piątek, 22 lipca 2016

S2 - Rozdział 17

              Zmarszczył lekko nos, czując coś na swoim policzku. Mruknął cicho, poruszając się na materacu. Skrzywił się, kiedy ponownie coś dotknęło jego skóry. Miał wrażenie, że to dziwne tajemnicze coś jest lekko wilgotne. I jakoś inaczej pachniało. Nie była to mocna woń, lecz ledwo wyczuwalna, jednak na tyle specyficzna, że udało mu się ją uchwycić. Mimo tego i tak nie potrafił odgadnąć, co to dokładnie jest.
               Po chwili usłyszał cichy dziecięcy śmiech. Uśmiechnął się, powoli rozchylając powieki. Para dużych błękitnych oczu, wpatrywała się wprost w niego. Dostrzegł urocze dołeczki syna, kiedy ten uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej. Przekręcił się na plecy.
- Tato. 
              Robert szybko wdrapał się na jego klatkę piersiową, przytulając się do niego. Blondyn od razu go objął. Pod palcami wyczuł miękki materiał jego piżamy w Kaczora Donalda. 
- Tulimy na dobry dzień?
- Będzie dobry dzień.
- Dzień dobry!
- No, proszę, mistrzu – rzucił z uśmiechem, trącając palcem jego nos. – W końcu załapałeś?
- Sam się zapałałeś.
- Załapałeś.
- Łapałeś.
- Złapać – powiedział powoli, Luke.
- Złapać za ucho! – krzyknął Robert, wyciągając rączkę. Małe palce zacisnęły się lekko na jego lewym uchu. – Mam twoje ucho!
- Masz moje… Co ty masz w ręku? – zapytał Hemmings, kiedy przez przypadek trącił dłonią drugą rękę chłopca.
- Ucho taty.
- A w tej drugiej?
- Nic.
                Wystarczyło, tylko to jedno słowo, by Luke wiedział, że mały coś zbroił. Znał go za dobrze, by dać się nabrać na niewinną minę, jaką teraz zrobił. Uśmiechnął się szeroko do swojego ojca, powoli siadając na jego brzuchu. Po chwili jego usteczka lekko się zacisnęły, by po chwili znów uformować się w uśmiech.
- Robert, co masz w ręku? – zapytał poważnym tonem, kiedy maluch schował to za plecami.
- Nic.
- Pokaż, co trzymasz w ręku – rozkazał mu Hemmings.
- Nic tam nie ma…
- Robert. - Wyciągnął w jego stronę dłoń, jednak chłopiec był uparty i zawzięty. Odsunął się, ześlizgując się od razu z jego ciała. – Nie będę więcej powtarzał.
- Nic nie ma.
- Pokaż tacie, co chowasz za plecami – powtórzył po raz kolejny, akcentując każde słowo.
- Maziaja mam, okej? – odparł poirytowany malec, machając przed jego twarzą niebieskim mazakiem.
- Daj to tacie.
- Nie.
- Robert!
- No, masz – mruknął niezadowolony, oddając mazaka.
- Skąd to wziąłeś?
- Tam było – powiedział, wskazując na stół.
               Luke przekręcił oczami. Spojrzał na niebieski pisak. Dopiero w tym momencie go olśniło. Tajemnicze dziwne coś, co go obudziło, było mazakiem. Jego syn użył jego skóry, jako kartki do pisania. Zrobił wielkie oczy, spoglądając na chłopca, który ponownie zrobił minę niewiniątka.
               Robert zaśmiał się, kiedy Luke zerwał się z łóżka. Szybkim tempem podszedł do wielkiego lustra, wiszącego nad ozdobną ciemną komodą. Krzyknął, widząc swoje odbicie. Jego czoło i policzki wymazane były mazakiem. Nie przedstawiało to niczego konkretnego, choć Hemmings zauważył, że jego syn próbował narysować gdzie nie gdzie niewielkie kółka. Nie do końca mu one wyszły, ale w tym momencie dla niego nie było to ważne. Priorytetem stało się to, by się tego pozbyć.
- Robert!
- To nie ja!
- Jak to nie ty?! Tak nie wolno! Nie wolno robić takich rzeczy!
- Co się stało?
                Dwójka Hemmingsów spojrzała w stronę Emily. Dziewczyna wyszła z łazienki, opatulona białym szlafrokiem. Na jej głowie znajdował się puchaty ręcznik z logo hotelu, który uformowała w turban. Najwidoczniej postanowiła wziąć prysznic lub kąpiel, kiedy oni jeszcze spali. Jej ciemne oczy zrobiły się wielkości spodków, gdy tylko spojrzała na chłopaka. Zacisnęła usta, próbując nie parsknąć śmiechem. Luke jęknął pod nosem.
- Skąd to masz? – wydusiła, siląc się na powagę. – Co masz… - Urwała, wskazując na swój policzek.
- Zgadnij skąd – mruknął, przenosząc wzrok na siedzącego na łóżku trzylatka.
- To nie ja – powiedział Robert, opierając dłonie na swoim pasie. – To wuja Miki!
- Nie wolno kłamać – rzucił Luke, pochodząc do niego. – Wujka Michaela nie było w pokoju.
- Był, ale zninoł.
- Mówi się zniknął – poprawił go Hemmings. – Nie wolno tak robić – pociągnął, machając na niego palcem. Chłopiec spuścił wzrok, wpatrując się w swoje nóżki. Po chwili ponownie podniósł głowę. Zamrugał, formując usta w podkówkę, by udać skruszonego. – Nie dam się na to nabrać.
- Nie ciałem byś był zły – wydusił cicho.
- Robert, musisz przeprosić tatę – powiedziała Emily, podchodząc do łóżka.
- Psieplaszam – wymamrotał, a Luke dostrzegł, jak zatrzęsła mu się dolna warga. – Psieplaszam, tato.
- Obiecaj, że już nigdy tak nie zrobisz – pociągnął blondyn.
- Nie będę.
- Okej, to jeszcze buziak na zgodę – odparł, siadając obok. Chłopiec powoli zbliżył się do niego. Luke nachylił się, by odebrać szybkiego całusa od synka. – Już jest okej, mistrzu.
- Nie jesteś zły?
- Już nie.
- Nie lubisz mnie?
- Skarbie – powiedział Luke, wciągając małego na kolana. – Kocham cię. Zawsze będę cię kochał.
- Też kocham cię.
- Super – rzucił z uśmiechem, całując jego czoło. – A teraz – spojrzał na Em – pomóż mi to zmyć.

***
               Siedziałam z Lukiem ponad półtorej godziny w łazience, pomagając mu pozbyć się zdobień na twarzy, które zafundował mu z rana nasz syn. Niebieski mazak wcale tak łatwo nie puścił. Po długiej walce, przy użyciu mydła i płynu do demakijażu, skóra Hemmingsa wróciła do dawnego stanu. Oczywiście była mocno zaczerwieniona, ale i tak wyglądała lepiej, niż wcześniej.
                Mały incydent z mazakiem nie pozostał niezauważony przez resztę. Kiedy zabrałam się za czyszczenie twarzy Luke'a, do pokoju wpadł Calum. Robert już na wstępie nie omieszkał mu zakomunikować radosnej nowiny z tego, jak załatwił tatusia. Hood, zaś nie byłby sobą, gdyby nie rozpowszechnił tej informacji. Mianowicie, zanim którekolwiek z nas zdążyło się zorientować, chłopak zrobił upamiętniające zdjęcie. Dodatkowo nagrał krótki filmik, na którym blondas wydziera się na niego wniebogłosy, każąc mu natychmiast opuścić pomieszczenie – łagodnie to ujmując. Niedługo po tym okazało się, że fotka Hemmingsa trafiła na Twittera Caluma, a Ashton i Michael podali ją dalej, dopisując komentarze na temat nowego makijażu ich przyjaciela.
                Byłam pewna, że przez to, co się stało, będziemy mieli kłopoty z punktualnym dotarciem na lotnisko. Lot mieliśmy zaplanowany tuż po śniadaniu, które zjedliśmy w opóźnieniu. Na szczęście, do głównego celu dotarliśmy niespóźnieni. Chłopaki nawet zdążyli zrobić sobie kilka zdjęć z fanami, którzy czekali na nich przy głównym wejściu. Potem wsiedliśmy na pokład samolotu, który przetransportować miał nas do Irlandii. A dokładniej do jej stolicy – Dublinu.
                Kiedy byliśmy na miejscu, ruszyliśmy do kolejnego hotelu, w którym mieliśmy się zatrzymać. 5 Seconds of Summer w czasie drogi nagrali kilka filmików, które potem wrzucili do sieci. Starałam się trzymać Roberta z dala od nich, by im nie przeszkadzał, ale mały uczepił się Ashtona i za nic nie chciał popuścić. Irwin na dodatek uznał, że mały nie robi nic złego i skutecznie się sprzeciwiał temu, że chcę go zabrać. Stwierdził, że Robert jest świetnym dodatkiem do ich zespołu i musi z nimi zostać. Skapitulowałam, gdy do dyskusji włączyli się Michael z Calumem. Nie miałam szans w starciu z całą trójką.
                Zespół prosto z hotelu pojechał na arenę, aby przygotować się do koncertu, który miał się odbyć wieczorem. Ja wykorzystałam tą wolną chwilę i zabrałam małego na małe zwiedzanie miasta. Jak dla mnie Dublin prezentował się jeszcze lepiej, niż Manchester. Nic dziwnego, że szybko zapragnęłam wrócić tu ponownie. Tym razem jednak na dłużej tak, by móc zobaczyć jeszcze więcej.

                Kierowca wysadził mnie przy bocznej bramie, która prowadziła na duży parking. Z daleka zobaczyłam busa chłopaków, który przywiózł ich tu wcześniej. Pokazałam ochroniarzowi dwie przepustki, które upoważniały nas do wejścia na teren areny. Robert biegał na około mnie, ściskając w dłoniach swojego nieodłącznego towarzysza pingwina. Mimo tego, że dużo chodziliśmy po mieście, mały nadal miał w sobie pełno energii. Mnie, zaś powoli zaczynały boleć nogi i marzyłam już o tym, by w końcu usiąść gdzieś na dłuższą chwilę i odpocząć. Zapytałam kilku pracowników o drogę, w końcu docierając do garderoby zespołu.
- Są i oni! – zawołał Luke, kiedy tylko otworzyłam drzwi.
- Tata!
               Mały ruszył w jego kierunku, pędząc na spotkanie. Wpadł w jego ramiona, a Luke od razu podniósł go do góry. W zamian otrzymał mokrego buziaka w kącik ust. Robert zaśmiał się, a potem zrobił duże oczy.
- To wuja Da! – odparł, wskazując palcem ochroniarza, którego poznaliśmy w Manchesterze.
- Cześć, młody. – Mężczyzna podszedł do niego, podając mu dłoń. Robert uścisnął ją, nie przestając się uśmiechać. – Widzę, że masz kumpla – pociągnął, wskazując na pluszaka, którego teraz ściskał pod pachą.
- To piłalin. Od taty mam.
- Jest świetny, jak ty.
- I ty – rzucił Robert, pokazując go palcem. Dave zaśmiał się, a potem rozczochrał mu włosy. Trzylatek zaśmiał się ponownie.
- Na dole jest mały sklepik – powiedział Ash, wstając z kanapy.  – Chcecie coś?
- Możesz mi wziąć, jakiś sok? – zapytałam, siadając obok Michaela. Musiałam przesunąć jego nogi, bo Clifford rozwalił się niemalże na całej jej długości.
- Jabłko i wiśnia, jak będzie?
- Dokładnie. Dzięki.
- Robert, chcesz iść ze mną? – zwrócił się do niego, Irwin. Luke od razu odwrócił się w stronę kumpla, mierząc go wzrokiem. – No, co?! Chyba możesz mi zaufać, nie?
- A jak go komuś sprzedasz? – pociągnął Hemmings. Ash uniósł jedną brew, patrząc na niego, jak na kretyna.
- Ty teraz tak serio czy robisz sobie ze mnie jaja?
- Jaja – powtórzył za nim, Robert. – Tato, wuja Ashti będzie robiał jajka?
- Chodzi ci o jajecznicę? – odezwał się Calum.
- Jajocznica - pociągnął mały, kiwając głową.
- Wujek Ash ma zamiast mózgu jajecznicę – podsumował Clifford, a potem parsknął śmiechem.
- Odezwał się najmądrzejszy członek tego zacnego wkurzającego mnie zespołu – mruknął Irwin. Odwrócił się od niego, kiedy Michael znów zaczął chichotać pod nosem. – To, co? Idziesz z wujkiem?
- Tak!
- Fajnie. Może kupimy sobie coś słodkiego?
- Żadnych słodyczy, bo nie zje nam kolacji – powiedział szybko Luke, stawiając małego na ziemi. Blondynek podskoczył w miejscu, chwytając za wyciągniętą dłoń perkusisty. – Żadnych słodyczy, Ash.
- Jasne. Żadnych słodyczy.
- Nie? – odparł Robert, zadzierając głowę do góry, by móc na niego spojrzeć.
- Kupimy – odpowiedział cicho Irwin, kierując się w stronę drzwi.
- Słyszałem to! -  warknął Hemmings, mrużąc na niego oczy. – Nawet nie próbuj… - Ale nie dokończył, bo Ash wyszedł z garderoby, zamykając za sobą drzwi z lekkim trzaskiem. – No, kurwa! – Zerknął na mnie, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Co?
- I nic nie powiesz?
- A mam go wychłostać czy jak? – rzuciłam, wzruszając ramionami. – Najwyżej później to on będzie ślęczał z Robertem przy stole, próbując zachęcić go do zjedzenia normalnego posiłku.
- Dlaczego on mnie nie słucha? – jęknął Luke, siadając na fotelu, który znajdował się naprzeciwko.
- Nikt cię tu nie słucha – podsumował go, Hood. Blondyn bez ogródek wystawił w jego stronę środkowego palca. – Godne zachowanie dorosłego, Hemmo. Idealna postawa ojca.
- Nie jestem twoim ojcem – wycedził Luke, przez zaciśnięte zęby.
- Luke?
- Co?
- Luke, jestem twoim ojcem – powiedział Calum, a potem parsknął śmiechem.
- Jesteś idiotą – skwitował blondyn, wciskając się w oparcie fotela. – Jak on kupi mu coś słodkiego, to go zamorduję. Pomożesz mi? – zwrócił się do mnie.
- Pomogę.
- Świetnie. Przynajmniej ty jesteś po mojej stronie.
- Zawsze będę.
- Nie cierpię tego zespołu – mruknął Luke, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. 
              Michael i Calum wymienili spojrzenia, a następnie ryknęli śmiechem, na widok nadąsanej miny kumpla. Musiałam mocniej zacisnąć usta, by do nic nie dołączyć. Nie chciałam go bardziej denerwować.

               Z uwagi na to, że Robert nie uciął sobie drzemki, nie mogłam zejść na dół, by bawić się na koncercie razem z fanami. To nie było zbyt dobre miejsce dla trzyletniego dziecka, choć ochrona dobrze dbała o bezpieczeństwo uczestników zabawy. Ustawiłam się za to z boku, tuż przy wejściu na scenę. Stąd widok też był całkiem niezły. Było tu sporo miejsca, więc Robert mógł zająć się zabawą, a ja nie musiałam się martwić, że przypadkiem zostanie zgnieciony, stratowany lub zginie w tym wielkim tłumie. A podczas takiej imprezy bardzo łatwo można było zgubić, takiego rozbrykanego brzdąca.
              Gdzieś w połowie koncertu, Robert w końcu zainteresował się tym, co dzieje się na scenie. Z początku trzymałam go na rękach, by mógł zobaczyć swojego ojca i wujków w akcji. Potem jednak postawiłam go na ziemi, przesuwając się odrobinę w bok, by młody miał lepszy widok. Robert śpiewał po swojemu razem z nimi, a nawet udawał, że gra na perkusji, naśladując wujka Irwina.
- Dave? – Odwróciłam się w stronę barczystego mężczyzny, stojącego kawałek dalej. Kiwnął mi głową na znak, że mnie słyszy. – Zerkniesz na niego? Pójdę szybko do toalety.
- Jasne.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy – rzucił, podchodząc do małego.
- Zostaniesz na chwilę z wujkiem?
- Tak – odparł Robert, szybko odwracając głowę w stronę sceny.
- Masz się go słuchać.
- Będę.
- Mam nadzieję – mruknęłam pod nosem, a następnie odwróciłam się. Chciałam, jak najszybciej skorzystać z łazienki, a potem wrócić na miejsce, by do końca obejrzeć show chłopaków.

***
                Uderzył w struny po raz ostatni, zakańczając z zespołem kolejną piosenkę. Po arenie rozniósł się krzyk fanek, które stanowiły większą część publiki. Spojrzał z uśmiechem na Michaela, który poprawiając gitarę, podszedł do mikrofonu.
- Dajecie czadu, Dublin! – krzyknął Clifford, ocierając spocone czoło rękawem koszulki. – Ale zrobiliście klimat! – Wybuchła kolejna pełna entuzjazmu wrzawa. – Macie ochotę na więcej?
- Tak!
- I takiej odpowiedzi oczekiwaliśmy, bo…
               Ale jego słowa zostały zagłuszone przez dzikie piski i krzyki. Zdezorientowany Luke spojrzał na Michaela, który zrobił wielkie oczy. Dopiero po chwili zorientował się, co tak naprawdę wywołało wzmożony pozytywny szum publiki.
               Zaśmiał się pod nosem, kiedy jego syn wbiegł na scenę, taszcząc pod pachą swojego pingwina. Zaraz za nim wyleciał Dave, wołając chłopca. Malec jednak zupełnie go nie słuchał, pędząc w stronę ojca. Wpadł w jego nogi, obejmując je ramionami. Fani zaczęli bić brawo.
- Ej, mistrzu – odparł Luke, nachylając się. – Musisz wrócić za kulisy z Dave’em.
- Okej.
- Tata niedługo przyjdzie.
- Wiem – powiedział, a potem klepnął go w tyłek. Luke zrobił wielkie oczy. Chłopaki i fani zareagowali głośnym śmiechem. – Miłego! – zawołał Robert, kiedy Dave wziął go na ręce. Zabrał go ze sceny.
- Jak widzicie, szykuje nam się następca – wtrącił Ash. – Zajmie moje miejsce i…
- Po moim trupie – wtrącił Luke, zanim zdążył się powstrzymać. Zacisnął lekko usta, kiedy tłum wybuchł śmiechem po raz kolejny.
- Powiedzmy, że to kwestia sporna w naszym zespole – odezwał się Calum. – Może powinniśmy zrobić ogólną sondę? Kim zostanie Robert? Odpowiedzi będą trzy i błagam zróbcie wszystko, by nie wygrała gitara. Wtedy skutecznie wkurzymy naszego blondasa, co nie, Hemmo?
- Wal się, Hood!
- Trochę szacunku do kumpla z zespołu – odparł Calum ze śmiechem, rzucając w niego ręcznikiem.
- Robert! Robert! Robert!
- To może…
- Robert! Robert! Robert! – Skandował tłum dalej.
- Chcecie jeszcze na chwilę zaprosić małego na scenę? – zapytał Michael, a fani ryknęli z entuzjazmem. – Dobra! Dajcie mi chwilę!
- Ty chyba nie… - Zaczął Luke, zasłaniając mikrofon ręką, kiedy czerwonowłosy go mijał.
- Nic się przecież nie stanie – powiedział Michael. – Mały ma więcej fanów, niż ja, a ma dopiero trzy lata.
               Michael w akompaniamencie braw, ruszył w kierunku wyjścia ze sceny. Zatrzymał się na progu. Spojrzał na roześmianego brzdąca, który ewidentnie był zadowolony z siebie, że zdołał na chwilę uciec od Dave’a. Nigdzie w pobliżu nie widział Emily, więc wnioskował, że musiała gdzieś na moment wyjść.
- Pójdziesz z wujkiem?
- Tak.
- Super, chodź. - Przerzucił gitarę na plecy, a następnie wziął małego na ręce. – Nie będziesz się bał? Będzie znowu głośno.
- Nie.
- To w porządku.
              Wrócił na scenę, a cała arena wypełniła się gromkimi brawami. Robert rozejrzał się, będąc kompletnie pochłonięty tą chwilą. W jego oczach lśniła dziecięca ciekawość, kiedy patrzył na ten tłum, który w pewnym momencie zlał się w wielką masę złożoną z ludzi. Zaklaskał razem z nimi, słysząc swoje imię, które wydobywało się z tak wielkiej ilości gardeł. Michael stanął obok Luke'a. Jego syn spojrzał na niego z uśmiechem. Hemmings odpowiedział tym samym.
- Przywitasz się z naszymi fanami? – zapytał Michael. – Musisz mówić tu – wskazał na mikrofon.
- Cześć, fan! - Ludzie odpowiedzieli kolejnym głośnym okrzykiem. – O!
- Dużo ich prawda?
- Tak. – Spojrzał na Clifforda, a następnie zmarszczył nos.
- Co jest? – Mały pokręcił głową. - Co się stało?
- Śmierdzisz – skwitował Robert, odsuwając od niego głowę.
- No, to ci dopiero pierwszorzędny komplement – pociągnął Michael, kiedy tłum ryknął śmiechem. – Dobra, przyznaje się: okropnie się spociłem.
- Zapowiesz kolejną piosenkę? – zaproponował Luke. 
             Blondynek ochoczo pokiwał głową. Hemmings przybliżył się do swojej małej kopi. Na arenie zrobiło się ciszej. Nachylił się i przekazał mu tytuł. Mały kiwnął głową. 
- Dobra, synek, co teraz zagramy?
- Amesia! – Fani po raz kolejny krzyknęli z entuzjazmem, bijąc dodatkowo brawo.
- Wrócisz teraz do Dave’a?
- Tak.
- Pomachasz na do widzenia? – pociągnął Luke. 
             Mały spojrzał po raz kolejny na olbrzymi tłum ludzi. Wyciągnął rękę, machając w ich stronę. Na końcu przybił piątkę z dwójką gitarzystów. Clifford postawił go na ziemi, podając mu dłoń. Chłopiec szybko za nią chwycił, pozwalając mu się poprowadzić w stronę swojego tymczasowego opiekuna.


***
Robert pierwszy raz na scenie :) Dodatkowo zrobił małego psikusa z rana swojemu tacie, a Luke... No, on nie był do końca tym uszczęśliwiony :)
Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał :)

Standardowo przypominam  i zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje, co i kiedy zostaje opublikowane :)

Pozdrawiam i do następnego!


5 komentarzy: