wtorek, 9 sierpnia 2016

S2 - Rozdział 18

                Spojrzał na leżącą w łóżku dziewczynę. Usiadł na materacu. Przejechał dłonią po jej plecach. W tym momencie nie wiedział, czy chce uspokoić ją czy siebie. Jakby dawał im obojgu znać, że wszystko będzie dobrze. Musiało być… Nie brał innej opcji pod uwagę.
               Prawda była taka, że wszystko w nim się telepało. Był zdenerwowany i w jakiś sposób przestraszony. Najgorsza była jednak bezsilność, jaką odczuwał. Bo w takich przypadkach, jak ten, nie potrafił jej pomóc. Szczególnie, że Emily była na tyle uparta, że nie chciała słyszeć, o jakimkolwiek lekarzu.
                Od samego rana nie czuła się dobrze. Obudziła go wcześniej, by to on zajął się Robertem. Bez żadnego sprzeciwu przejął jej poranne obowiązki, co i rusz kontrolując także jej stan. A miał wrażenie, że on pogarsza się z każdą mijającą godziną. Ból żołądka odrobinę zmalał, kiedy podał jej kolejną porcję środków przeciwbólowych.
- Em…
- Gdzie Robert? – przerwała mu, a Luke przekręcił oczami.
- Zostawiłem go z Michaelem i Calumem. Pojedzie z nami i…
- Nie możesz go ciągnąć na wywiad – mruknęła, przekręcając się. Zauważył na jej twarzy grymas bólu. Odruchowo pogładził ją po dłoni, jakby to miało jej, w jakikolwiek sposób pomóc. – Studio to jedno, a wywiad to drugie…
- Znowu się stawiasz.
- Bo wiesz, że mam rację.
- Nie masz. W tym wypadku nie masz. Mówiliśmy już o tym. Jak chcesz się nim zająć, kiedy nie masz siły stanąć na nogi?
- Coś wymyślę.
- Nic nie będziesz wymyślać. Masz odpocząć. Robert jedzie z nami. – Spojrzał w jej ciemne oczy. – Albo tu z wami zostanę. Tak będzie najlepiej…
- Masz wywiad. To twoja praca.
- Przestań, Em. Martwię się i będę spokojniejszy zostając tutaj.
- Masz jechać.
- Czy ciebie da się jakoś wyłączyć? – odparł, a dziewczyna mimo wszystko zaśmiała się cicho. Blondyn uśmiechnął się.
- Masz jechać - powtórzyła, kiwając dodatkowo głową. – Nic mi nie będzie.
- Ale Robert jedzie z nami. – Em prychnęła pod nosem, marszcząc lekko czoło. – Tak będzie lepiej. I masz mi dać od razu znać, jak ci się pogorszy. W ogóle pisz, co jakiś czas, bym wiedział, że jako tako jest w porządku, okej?
- Obiecuję.
                Raptownie odwrócił się, kiedy drzwi od ich hotelowego pokoju otworzyły się. Do środka wszedł Ashton, taszcząc w ręku niewielką siatkę. Perkusista obszedł łóżko, a następnie zatrzymał się naprzeciwko dziewczyny. Zerknął na nią ze współczuciem.
- Nie udało mi się załatwić silniejszych tabletek – powiedział, wyjmując z siatki prostokątne, białe pudełeczko. – Znalazłem, tylko to. – Podał je Hemmingsowi, a ten od razu je otworzył. – Można brać do czterech dawek na dobę.
- Daj od razu dwie – odparła Emily. Luke spojrzał na nią z niepokojem. Wziął głębszy oddech, wyciągając dwie podłużne pigułki, które opadły na jego dłoń.
- A obsługa hotelu dała mi jeszcze to – pociągnął Irwin, ponownie sięgając do siatki. Wydobył z jej dna czerwony termofor, wypełniony gorącą wodą. – Może to też ci pomoże.
- Dzięki, Ash – powiedziała dziewczyna, przejmując od niego termofor. Od razu przyłożyła go do brzucha.
- I tak uważam, że musisz iść do lekarza – rzucił Ash, zwijając siatkę.
- Widzisz? - odezwał się Luke, wciskając w jej dłoń tabletki.
- Pójdę, obiecuję, że w końcu pójdę.
- Trzymam za słowo, bo inaczej nasza dwójka zaciągnie cię tam siłą – zagroził Irwin, posyłając jej kolejny uśmiech.

                Odpiął chłopca z pasów. Robert od razu przykleił twarz do chłodnej szyby, by lepiej zobaczyć mijające ich samochody. Luke zaśmiał się pod nosem, obserwując zaciekawione dziecko. Jego syn od małego był nad wyraz zainteresowany wszystkim, co go otacza. Zadawał też coraz to więcej pytań na temat tego, co istnieje dookoła.
                Mały blondynek odwrócił się, kiedy Luke poklepał go po plecach. Duże, błękitne oczy spojrzały wprost na niego. Na twarzy trzylatka pojawił się szeroki uśmiech. Hemmings złapał go pod ramiona, a następnie usadowił na swoich kolanach. Malec nie odrywał od niego wzroku, domyślając się tego, że jego ojciec chce mu coś powiedzieć.
- Teraz tata i wujkowie będą w pracy – zaczął powoli Luke, a Robert od razu pokiwał głową. – A to znaczy, że musisz być bardzo grzeczny.
- Będę.
- Świetnie. Nie wolno nigdzie samemu chodzić, bo się zgubisz.
- Kej.
- I masz słuchać się wujków. Tak naprawdę słuchać.
- Będę – zapewnił go po raz kolejny.
- Tam – Luke wskazał na przeciwną szybę. Przy budynku telewizji zebrała się duża grupa fanów, czekająca na przybycie swojego ulubionego zespołu.
- To fan?
- Tak, to nasi fani. Tam będzie głośno, ale nie ma się czego bać, okej?
- Nie będę.
- Super. Duży z ciebie chłopak – dodał Luke, cmokając go szybko w czoło. – Damy radę?
- Tak.
- Ochrona odstawi was do środka – odezwał się kierowca, wychylając się w stronę pasażerów. – Zatrzymam się na parkingu. Dave da mi znać, jak skończycie.
- Kiedy jest czas na spotkanie z fanami? – zapytał Michael.
- Po wywiadzie.
- Jasne - skwitował gitarzysta, kiwając głową. – Idziemy, ludzie!
                Wystarczyło, że Clifford otworzył drzwi, a wybuchła wrzawa. Piski i krzyki otoczyły ich z niemalże każdej strony, kiedy wysiedli z samochodu. Cała piątka, łącznie z Robertem, zaczęła machać do zgromadzonych, kierując się w stronę budynku redakcji. Chłopiec owinął ramię wokół karku swojego taty, rozglądając się po otaczającym go tłumie.
- Calum! Calum, możemy zdjęcie?!
- Później do was wyjdą! – odpowiedział jeden z ochroniarzy, machając na zespół, by ten przyspieszył.
- Wyjdziemy, obiecuję! – zapewnił ich Irwin, a fani krzyknęli z aprobatą.

                Luke oderwał na chwilę wzrok od telefonu, by spojrzeć na Roberta, biegającego wokół Michaela. Gitarzysta udawał, że chce go zjeść, a mały próbował nie dać się złapać. Pomieszczenie, co i rusz wypełniało się śmiechem tej dwójki. Hemmings zastanawiał się, jakim cudem pracownicy redakcji jeszcze ich stąd nie wyrzucili. Michael i Robert nie należeli teraz do najcichszych osób w tym pokoju.
                Spojrzał ponownie na ekran komórki. Zagryzł lekko wargę, zastanawiając się, czy sam powinien zadzwonić czy nadal czekać, na jakąś wiadomość od Em. Ani razu się do niego nie odezwała, odkąd opuścili hotel, a od tego momentu minęło już sporo czasu. Miał wrażenie, że z każdą upływającą minutą martwi się o nią coraz bardziej. Może mógł wychodzić na przewrażliwionego, ale miał to gdzieś. Chciał być pewny, że wszystko jest w porządku.
               Nagle telefon w jego dłoni zawibrował, jednocześnie wydając z siebie pojedynczy dźwięk, który Hemmings szybko rozpoznał. Dostał sms-a. Szybko wszedł w wiadomości. Niemalże odetchnął z ulgą, widząc nazwę nadawcy.

Od Emily:
Żyję i nie zamierzam umierać.

- Bardzo śmieszne – pomyślał, przekręcając oczami.
- Tata!
- Tak, kochanie?
- Pacz! Pacz tu!
                   Luke podniósł głowę znad urządzenia. Spojrzał w kierunku chłopca, który teraz wisiał na szyi Michaela. Uczepił się go, niczym małpka, śmiejąc się wniebogłosy, kiedy gitarzysta zaczął go łaskotać. Nagle malec puścił się, a chłopak zręcznie złapał go w locie, chroniąc przed upadkiem.
- Zrobicie sobie w końcu krzywdę – mruknął Luke przechodząc w poważny ton.
- Wyluzuj, tatuśku, wszystko jest pod kontrolą – odparł Clifford, łapiąc trzylatka i lokując go pod swoją pachą.
- Zluzuj, tato! – powtórzył za nim Robert. Blondyn pokręcił nosem, mrużąc jednocześnie oczy na swojego przyjaciela.
- Twój tata się spina – pociągnął Michael, uśmiechając się do niego złośliwie. – Spina się, jak stary pryk. My się, tylko bawimy.
- Wasze zabawy nie zawsze kończą się dobrze – przypomniał mu Hemmings, wracając do telefonu.
- Gada, jak dziadek po sześćdziesiątce – skwitował Michael. 
               Luke wybrał szybko numer do Em, a następnie przyłożył komórkę do ucha. W tym samym momencie odwrócił się do Clifforda, wyciągając w jego stronę rękę i pokazując mu środkowy palec.
- Tato! – zawołał Robert, a potem parsknął śmiechem.
- To było bardzo niegrzeczne, Luke - powiedział Michael, udając urażony ton. – Jesteś dupkiem!
- Tak?
- Michael! Nie przy nim! – warknął Hemmings.
- Luke?
- Hej, Em – rzucił blondyn, odwracając się od nich. – Chciałem wiedzieć...
- Co znowu zrobiliście?
- My? Nic. Michaelowi odbija. Żadna nowość – powiedział ciszej, odchodząc w drugi kąt pokoju. – Jak się czujesz?
- Odrobinę mniej boli, więc jest postęp.
- Może spróbuj się przespać?
- Przysnęłam na trochę. Nie wiem, czy znowu mi się to uda. Zresztą, chcę zobaczyć wasz wywiad.
- Chłopaki, pięć minut! – zawołał redaktor, wpadając do pomieszczenia.
- Muszę kończyć – powiedział z niezadowoleniem. – Daj mi znać, jak…
- Zadzwonię, jak będzie się coś działo – przerwała mu, a on po tonie jej głosu wywnioskował, że musiała się uśmiechnąć. – Powodzenia życzę.
- Dzięki, skarbie – odparł, a następnie rozłączył się.

                Po wywiadzie opuścili budynek redakcji. Fani nadal gromadzili się przy barierkach, by choć na chwilę ich zobaczyć. Zespół zgodnie z obietnicą ruszył w ich stronę. W ruch poszły aparaty. Robiono zdjęcia i kręcono krótkie filmiki. Jednak dla całej czwórki najlepszym momentem było to, gdy mogli, choć na chwilę wymienić kilka słów ze swoimi fanami. To zdecydowanie górowało nad innymi pamiątkami, które mogli zdobyć. Z ich punktu widzenia, rozmowa była najprzyjemniejszą formą, aby z nimi być.
                 Luke uśmiechnął się po raz kolejny do wyciągniętego aparatu. Dłoń Roberta mocniej zacisnęła się na jego palcu. Malec zgodnie z prośbą ani na moment go nie puścił, będąc tuż obok niego. Dreptał za nim, grzecznie czekając, aż to wszystko się skończy. Co jakiś czas był zaczepiany przez obcych. Posyłał im wesołe uśmiechy, machając do nich drugą rączką. Nie odrywał od nich wzroku. Luke wiedział, jak bardzo ciekawią go te nieznajome osoby.
- Hej! Robert! – zawołała jedna z dziewczyn, przechylając się odrobinę przez barierkę. Błękitne, dziecięce oczy spojrzały wprost na nią. – Luke, mogę mu coś dać?
- Jasne – odpowiedział Hemmings, biorąc syna na ręce.
- Cześć, mały – zwróciła się do niego blondynka. – To dla ciebie.
- Co się mówi? - odparł Luke, kiedy małe dłonie zacisnęły się wokół niewielkiego, pluszowego pingwina.
- Dziękuja – powiedział Roberta, a następnie rozłożył ramiona. Hemmings uśmiechnął się pod nosem, kiedy dziewczyna ze śmiechem objęła delikatnie jego syna. – Dziękuja – powtórzył chłopiec, machając pluszakiem.
- Przejąłeś po tacie lubienie pingwinów, co?
- Tak - odpowiedział, choć Luke wiedział, że i tak pewnie nie do końca to zrozumiał.
- Jesteś taki uroczy – rzuciła dziewczyna, nie odrywając od niego wzroku.
- Ty też jesteś ładna.
- Weź go stąd, bo zabierze nam wszystkie fanki – odparł Calum, który pojawił się tuż obok nich. Połaskotał Roberta, na co ten zareagował gromkim śmiechem. – Młody, na fanów sam musisz sobie zapracować.
- Dobra.
- Jak to zrobisz?
- Będę miły - skwitował, patrząc na dziewczynę, od której dostał pluszaka. – Dziewczynki lubieją, jak się jest dla nich miłym.
- Chcę go na zawsze – powiedziała rozczulonym głosem blondynka. – Jest słodki.
- Ty też! – zawołał do niej Robert, kiedy przejął go Hood.
- Panowie, samochód czeka – oznajmił Dave.
- Pożegnasz się? – zapytał Calum, kiedy brzdąc oparł się o jego ramię. Chłopiec szybko zaczął machać w stronę fanów. Reszta zespołu również pożegnała się z tłumem, a potem cała piątka skierowała się w stronę czarnego, dużego samochodu.

***
                Podniosłam głowę znad walizki, kiedy usłyszałam otwierające się drzwi. Luke wszedł cicho do pokoju, pewnie będąc przekonanym o tym, że mogę spać. Odwróciłam się w jego stronę, posyłając mu szeroki uśmiech. Zauważyłam, że chłopak od raz się rozluźnił i uspokoił. Najwidoczniej przez ten cały czas nadal się o mnie martwił.
- Jak się czujesz? – zapytał, podchodząc do bliżej.
                Złapał mnie za dłoń i przyciągnął do siebie. Objął mnie czule, a ja cmoknęłam go w policzek. Luke przechylił głowę, szybko odnajdując moje usta. Połączył nas w powolnym pocałunku, który naprawdę mi się podobał. Gdy się odsunął, na mojej twarzy ponownie zagościł szeroki uśmiech.
- Lepiej. Dużo lepiej.
- To widać – odpowiedział, przejeżdżając palcami po mojej szyi. – Cieszę się, ale i tak nie odpuszczę. W Londynie masz iść do lekarza.
- Pójdę, przecież obiecałam.
                 Blondyn uśmiechnął się, a potem szybko pocałował mnie w czoło. Jak tylko jego wargi oderwały się od mojej skóry, drzwi do pokoju otworzyły się po raz kolejny. Do środka wpadł – i to dosłownie - roześmiany Robert. Zauważyłam w jego dłoni niewielkiego pingwina. Znałam wszystkie maskotki swojego syna, więc od razu zorientowałam się, że zyskał nowy nabytek.
- Mamo!
- Cześć, kochanie! – Ukucnęłam, a on wpadł w moje ramiona. – Byłeś grzeczny?
- Tak.
- Był? – dopytałam starszego Hemmingsa.
- Był – powiedział ze śmiechem, mierzwiąc małemu włosy na głowie.
- Skąd masz takiego ekstra misia?
- Od dziewczynki.
- Dziewczynki? – zapytałam, unosząc jedną brew do góry. – Były tam też inne dzieci?
- On ma na myśli nastolatkę – odparł ze śmiechem Luke. – Dostał to od naszej fanki.
- To naprawdę miłe – powiedziałam, przenosząc wzrok z powrotem na brzdąca. – Podziękowałeś?
- Tak! – Podskoczył w miejscu. – I była ładna.
- Pomożesz się mamie spakować?
- Nie jesteś głodna? – odezwał się Luke, siadając na łóżku. Mały od razu odwrócił się i ruszył w jego stronę. Wdrapał się na materac, a następnie zawisł na jego plecach, przytulając się do ojca.
- Już jadłam. A wy?
- Też.
- W takim razie wszyscy bierzemy się za pakowanie. Mam nadzieję, że chłopaki też już zaczęli zbierać swoje rzeczy. Mamy samolot i… Co? – wypaliłam, kiedy Luke zaczął cicho chichotać pod nosem. – No, co?
- Gadasz, jak matka, która musi przypilnować piątki dzieci.
- Wiesz, że nieraz się tak z wami czuję. W sumie nawet częściej, niż nieraz – mruknęłam, rzucając w jego stronę poduszką. – Do roboty!

                 Kiedy wróciliśmy do domu w Londynie, było po siódmej. Nasza lodówka na szczęście nie świeciła pustkami, więc miałam, z czego przygotować szybką kolację. Gdy ja uwijałam się w kuchni, robiąc klasyczne tosty z dużą ilością sera i szynki, chłopaki rozpakowywali bagaże. Oczywiście nie wszyscy. Jak tylko pojawiliśmy się przed budynkiem, nasz sąsiad – pan Jeff – zakomunikował Calumowi, że odebrał za niego paczkę, którą dostarczył tu kurier. On i Michael dosłownie rzucili wszystko i pognali do domu staruszka, aby odebrać przesyłkę. Nikt z nas jednak nie wiedział, co takiego wprawiło w ich w taki entuzjazm.
                Tajemnica rozwiązała się w momencie, kiedy ta dwójka wróciła do domu. Najpierw usłyszałam dźwięk stawianego kartonu, a potem dziki pisk Roberta. Zostawiłam wszystko, by zobaczyć to, co przytargali. Byłam naprawdę ciekawa i nawet nie próbowałam tego ukryć. Zrobiłam wielkie oczy, kiedy zobaczyłam rower. Czerwono-niebieski rower biegowy. Jeszcze brakowało nam tego, by młody śmigał nam na tym sprzęcie po salonie.
- Pogięło was? – wydusiłam, kiedy Calum i Michael pomagali małemu rozwijać z folii bąbelkowej nowiutką zabawkę.
- Wyluzuj, Em. Robert powinien mieć swój własny rower. Wpadliśmy na ten pomysł, kiedy byliśmy z nim w sklepie. Widział na nich inne dzieci i sam chciał mieć coś takiego – powiedział z zadowoleniem Hood.
- To dobry pomysł. Nauczy się łapać równowagę – odezwał się Ash.
- Wy będziecie za nim ganiać – mruknęłam, machając na nich palcem. – I nie ma jeżdżenia po domu, bo…
                 Ale urwałam, bo Calum posadził małego na rowerze. Robert dziarsko rozpędził się przed siebie, śmiejąc się na cały głos. Michael zaczął klaskać i go dopingować, a w jego ślady zaraz poszedł drugi pomysłodawca tego pomysłu. Mimo wszystko zaśmiałam się pod nosem, kręcąc jednocześnie głową. Oby, tylko nikomu nie stała się krzywda. I nie miałam tu na względzie, tylko Roberta. W tym momencie wszyscy byliśmy na zagrożonych pozycjach, bo bliskie spotkanie z rowerem do przyjemnych nie należy.
                Zdążyłam, tylko pomyśleć o ewentualnym wypadku, a zaraz usłyszałam głośny huk. Rozpędzony Robert wjechał w plastikowe pudło z zabawkami, które od razu gruchnęło na podłogę. Kolorowe klocki, samochody i inne rzeczy rozsypały się po salonie. W momencie, kiedy podbiegł do niego Michael, z łazienki wyłonił się Luke. Nieświadomy tego, że na jego drodze znajdują się przeszkody, zrobił krok do przodu. Warknął pod nosem, gdy nadepnął na jeden z samochodzików syna. Nogi rozjechały się mu na innych zabawkach, kiedy próbował złapać równowagę. Skutkiem tego było to, że rozłożył się na podłodze, jak długi, mrucząc pod nosem przekleństwa. Jego słowa zostały zagłuszone przez śmiech chłopaków, którzy mieli wielką zabawę z całej tej scenki, jaka się przed chwilą rozegrała.
- Idealny pomysł – podsumowałam, patrząc na chichoczącego Caluma. – Chcę tylko wiedzieć, czy jeden i drugi Hemmings żyje.
- Nic im nie jest – odparł Michael, przyciskając palce do oczu. – Jak tam, chłopie? Jesteś cały?
- Tak – odpowiedział malec, dźwigając się na nogi. – Obaliłem się.
- Nic nie boli?
- Nie. – Spojrzał na blondyna. Luke powoli usiadł na podłodze. – Ale tatę chyba tak. – Hemmings zerknął na niego, marszcząc nos. – Boli cię tyłek?
- Boli mnie wszystko – odpowiedział, krzywiąc się. – Co tu się stało? – Robert podbiegł do niego, sprzedając mu szybkiego całusa.
- Po buziaku przestawało cię boleć? – zapytał z uśmiechem mały.
- Już mi lepiej. Powiesz tacie, jakim cudem zdążyłeś w tak krótkim czasie, zrobić tu taki bałagan?
- Jechałem! Pacz!
- Jezu… Skąd on ma rower?
- Pytaj swoich genialnych kumpli – odparłam, zaciskając usta. Teraz to i ja chciałam parsknąć śmiechem.
- Nie jeździ się po salonie i…
- Idziemy do ogrodu! – zarządził Michael, łapiąc małego. Podrzucił go do góry, a następnie oparł go o bok. – Calum, weź rower. Nauczymy go porządnie jeździć!
- Ej, ale zaraz będzie kolacja i…
- Zawołasz nas! – krzyknął Hood, kiedy cała trójka wybiegła na zewnątrz.
- Jakieś komentarze? – zapytał ze śmiechem Ash.
- Powstrzymam się od nich – odparłam, wracając do kuchni. – Luke, sprzątniesz zabawki?
- A czy to ja je rozwaliłem?!
- Luke!
- Dobra! Już sprzątam!
- Jak dzieci – powiedziałam sama do siebie, biorąc się za kolejne tosty.


***
Wszyscy wrócili już do domu. To kolejny luźniejszy rozdział i w większości pisany z perspektywy Hemmo. Mam nadzieję, że przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Dziękuję również za wszystkie miłe słowa i komentarze!

Pozdrawiam i do następnego!



5 komentarzy:

  1. 💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜Hahahah Czuj się znowu zaserduszkowana! Musiałam to pisac jeszcze raz bo przekroczyłam dozwoloną liczbe znaków o jakies 3 tysiące. 😂😂 Rozdział Geeenialny. Martwię się tylko o Em. Mam nadzieje, ze nic jej nie bd. (I tak podświadomie pragnę by była w ciąży) Uwielbiam to ff i nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału.
    Rower to był najlepszy pomysł na prezent. 😂 Biedny Luke jeszcze wiele razy się przez niego na cierpi. 😙😙💙

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ubóstwiam te Twoje serduszka :D Zostałam zaserduszkowana!!! :D
      Cieszę się bardzo, że rozdział się podobał :) Mogę Cię tylko zapewnić, że cała sprawa z jej stanem zdrowia kiedyś się tam wyjaśni :)
      Hahah najlepszy dla Roberta, to na pewno XD
      Dzięki bardzo za tak serduszkowostyczny komentarz!

      Usuń
  2. Mam nadzieje że będzie w ciąży!!! He he he

    OdpowiedzUsuń