niedziela, 10 lipca 2016

S2 - Rozdział 16

            Dzisiaj wyjeżdżaliśmy do Manchesteru. Jako, że zapowiadała się podróż z dzieckiem, musiałam się przyszykować na wszystkie sytuacje, jakie mogły się wydarzyć. Mieliśmy spędzić prawie pięć godzin w busie. Napakowałam, więc do siatki trochę zabawek, książeczek i przekąsek, aby mały ciągle był czymś zajęty – czy to zabawą czy jedzeniem. Miałam też nadzieję na to, że nasza droga do celu odbędzie się bez przykrych niespodzianek.
             Plan był taki, by wyruszyć z domu punktualnie o ósmej. Dzięki Robertowi, który dzisiaj postanowił obudzić się po szóstej, miałam odrobinę więcej czasu na przyszykowanie, nie tylko siebie, ale i jego. Chłopaków również, bo z rana raczej nie należeli do jednostek nad wyraz ogarniętych. Obudziłam ich o siódmej, od razu wysyłając całą zgraję na wczesne śniadanie, które już czekało na nich w kuchni. W między czasie przejrzałam bagaże, by upewnić się, że spakowałam wszystko, co niezbędne. Rzeczy dla trzylatka stanowiły w tym wypadku większość.
              Kilka razy musiałam poganiać chłopaków, aby działali nieco szybciej. Nie chciałam, by kierowca busa musiał na nas zbyt długo czekać. Zresztą, 5 Seconds of Summer mieli zaplanowany na godzinę trzecią wywiad w radiu. Przed tym wydarzeniem musieliśmy jeszcze trafić do hotelu. Nikt z nich nie chciał się spóźnić, a ja wzięłam sobie za punkt honoru, by naprawdę byli tam na czas. Koncert, zaś miał się odbyć o ósmej.
               O dziwo moje notoryczne gadanie, by w końcu naprawdę się ruszyli, poskutkowało. Choć ruchy mieli mocno spowolnione. Wcale się temu nie dziwiłam. Nie położyli się wcześniej spać, tylko siedzieli do późna, jakby dzisiaj nie mieli żadnych planów. Byłam pewna, że któryś z nich w końcu padnie w trakcie podróży, aby wyrwać jeszcze odrobinę snu i zregenerować siły przed występem.
               Cała nasza szóstka znalazła się w busie punktualnie o wyznaczonej porze. Niestety, jak tylko zdołaliśmy wyjechać z naszej ulicy, Robert zakomunikował mi, że nie wziął ze sobą swojego pingwina. Ze łzami w oczach prosił o to, byśmy po niego wrócili. Kierowca zawrócił, a Luke przez kolejne dziesięć minut tkwił w domu, poszukując ukochanego pluszaka swojego syna. Nie była to jednak jednorazowa sytuacja. Zaraz po tym, jak ponownie ruszyliśmy w drogę, Calum obudził się, że nie zabrał ze sobą siatki z bielizną, którą przyszykował sobie wczoraj. Znowu musieliśmy wrócić do punktu startowego. Trzeci raz zawracaliśmy, gdy znaleźliśmy się już poza osiedlem, na którym mieszkaliśmy. Tym razem Michael wywołał wielką burzę o to, że zapomniał torby z jego laptopem, bez którego praktycznie nigdzie się nie ruszał. Jak tylko podjechaliśmy pod dom, Robert dodatkowo zakomunikował nam to, że musi jednak iść siku. Wyjechaliśmy, więc z Londynu z grubym opóźnieniem. A cały mój plan z dobrą organizacją nie do końca wypalił.

***
               Robert puknął go w ramię po raz kolejny. Luke odwrócił głowę, by spojrzeć na syna. Chłopczyk z uśmiechem wskazał na śpiącego Caluma, który niemalże zatopił się w siedzeniu. Przykryty był granatową bluzą i pochrapywał pod nosem, odcinając się od tego, co dzieje się w busie.
- Nie budzimy wujka – powiedziała cicho Emily.
- Nie będę – odparł mały Hemmings, przekręcając w dłoniach swojego ulubionego misia. – Trzeba być ciacho.
- Cicho – poprawił go Luke.
- Tak, ty też masz być ciacho – rzucił w jego stronę Robert, marszcząc przy tym nos. – Wuja Cal śpia.
- Ja jestem ciacho – odezwał się Michael, wskazując na siebie.
- Takie do jedzenia? – pociągnął Robert, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Do schrupania.
- Wuja Miki jest jadalny?
- Przestań mu gadać takie głupoty – mruknął Luke, przekręcając oczami. Trzylatek spojrzał na swojego ojca, a potem znów zerknął na Clifforda. – Ludzi się nie je.
- Więc dlaczemu wuja Miki jest jadalny?
- Jest toksyczny i niezdatny do jedzenia. Możnaby się otruć – skomentował Ash, odrywając wzrok od telefonu. Clifford prychnął pod nosem, powstrzymując się przed pokazaniem mu środkowego palca.
- Czyli go nie zjemy?
- Ludzie się nawzajem nie zjadają – powiedziała z uśmiechem, Emily.
- A kanibale? Co z kanibalami? – wtrącił Michael, machając na nią palcem. Dziewczyna nadęła policzki, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Kaniale? – zapytał Robert.
- Boże, przestań mu gadać takie rzeczy – warknął Hemmings, zezując na swojego przyjaciela, który najwidoczniej dobrze się bawił, wkręcając jego małą kopię.
- Ja już nie wiem – mruknął Robert, robiąc niezadowoloną minę.
- Mistrzu, może obejrzymy jakąś bajkę u taty na telefonie? – zaproponował mu Luke, przybliżając się do niego. 
              Wyciągnął z kieszeni komórkę. Nachylił się, składając na jego czole szybkiego całusa. Chciał odwrócić jego uwagę od tematu, który poruszył Michael. Zerknął na Em, która uśmiechnęła się lekko. Oboje byli zdania, że kanibale nie są idealnym tematem do rozmów z trzyletnim dzieckiem.

***
             Cała podróż odbyła się bez niespodzianek. Robert naprawdę dobrze ją zniósł. Nie marudził i nie płakał, będąc pochłonięty tym, co akurat podtykaliśmy mu pod nos. Była to nasza znana i całkiem sprawdzająca się technika, którą ja i Luke stosowaliśmy na dłuższych dystansach. Mały zajmował się zabawkami, książeczkami i bajkami, a czas mijał bez zbędnych zgrzytów.
              Przyjechaliśmy do Manchesteru o innej porze, niż planowaliśmy z początku. Chłopaki musieli włączyć drugi bieg, aby zdążyć na czas do radia. Przed tym musieli jeszcze przyszykować się do wywiadu. Dlatego kiedy oni pędem ruszyli na spotkanie z menadżerem, a potem z dziennikarzem, ja na spokojnie szykowałam się do małego zwiedzania kolejnego angielskiego miasta. Chciałam skorzystać z wolnego czasu i zabrać Roberta na spacer. Z 5 Seconds of Summer miałam się ponownie spotkać przed koncertem.

               Trzymając Roberta za rękę, doszłam do Manchester Arena. Mieliśmy wejść przez bramę wjazdową, aby ominąć dużą grupę fanów, która już zgromadziła się przy głównych bramkach, czekając na koncert. Pokazałam ochronie nasze wejściówki, które ówcześnie sobie przygotowałam. Mały z uśmiechem spojrzał na wysokiego mężczyznę, zajadając się lizakiem. Od niego lepiła się nie tylko jego buzia, ale także dłonie i koszulka. Na szczęście miałam w torbie zestaw awaryjny, na takie właśnie wypadki, więc mogłam go przebrać w coś czystego.
               Ochroniarz z obiektu pokierował nas do odpowiedniego wejścia. Tam mieliśmy poszukać chłopaków. Byłam pewna, że zespół już szykuje się do gry. I wcale się nie pomyliłam, bo kiedy w końcu udało nam się ich znaleźć - a nie trwało to zbyt długo - stali na scenie przygotowując instrumenty. Jak tylko Robert dostrzegł swojego tatę, puścił moją rękę, biegnąc w jego stronę z głośnym okrzykiem radości. Mały zachowywał się tak, jakby nie widział Hemmingsa od wieków, a minęło raptem kilka godzin.
                Luke odwrócił się, a następnie uśmiechnął szeroko. Szybko odłożył gitarę, a potem przykucnął, aby jego syn mógł paść w jego ramiona. Robert sprzedał mu soczystego i klejącego całusa w policzek, obejmując jego kark rączkami.
- Gdzie byłeś? – zapytał ze śmiechem Luke, kiedy młody dotknął dłońmi jego policzków. – Ej, cały się lepisz!
- Z mamą byłem – odpowiedział blondynek, stukając palcem w jego nos. – Z moją mamą.
- Robert, chodź, pójdziemy się przebrać – powiedziałam, kiedy Luke postawił go na ziemi.
                Chłopczyk jednak już mnie nie słuchał. Zafascynowany tym nowym miejscem, rozejrzał się dookoła, robiąc duże oczy. Potem, jak gdyby nigdy nic, odwrócił się i pobiegł w kierunku Ashtona, który podchodził do swojej perkusji. Irwin bez namysłów wciągnął go na podest. Ignorując fakt, że mały cały się klei, posadził go sobie na kolanach. Podał mu pałeczki. Po chwili wszyscy mogli usłyszeć, jak uderza w bębny i talerze, będąc zachwalanym przez swojego wujka.
- Weź go – rzuciłam, patrząc na Hemmingsa. – Nie chcę, by przeszkadzał.
- Nie przeszkadza – odparł Luke, wzruszając ramionami. Nie odrywał wzroku od sceny przy perkusji. Po chwili obok nich pojawił się Calum z basem i Michael z gitarą. Ashton ujął nadgarstki małego, pomagając mu znaleźć spójny rytm. Chłopaki przyłączyli się do gry.
- Musicie się przygot…
- On nie może zostać perkusistą – warknął Luke, mierząc Irwina wzrokiem. – To moje dziecko i powinno zachwycać się gitarą.
- Tobie padło na głowę czy jak? Ja do ciebie o przeszkadzaniu, a ty…
- Niech Irwin zrobi sobie własne dziecko, a nie przekabaca mojego synka – pociągnął, nie zwracając uwagi na moje słowa. – Nie cierpię tego zespołu. 
               Spojrzałam na niego, jak na kretyna. Luke zacisnął usta, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Teraz wyglądał, jak naburmuszony pięciolatek, który nie dostał ulubionego cukierka.
- Ty tak na serio? – Hemmings zerknął na mnie. – Ty tak na serio? – powtórzyłam z niedowierzaniem. Zauważyłam, jak zadrgały mu kąciki ust. Po chwili parsknął śmiechem. Przekręciłam oczami. – Jesteś niemożliwy.
- Wiem i to ci się we mnie podoba. Potrafię cię zaskoczyć i…
- Ty mnie lepiej już nie zaskakuj – powiedziałam, udając obrażony ton.
- Bo?
- Trzy lata temu zaskoczyłeś mnie i to, aż za bardzo – mruknęłam, otwierając torbę.
- Ale… Emi, no… - Zagryzłam wargę, aby powstrzymać się od śmiechu, który cisnął mi się do gardła. – Ty tak na serio? Ej, na serio?
- Może serio, serio – odparłam, wzruszając ramionami. Spojrzałam na niego, uśmiechając się lekko. Luke wyszczerzył się.
- Może zaskoczyć cię tak jeszcze raz i…
- Spadaj!
- Ała! To przemoc! 
              Odskoczył ode mnie, kiedy trzepnęłam go w ramię. Wybuchł śmiechem po raz kolejny, a ja spojrzałam na niego z politowaniem. Mój facet nie jest do końca normalny.
- Naskarż się mamie...
- Mamusiu… - zamruczał, próbując imitować słodki dziecięcy głosik.
- Boże, Luke! Nigdy więcej, bo to zabrzmiało, jakbyśmy mieli jeden z tych pokręconych fetyszy i… 
              Ale nie skończyłam, bo Hemmings po raz kolejny parsknął tak głośnym śmiechem, że moje słowa zostały przez niego zagłuszone. On naprawdę nie jest normalny. Ale to właśnie w nim uwielbiam.

              Zeszłam z chłopakami pod scenę. Robert dreptał obok nas. Dał mi się w końcu umyć i przebrać, więc teraz legalnie mógł krążyć wokół ludzi, nie zostawiać po sobie lepiących śladów. Uczepił się Caluma, który co i rusz się z nim wygłupiał. Małemu to pasowało, bo miał całą uwagę wujka skupioną na sobie. A on lubił być w centrum zainteresowania.
              Zatrzymaliśmy się na dole, by móc zobaczyć całą scenę z tego miejsca. Calum i Robert dołączyli do nas po chwili, wykonując w trakcie marszu, jakiś dziwny taniec. Oboje wyglądali, jakby byli podłączeni do prądu, który teraz nimi sterował. W finale Mulat podniósł małego do góry. Podrzucił go, a do naszych uszu doszedł głośny dziecięcy śmiech.
- Cześć, chłopaki!
               Odwróciłam się za dźwiękiem nieznanego głosu. Znad przeciwka szedł wysoki i barczysty mężczyzna, w obcisłej czarnej koszulce, która opinała się na jego wyrobionych mięśniach. Zatrzymał się obok nas, a następnie spojrzał na mnie. Przy nim poczułam się naprawdę mała.
- Emily, to Dave nasz główny ochroniarz – poinformował mnie Michael. – Jego grupa współpracuje z nami od dawna.
- Miło poznać.
- Mnie również miło - odpowiedziałam, kiwając dodatkowo głową. 
               Robert od razu zainteresował się nieznajomym. Jego błękitne oczy intensywnie wpatrywały się w mężczyznę. Dave uśmiechnął się także do niego. Ukucnął, a potem wyciągnął rękę. Hemmings bez protestów podreptał w jego stronę. Podał mu swoją rączkę, a mężczyzna delikatnie ją uścisnął.
- Cześć, chłopie – powiedział ze śmiechem, bo Robert w dalszym ciągu był nim, w jakiś sposób zafascynowany. – Jesteś Robert?
- Tak, a ty?
- Dave.
- Co robi?
- Pilnuję twojego taty i wuj…
- Tak, jak mama! Mama też pilnanuje taty.
- Czemu go pilnuje? – dopytał się Dave, ciekawy odpowiedzi małego.
- Bo robi głupie rzeczy – skwitował Robert, wzruszając ramionami, jakby to było oczywiste. Ha! Punkt dla mamy!
- Ej, mistrzu! – mruknął Luke, świdrując swojego syna spojrzeniem.
- Tak powiedziałała mama – odparł, wskazując na mnie palcem. Chłopaki parsknęli śmiechem. Starszy Hemmings zerknął na mnie, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Nie da się zaprzeczyć – podsumowałam niewinnym tonem, a blondyn niezadowolony wymamrotał coś pod nosem.
- Ja pilnuję twojego taty i wujków trochę inaczej. By nie stała się im krzywda i by nikt im nic nie zrobił – wytłumaczył mu Dave.
- Jak superbohater? – zapytał Robert.
- Dave to superbohater – odezwał się Ash.
- Mamo! Dave to superbohater! – W tym momencie oczy chłopca zrobiły się jeszcze większe. – Jesteś bohater!
- Już lubię twojego syna, Luke – powiedział ze śmiechem, Dave. Hemmings wziął małego na ręce. On jednak nie odrywał wzroku od mężczyzny. – Znasz jeszcze jakiegoś superbohatera?
- Tak – odpowiedział Robert, kiwając szybko głową.
- Kto to taki?
- Mój tata – rzucił, a blondyn od razu uśmiechnął się szeroko, mocniej obejmując swojego syna. Cmoknął go w czoło. Robert odpowiedział podobnie, sprzedając mu całusa w brodę. Uwielbiałam oglądać takie obrazki z nimi w roli głównej. Widać było także, że Luke urósł pod wpływem rodzicielskiej dumy. 
- To było urocze – powiedział Michael.
- Nie rocze. Jestem już duży.
- Pewnie, że duży. Duży z ciebie chłop – odparł Clifford, klepiąc go pupie. Robert zaśmiał się, a potem wtulił w Luke'a, jakby był najlepszą przytulanką na świecie.

               Robert nie wytrzymał do koncertu. Zmęczony wrażeniami po całym dniu, zasnął na kanapie w garderobie chłopaków. Przykryłam go bluzą, aby było mu cieplej. Nie przeszkadzało mu nic. Ani hałas i harmider, jaki się zrobił w oczekiwaniu na występ, ani rozmowy chłopaków, które nie cichły. Odłączył się od nas zupełnie, a ja miałam tylko nadzieję, że uda mi się go przetransportować do hotelu w takim właśnie stanie. Wolałam nie wiedzieć, co będzie, jak mały się obudzi. Pewnie zyska dodatkową energię i będzie hasał i wariował, aż do późnej nocy.
               Victoria, stylistka chłopaków, namówiła mnie do tego, abyśmy we dwie udały się na koncert. Naprawdę miałam ochotę tam iść, ale nie mogłam zostawić Roberta bez opieki. Z pomocną dłonią przyszedł mi zastępca menadżera 5 Seconds of Summer, który powiedział, że z nim posiedzi. Miał do przygotowania kilka rzeczy na laptopie, a mógł to zrobić w garderobie, mając po okiem śpiącego trzylatka. Z początku nie chciałam obarczać go takim zadaniem. Po wszystkich argumentach, jakie usłyszałam od Victorii, skapitulowałam i razem z nią ruszyłam w stronę sceny. Umówiłam się z tymczasową opiekunką Roberta, że da mi znać od razu, jak mały się obudzi. Dzięki temu byłam spokojniejsza i mogłam oddać się zabawie. A naprawdę uwielbiałam patrzeć na zespół w akcji. Bawiłam się znakomicie.

               Plan, z przeniesieniem śpiącego Roberta do hotelu, skończył się fiaskiem. Mały przebudził się w samochodzie, a zanim dotarliśmy do celu, był już maksymalnie rozbudzony. Dostał nowego zastrzyku energii i byłam pewna, że nie przeszkadza mu ta późna pora. Chciał się bawić, biegać i szaleć, a żadne z nas nie miało już na to siły. W przeciwieństwie do niego, byliśmy coraz bardziej zmęczeni tym dniem.
- Robert, kładź się – poprosił po raz kolejny Luke, który od dłuższego czasu tkwił już w łóżku.
- Szukaj mnie!
- Robert, trzeba iść spać – ciągnął Hemmings, ale mały i tak go nie słuchał. 
               Wczołgał się pod kołdrę, docierając do blondyna. Wdrapał się na niego, siadając okrakiem na jego pasie. Zabębnił małymi dłońmi w jego plecy. Usłyszałam ciche westchnienie, które wydobyło się z ust starszego.
- Robert, jest późno. Musimy iść spać – powiedziałam, podchodząc do materaca.
- Nie cem…
- Bo zaraz pójdziesz do łóżeczka dla dzidzi – zagroził mu Luke, przypominając mu aferę, jaką zrobił niedawno. 
               Robert wcześniej oznajmił nam, że jest za duży na turystyczne łóżeczko dla dzieci, które wstawiła nam do pokoju obsługa hotelu. Kategorycznie odmówił w nim spania, tupiąc nóżkami. Na nic się zdały nasze próby przekonania go do tego miejsca. W końcu skapitulowaliśmy, biorąc go do naszego łóżka. Po tym pokazie złości, doszłam do wniosku, że Robert zdecydowanie odziedziczył upartość i zawziętość po Luke'u. Był taki sam, jak jego ojciec.
- Nie cem…
- A położysz się grzecznie spać obok taty? – pociągnęłam, patrząc na rozbrykanego chłopca.
- Może…
- Robert – mruknęłam, przekręcając oczami.
- Mamo, nie nerwuj się – skwitował, uśmiechając się szeroko. 
               Luke wcisnął twarz w poduszkę, by ukryć chichot, jaki wydobył się z jego ust. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Ten facet powinien być po mojej stronie, bo tak, jak ja, też marzy o śnie. Po chwili kolejna para błękitnych oczu spojrzała w moją stronę. Blondyn uspokoił się, choć nadal na jego twarzy błąkał się cień uśmieszku.
- Idziemy spać – zarządziłam stanowczym głosem.
- Jesteś zła?
- Nie, ale mogę być – zagroziłam, machając na brzdąca palcem.
- A ja jestem Hemmo – powiedział zadowolony z siebie, malec.
- Robert, nie wygłupiamy się. Kładziemy się i śpimy – pociągnęłam, wchodząc na łóżko. – Daj buziaka mi i tacie i…
- Dlaczemu na tatę wołajają Łuk? To przecież tata. – Młody był mistrzem w zmienianiu tematu. Byłam pewna, że robi to specjalnie, aby przeciągnąć moment pójścia spać. Ześlizgnął się z pleców ojca, siadając tuż obok niego.
- Luke – poprawił go, odwracając się. – Luke Hemmings. Tak mam na imię. Ty też masz imię.
- Ale ty jesteś tata – mruknął Robert, marszcząc przy tym nos. – Tata Hemmo.
- Ale nie jestem tatą dla wszystkich i…
- Nie jesteś moim tatą? – Momentalnie oczy Roberta zaszły łzami. Przycisnął małe piąstki do ust, nie odrywając wzroku od blondyna.
- Jestem, kochanie. Jestem twoim tatą. Tylko twoim. Dlatego tak do mnie mówisz.
- Tylko moim?
- Tylko twoim. Chodź tu do mnie.
               Podniósł kołdrę, a Robert od razu wsunął się pod pierzynę. Ułożył się obok niego, przyciskając się do jego klatki piersiowej. Uśmiechnęłam się, patrząc na tą moją ukochaną dwójkę mężczyzn. Nie wtrącałam się, pozwalając starszemu wszystko mu wyjaśnić.
- Mama też ma imię – pociągnął cicho Luke. – Emily. Twoja mama nazwy się Emily.
- Mily?
- Ty też masz imię. Twoi wujkowie mają imiona. Wszyscy mamy imiona. Jak się nazywają twoi wujkowie?
- Cal, Miki i Ashti.
- A jak nazywa się twój tata?
- Tata Łuk Hemmo.
- Luke – poprawił go po raz kolejny.
- Lu – rzucił Robert, a na jego twarzy znowu pojawiał się uśmiech. – Luke Hemmo.
- Super! Udało ci się – powiedział zadowolony blondyn, całując go nos. – A mama? Jak ma na imię twoja mama? Pamiętasz?
- Mily?
- Emily.
- Mily Hemmo. – Zaśmiałam się, kładąc się na swoją poduszkę.
- Zostałaś Hemmingsem - skwitował ze śmiechem, Luke.
- Nie próbuj mu na razie tłumaczyć, czemu w rzeczywistości jest inaczej. Nie zrozumie tego – pociągnęłam, przykrywając się kołdrą. Blondyn uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach dostrzegłam znany mi błysk. – Co? – Zmarszczyłam czoło, kiedy nie zyskałam od niego odpowiedzi. – O co ci chodzi? Jeśli wpadłeś, na jakiś dziwny pomysł, to moja odpowiedź z góry brzmi nie.
- Chciałem tylko powiedzieć, że Emily Hemmings brzmi naprawdę dobrze. Podoba mi się. – Zaśmiałam się cicho. – Nie rób, więc afery.
- Nie robię…
- Może kiedyś zostaniesz Hemmingsem?
- Chcesz mi się oświadczyć?
- Badam teren. Muszę mieć pewność, że twoje imię będzie pasowało do mojego szlachetnego i boskiego nazwiska i czy jesteś na pewno godna, by je nosić i…
                Ale nie dokończył. Chwyciłam za poduszkę i trzepnęłam go nią w twarz. Robert wybuch śmiechem, krzycząc mama cię pokonała, chociaż jego pokonała bardziej brzmiało, jak pokonałała. Wyszczerzyłam się triumfalnie, poprawiając pozycję, w jakiej leżałam. Luke mruknął coś pod nosem, a potem sam zaczął się śmiać, dołączając do syna. Uśmiechnęłam się, patrząc na tę dwójkę. Oni dawali mi szczęście i nie zamieniłabym tego na nic innego.


***
Ten rozdział można określić, jako Luke&Robert, który dzisiaj nie do końca słuchał się rodziców :) Mimo tego, że nie było żadnej dramy i akcji, to mam nadzieję, że i tak ta część przypadła Wam do gustu i że nie było nudno :)

Przypominam, że jeśli chcecie dokładnie wiedzieć, jakie rozdziały i z którego ff zostały opublikowane, to zapraszam do śledzenia konta na Asku i Twitterze - @RoxyDonau :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, które są mocną motywacją! Ale to już wiecie, bo często Wam to powtarzam :)

Nie przedłużam
Pozdrawiam i do następnego!



6 komentarzy:

  1. Ooooooo. Czyżby szykował się ślub

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może tak, może nie XD Jednak chyba dla nich to za szybko, by było :)

      Usuń
  2. Oj nie, na slub to niech oni poczekaja. Sa za mlodzi, maja na to czas.
    Naprawde uwielbiam Roberta bp jest slodki i te jego teksty haha
    Mam wrazenie ze Emi jest zbyt opiekuncza co do Roberta ew
    Rozdzial jak zwykle swietny.
    Pozdrawiam:)x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociaż są po dwudziestce, to i tak nie mają się po co spieszyć :)
      Cieszę się, że się podobało i że Robert zyskuje sympatię dalej :)
      Dzięki bardzo za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Zamiast tłumaczyć twżpns to ja czytam ehh ale super super i jeszcze raz super <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo,że się podobało :)

      Usuń