnia. Najlepsze w tym było to, że zasypiał nagle, jakby nie miał nad tym żadnej kontroli. Dodatkowo miał tak podrażnione gardło, że dłuższa konwersacja z chłopakiem nie wchodziła w grę. Jego głos wysiadł, pozwalając mu, tylko na szept. Calum, zaś stał się strasznie apatyczny, marudny i niechętny, do jakiegokolwiek kontaktu z drugim człowiekiem. Przesypiał całe dnie, praktycznie nie wychodząc ze swojego pokoju. Dodatkowo zupełnie stracił apetyt. Często ślęczałam nad nim, pilnując i wymuszając na nim to, by zjadł, choć odrobinę tego, co zostało mu podsunięte pod nos. A było to długie i żmudne zadanie. Marzyłam o tym, by grypa w końcu odpuściła. By cała nasza pokręcona rodzinka mogła wrócić do dawnego stylu życia.
               Z powodu choroby, chłopaki byli zwolnieni z wizyt w studiu. Zresztą, w takim stanie na niewiele by się tam zdali. Jedyną osobą, która była w pełni dyspozycyjna, był Michael. Jednak on nie dałby rady zastąpić wszystkich i pociągnąć całej pracy sam. Dlatego zespół zyskał dodatkowe dni wolne, aby trójka z nich mogła dojść do siebie i całkowicie się wyleczyć.

               Wycisnęłam kolejną tabletkę z listka. Biała, podłużna pigułka wleciała do jednego z trzech plastikowych kieliszków. Chłopaki na szczęście przyjmowali podobne lekarstwa, z kilkoma tylko zmianami – Luke miał dodatkowo silniejsze tabletki na gardło, zaś Calumowi i Ashowi przepisano dwa różne syropy – więc nie dochodziło do pomyłek, przy rozdzielaniu działek dla chorych.
               Odwróciłam się, kiedy usłyszałam szybkie małe kroki. Robert zatrzymał się przy pierwszej szafce. Duże, błękitne oczy spojrzały wprost na mnie. Na dziecięcej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Trzymał za skrzydło jednego ze swoich pingwinów. Maskotka prawie dotykała podłogi.
- Co się stało skarbie? – Mały zmarszczył nos.
- Tata śpi… Znowu – mruknął, kręcąc głową. Jego uśmiech znikł, a zastąpił go niezadowolony grymas.
- Tata jest chory. Musi dużo spać.
- I nie bawi się ze mną – pociągnął, formując usta w podkówkę.
               Odłożyłam niebieskie pudełko. Uśmiechnęłam się lekko, podchodząc do dziecka. Wzięłam go na ręce, a Robert od razu owinął swoje ramię wokół mojej szyi. Cmoknęłam go w policzek, na co zareagował cichym śmiechem. Po chwili odwdzięczył mi się takim samym czułym gestem. Posadziłam go na blacie. Pomachał nóżkami, które lekko zabębniły w szafkę.
- Już o tym mówiliśmy – powiedziałam, pukając go delikatnie w nos. Robert uśmiechnął się szeroko. – Jak ktoś jest chory, to potrzebuje więcej snu i spokoju, aby wyzdrowieć.
- I czeba się nim opiekować.
- Właśnie. Trzeba mu pomagać…
- Dawać cukierki – rzucił Robert, wskazując palcem na lekarstwa.
- To nie są cukierki. To są tabletki. Pomagają wrócić do zdrowia.
- By nie być chorym?
- Dokładnie – odparłam, przejeżdżając dłonią po jego blond włosach.
- Ale tata, wuja Cal i wuja Ashti nie będą kiedyś chorzy?
- W końcu wyzdrowieją.
- I będą znów się uśmiechać?
- Będą – zapewniłam go z uśmiechem. - Potrzebują, tylko trochę czasu.
- Mamo?
- Tak?
- Cem na dół.
- W porządku – powiedziałam ze śmiechem, łapiąc go pod ramiona. Postawiłam go na podłodze. – Gdzie idziesz? – zapytałam od razu, kiedy malec odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia z kuchni.
- Do wuja Miki’ego. Był w ogródku.
- Jak go nie będzie od razu wracaj.
- Kej – rzucił i pobiegł przed siebie, nawołując czerwonowłosego. Po chwili usłyszałam głos Michaela, który faktycznie dochodził z ogrodu. Przynajmniej miałam pewność, że młody nie będzie tam sam. Wróciłam do rozdzielania tabletek.
               Kiedy wszystko było gotowe, złożyłam kieliszki w jeden słupek, aby łatwiej było mi je nieść. Następnie wyszłam z kuchni, kierując się w stronę schodów. Wchodząc na górę, miałam nadzieję, że chłopaki w końcu poczują się lepiej. Niestety, w ciągu tych dwóch dni nie było widać żadnej poprawy. Wiedziałam jednak, że pozbycie się choroby zajmuje więcej czasu.
               Weszłam do pokoju Ashtona. Brązowe, lekko czerwone oczy od razu przeniosły się na mnie. Perkusista leżał w łóżku. Był przykryty kołdrą do pasa, a w jego lewej dłoni znajdował się czarny pilot do telewizora. Uśmiechnął się, kiedy podeszłam bliżej. Podałam mu jeden z plastikowych, przezroczystych kieliszków.
- Pana proszki, panie Irwin.
- Dzięki, Em – odpowiedział nieco zachrypniętym głosem.
- Jak głowa?
- Boli mniej. Ale dzisiaj rano myślałem, że mózg mi eksploduje.
- Dzisiaj na obiad będzie…
- Chcę budyń.
- Dostaniesz budyń – powiedziałam, nawet nie próbując z nim dyskutować. Próbowałam na początku, kiedy zaczęła się choroba. Prawie skończyło się to kłótnią, ale na czas oboje się pohamowaliśmy.
               Chłopak uśmiechnął się po raz kolejny, a następnie obrócił kieliszek w dłoni. Przyłożył go do ust i od razu przechylił naczynie. Tabletki zniknęły w jego buzi. Podałam mu butelkę wody, by mógł je popić. Po chwili było po wszystkim, a ja mogłam przejść do pokoju kolejnego pacjenta.
               Calum tak samo, jak Ash, był w łóżku. Leżał zagrzebany w pościeli, a ja jedyne, co widziałam, to kępkę jego ciemnych włosów, która wydostawała się spod pierzyny. Podeszłam do niego bliżej, a potem usiałam na krawędzi materaca. Nie chciałam go budzić, ale chłopak musiał przyjąć kolejną dawkę leków. Dotknęłam delikatnie jego ramienia. Potrząsnęłam nim lekko. Poruszył się, odgarniając kołdrę, tak bym mogła go widzieć. Bez słowa zagrzechotałam mu tabletkami. Powoli podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając palcami oczy.
- Jak się czujesz?
- Chujowo.
- Dobitnie obrazowa odpowiedź – powiedziałam ze śmiechem.
                 Hood w porównaniu do Irwina, brał tabletki pojedynczo. Najpierw jedna, potem druga i tak dalej. Opróżnianie kieliszka zajmowało mu, więc więcej czasu. Siedziałam obok niego, czekając cierpliwie, aż skończy. W końcu ostatnia z nich zniknęła z naczynia, a Calum odetchnął z ulgą. Podziękował mi, od razu wracając do poprzedniej pozycji. Przed wyjściem opatuliłam go szczelniej kołdrą.
                Ostatni na mojej liście pacjentów był Luke. Jak tylko weszłam do naszego wspólnego pokoju, od razu zobaczyłam go śpiącego. Tyle, że Hemmings nie znajdował się w łóżku, jak pozostała dwójka. Blondyn zasnął, siedząc na podłodze. Jego głowa i jedna ręka znajdowała się na materacu. Opierał się bokiem o łóżko, cicho pochrapując pod nosem. Jego oddech był dużo cięższy, niż zazwyczaj. Zauważyłam w jego drugiej dłoni maskotkę. Najwidoczniej chłopak odpłynął w trakcie zabawy z synem, co by tłumaczyło wcześniejsze poirytowanie malca.
                Postawiłam kieliszek z tabletkami na nocnej szafce. Nachyliłam się nad śpiącym chłopakiem. Przejechałam dłonią po jego rozczochranych włosach. Powtórzyłam ten gest, by go obudzić. Gdy zrobiłam to ponownie, Luke powoli otworzył oczy. Szybko zamrugał, będąc z początku nieco zdezorientowanym.
- Hej.
- Znowu zasnąłem? – wyszeptał, krzywiąc się.
- Znowu. – Przymknął powieki, biorąc głębszy oddech. – Dobrze się czujesz?
- Jestem… cholernie zmęczony – odpowiedział, a ja musiałam się bardziej nachylić, by móc go dobrze zrozumieć.
- Weź tabletki i kładź się.
- Gdzie Robert? – zapytał, kiedy pomogłam mu się dźwignąć z podłogi. Na szczęście w sypialni panowała względna cisza, więc wypowiadane przez niego słowa były lepiej słyszalne.
- Z Michaelem.
- Bawiłem się z nim i…
- Tak wiem. – Luke znów skrzywił się z niezadowoleniem. – Nic się przecież nie stało.
- A jakby się stało i…
- Nic się nie stało - powtórzyłam, odgarniając kołdrę.
               Hemmings zażył leki, a następnie wgramolił się na łóżko. Padł na materac, po raz kolejny ciężko wzdychając po nosem. Przyłożyłam dłoń do jego czoła. Nadal było gorące. Przykryłam go kołdrą prawie po samą brodę, gdy zauważyłam, jak przeszedł go pojedynczy dreszcz.
- Nie jesteś już tak mocno rozpalony, jak wcześniej – powiedziałam, zostawiając na jego czole szybki pocałunek. – Może w końcu uda się zbić tę gorączkę.
- Chce umrzeć…
- Serio, Luke? - mruknęłam, przekręcając oczami. – Masz zakaz umierania. Musisz pomóc mi wychować syna, a nie…
- Żartowałem – odparł uśmiechając się lekko.
- Nie śmieszne – skwitowałam, udając obrażony ton.
- Em… Emi… - Prychnęłam pod nosem. – Zlituj się, kobieto, nade mną.
- Właśnie to robię, bo za taki tekst dostałbyś już poduchą po głowie. – Hemmings posłał mi kolejny uśmiech. Przez moment spoglądałam na niego niewzruszona, ale w końcu odpowiedziałam mu tym samym. – Śpij.
- Rozkaz.
               Pokręciłam głową śmiejąc się cicho. Blondyn wtulił się bardziej w poduszkę, od razu zamykając oczy. Ostatni raz poprawiłam mu kołdrę, co było jakimś niekontrolowanym już odruchem, a następnie złapałam za słupek pustych już kieliszków i wyszłam z pokoju, pozwalając mu na pogrążenie się we spokojnym śnie.
             Jak tylko doszłam do schodów, usłyszałam głośny plusk, a potem dziecięcy śmiech, który doszedł z ogrodu. Uniosłam brwi, zastanawiając się, co tym razem odwala zdrowa dwójka. Pewnie obaj wpadli na kolejny, jakiś arcygłupi pomysł. Miałam dziwne przeczucie, że pomysłodawcą tego, co robią, był Michael.
             Odpowiedź dostałam od razu, jak tylko znalazłam się na dole. Zrobiłam wielkie oczy, kiedy do salonu wszedł przemoczony do suchej nitki Clifford. Woda ściekała mu z nosa, włosów i ubrania, kapiąc na podłogę. Zacisnęłam usta, jednak widząc chichoczącego trzylatka, nie wytrzymałam i sama parsknęłam śmiechem.
- Co się stało? – zapytałam starając się opanować.
- Wuja się wywrócił do basenu – odpowiedział Robert, a potem pisnął pod nosem, po raz kolejny zanosząc się śmiechem. Przeniosłam swoje ciemne oczy na chłopaka.
- Nie wyhamowałem – powiedział, wzruszając ramionami. – Zdarza się.
- Jak nie wyhamowałeś? Przecież…
- Przejąłem na chwilę rower młodego.
- Wywraciał się z nim do basenu! Do wody, mamo! – pociągnął Robert, przytykając dłoń do ust i dalej śmiejąc się w najlepsze. – Zrobił plusk w wodę!
- Rower został wyłowiony – poinformował mnie Michael. – Idę się przebrać.
- Mikey – gitarzysta znów na mnie spojrzał. – Jak ty się w ogóle na nim zmieściłeś?
- Jakoś się dało. Nie jest, aż tak mały. Miałem mały problem z nogami, ale jak się je wyciągnie i…
- Dobra, dobra – przerwałam mu, machając jednocześnie ręką. - Na górę. Nie chcę, byś i ty się rozłożył.
- Nie będę chory.
- Nie cem, by wuja Miki był chory – mruknął Robert, kręcąc głową.
- Nie będę chory – powtórzył Clifford z pewnością w głosie, uśmiechając się jednocześnie do chłopca. - Mam dobrą odporność.
- Oby – rzuciłam, podchodząc do Roberta. – Pobawisz się teraz z mamą?
- Kej.
- Super. Co chcesz robić?
- Malować.
- W porządku.
- Wuja może do was dołączyć? – zapytał Clifford.
- Tak! – odparł zadowolony maluch.

               Postawiłam na stole dwa kubki z kawą. Uśmiechnęłam się, patrząc na obrazek przed sobą. Michael trzymał małego na kolanach. Obaj pochylali się nad zapisaną przez chłopaka kartką papieru. Na niej widniały różne literki. Usiadłam obok, nie chcąc im przeszkadzać.
- Teraz S – powiedział Michael, wskazując palcem napisaną przez siebie drukowaną literę. – S, jak?
- Soneczko – odpowiedział Robert, a potem zaśmiał się zadowolony, kiedy wujek zaczął bić brawo.
- Świetnie, młody.
                Na mojej twarzy po raz kolejny wymalował się szeroki uśmiech. Nie mogłam oderwać wzroku od tej zajętej sobą dwójki. Byłam ogromnie zadowolona widząc, jaki kontakt chłopaki złapali z Robertem. I mieli go od samego początku. Ich relacja zupełnie nie słabła. Robert był w pewien sposób nimi zafascynowany. Uwielbiał, gdy jego wujkowie poświęcali mu całą swoją uwagę. Chociaż jego numerem jeden nadal był Luke, to jednak coraz częściej zaczął też naśladować pozostałych członków zespołu. Podpatrywał ich zachowania i gesty, a potem umiejętnie je wykorzystywał w odpowiednich sytuacjach. Chłopaki też starali się kreatywnie spędzać z nim czas, ucząc go nowych rzeczy i powtarzając te już wyuczone. Tak, jak to miało miejsce w tym momencie.
- C, jak? – zapytał po raz kolejny Michael.
- Jak wuja Cal.
- P, jak?
- Piłalin.
- Pingwin.
- Piłalin.
- Niech ci będzie – odparł ze śmiechem Clifford, pukając go w policzek. Młody zaśmiał się pod nosem, a następnie wtulił w jego klatkę piersiową. – M, jak?
- Mama.
- I co jeszcze?
- Miki. Miki Cliffo.
               Złapałam za czarnego pilota. Zaczęłam naciskać powoli guzik, szukając, czegoś ciekawego w telewizji. Rozpędziłam się na tyle, że minęłam wszystkie kanały informacyjne i sportowe. W końcu usłyszałam znaną muzykę. Na jednej ze stacji puszczali stare kawałki.
- O! Zostaw to! – krzyknął Michael, podrywając się z miejsca. Zrobił to tak raptownie, że aż się wystraszyłam. Postawił Roberta na sofie, który od raz zaczął podskakiwać. – O, tak!
- Nice! Nice! Nice! – zawtórował mu Robert, kiedy czerwonowłosy zaczął wyśpiewywać z wokalistą Nickelback zwrotki z How You Remind Me. Parsknęłam śmiechem, kiedy zaczęli grać na niewidzialnych gitarach. Zdecydowanie młody przejął styl muzyczny, który mu pasował, od chłopaków.
- A teraz głowami! – odparł Michael, i obaj zaczęli poruszać nimi w górę i w dół. 
             Musiałam złapać Roberta za koszulkę, by nie spadł z kanapy. Kiedy skończył się utwór, spojrzeli w moją stronę, oczekując braw. Przystąpiłam do aplauzu, nagradzając ich wspólny popis. Jak tylko Clifford usiadł na sofie, młody znów wsunął się na jego kolana. Wrócili do literek, jakby ich szał przy Nickelback w ogóle nie miał miejsca.


***
Jak widać po powrocie do Londynu, to nie Em zawitała u lekarza, a chłopaki. Za to mamy po raz kolejny wujka Michaela w akcji - chyba Cliffo nadaję się na nianię XD

Rozdział luźny - taki przejściowy - ale mam nadzieję, że mimo to się podobał :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Do następnego! 

Pozdrawiam :)

8 komentarzy:

  1. Zdecydowanie Clifford nadaje się na nianie. Akcja z rowerem jak ją przeczytałam to po prostu padłam że śmiechu. A Nickelback po prostu uwielbiam tę piosenkę. Jednak nie Em zawitała u lekarza tylko chłopaki. Mam nadzieję, że do następnego rozdziału wyzdrowieją. Rozdział był po prostu świetny i co tu dużo mówić. Czekam niecierpliwie na kolejny, który pewnie będzie jeszcze lepszy i bardziej zaskakujący. Pozdrawiam i życzę weny. Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało i że rozdział Cię rozbawił. Fakt, nie ona trafiła do lekarza, a oni :D
      Również pozdrawiam i dziękuję za komentarz!

      Usuń
  2. Jak zwykle nie ma się do czego przyczepić.. Po prostu piszesz niesamowicie!
    Chciałabym zobaczyć w rzeczywistości jak Clifford wjeżdża w basen hahahaha
    Tak, to by było coś.
    Mam nadzieję, że "mężczyźni" wyzdrowieją. Męski katarek XDD
    Czyli Em nic nie było? Jeżeli wyzdrowiała to się cieszę.
    Robert jest taki kochany nskhsiahod
    Dzieci są słodkie haha

    Pozdrawiam ciebie oraz Alter Ego:)x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że się podobało :)
      Haha w też bym chciała to zobaczyć XD
      Em w końcu nie poszła do lekarza - zamiast niej, chłopaki u niego wylądowali :D
      Dziękuję za komentarz!
      Ja i Alter Ego również pozdrawiamy!

      Usuń
  3. Znalazlam te opowiadanie niedawno i ptzeczytalam wszytko w brdzo krótkim czasie . Podoba mi sie twoj styl pisania. Jest taki luziny i po prostu fajnje sie to czyta. Czekam na następny.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podoba historia i styl, w jakim jest pisana :)
      Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam!

      Usuń