wtorek, 10 maja 2016

S2 - Rozdział 9

             Przetrzymałam brodą telefon, łapiąc chłopca za koszulkę, który odbił się od kanapy, chroniąc go jednocześnie przed wywrotką na pupę. Nie powiem, ale refleks miałam nadal całkiem dobry. Robert zaśmiał się, zgarniając w swoje rączki pingwina, a potem pognał na drugą stronę salonu. Uniosłam jedną brew do góry. Jak tak dalej pójdzie, to mały Hemmings rozniesie pół tego domu. Dzisiaj ewidentnie rozpierała go energia.
- Podoba mi się tu – powtórzyłam po raz kolejny, śledząc wzrokiem blondyna. Robert wbiegł zza stół, przez co na chwilę straciłam go z pola widzenia. – Chociaż nie widziałam wszystkiego.
- Masz czas – odparła mama, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. – Korzystaj z wolnego.
- Zamierzam. – Skrzywiłam się lekko, kiedy mały wybiegł zza mebla, a następnie wpadł w moje nogi. To bolało. Zaśmiał się i wdrapał na sofę. Zawisł na moich plecach. – Ej!
- Co jest? – zapytała rodzicielka.
- Nie wolno bić mamy – powiedziałam do syna, machając na niego palcem. Właśnie oberwałam w głowę pluszowym pingwinem.
- To nie ja. To piłalin – odparł, by po raz kolejny zaatakować moje plecy. Wsadził dłonie w moje włosy. – Czeszemy?
- Robert rozrabia? – zaśmiała się Ashley.
- Nie wiem, co w niego dzisiaj wstąpiło… Ej, spadniesz! – rzuciłam, odwracając się szybko do małego, który wychylił się przez oparcie. – Zwariuję. Nie wolno tak robić. – Przekręciłam oczami, widząc niewinny uśmiech na jego twarzy.
- Byłaś taka sama…
- Ja byłam idealnie grzecznym dzieckiem.
- Chyba kiedy spałaś – odparła, a ja zrobiłam wielkie oczy. – Jeden zero dla mamy! – dodała ze śmiechem. Serio? Matula chyba powinna odsapnąć od internetu i telewizji, bo stanowczo to jej szkodzi. – Zadzwonię jutro.
- Jasne, kocham cię.
- Ja ciebie też, skarbie.
- I uściskaj ode mnie tatę.
- Oczywiście. Wycałuj ode mnie Roberta.
- Robert powiesz babci pa-pa? – zwróciłam się do niego, ale mały był zajęty zakopywaniem się pod ozdobne poduszki, które leżały na sofie. – Nie ważne – mruknęłam, a mama zaśmiała się. – Do usłyszenia.
- Pa, córeczko – rzuciła i rozłączyła się. Odłożyłam telefon na stół. Spojrzałam na synka. Robert zaśmiał się, po raz kolejny wciskając głowę pod poduchę.
- Chcesz iść na plac zabaw? Może się trochę zmęczysz, co ty na to?
- Cem!
- To leć po buty – odparłam, łapiąc go pod ramiona i stawiając na podłodze. Robert od razu pognał w stronę niewielkiego korytarza. Jeśli młody będzie na takich obrotach przez cały dzień, to padnę szybciej od niego.

              O dziwo w czasie drogi do parku Robert grzecznie szedł obok, cały czas trzymając mnie za rękę. Byłam pewna, że dzisiaj się będzie przeciwko temu buntował, ale najwidoczniej się myliłam. Puścił moją dłoń w momencie, kiedy wkroczyliśmy na równy deptak. Nadal jednak był blisko, kiedy oboje zmierzaliśmy w głąb parku, by dostać się do placu zabaw. Dopiero tam włączył drugi bieg, pędząc w stronę małej zjeżdżali.
             Wypad do parku okazał się być strzałem w dziesiątkę, bo Robert w końcu mógł się porządnie wyszaleć. Zastanawiałam się tylko, ile czasu będzie trzymał mu się ten wysoki poziom energii, który dzisiaj reprezentował. Oprócz hasania na placu, dodatkowo zaczęliśmy z jeszcze jedną mamą i jej pociechą bawić się w berka. Jej syn był w podobnym wieku, co młody Hemmings, więc nic dziwnego, że szybko złapali wspólny dziecięcy język. Chłopcy jednak szybko nas pokonali. Mianowicie i u niej i u mnie w końcu pojawiła się lekka zadyszka, a dwa brzdące nadal były w pełni sił.
              Spojrzałam na Roberta, który po raz kolejny się rozpędził. W ostateczności potknął się o własne nogi i padł na trawę. Nie wyglądało to na groźny wypadek. Młody się nawet nie skrzywił, ani tym bardziej nie rozpłakał. Podeszłam do niego, podciągając go do góry.
- W porządku? – zapytałam, przejeżdżając dłonią po jego blond włosach.
- Obaliłem się tylo – rzucił, wzruszając ramionami. – Mamo!
- Tak, kochanie?
- Nic mi nie je – dodał, a potem odwrócił się, by rozejrzeć się po parku.
              Już chciałam odezwać się ponownie, ale w tym samym momencie rozdzwoniła się moja komórka. Wyciągnęłam ją z kieszeni. Spojrzałam na wyświetlacz, a potem odebrałam. Nadal jednak nie spuszczałam wzroku z biegającego wokół mnie dziecka. Teraz Robert udawał, że jest jednym z superbohaterów. Zdecydowanie ogląda za dużo kreskówek z Michaelem.
- Tak?
- Gdzie jesteś? – zapytał Luke.
- W parku.
- Przed czy po obiedzie?
- Jesteśmy przed i…
- Świetnie. Właśnie zamówiliśmy pizze, więc wpadaj na obiad. Dla małego wzięliśmy dodatkowo frytki.
- Luke, jesteś w pracy.
- No i co? Masz przyjść i nie chcę słyszeć żadnego nie.
- Dobra, niech ci będzie.
- Ekstra. Daj znać, jak będziesz na miejscu. – I rozłączył się. Wzruszyłam ramionami.
- Robert! – zawołałam chłopca, który stał kawałek dalej. 
             Blondynek od razu podskoczył i ruszył biegiem w moją stronę. Syknęłam pod nosem, kiedy drugi raz tego, jakże krótkiego dnia, wpadł w moje nogi. Piszczele to mnie dzisiaj będą błagać o litość. Udało mi się go jednak złapać, zanim ponownie spotkał się z ziemią.
- Nie ciałem – powiedział, gładząc moje kolano. – Pędziłem, jak Supermem. Uratuje cię zasze, mamo.
- Świetnie, mam własnego obrońcę?
- Tak! – rzucił z uśmiechem i klasnął w dłonie.
- Idziemy już…
- Nie ce.
- Ale nie do domu. Idziemy do taty i wujków.
- Już cem – odparł szybko, a następnie złapał mnie za rękę.

             Zgodnie z umową, dałam znać Lukowi, że zaraz będę na miejscu. W końcu taksówka, którą załapałam na postoju niedaleko parku, zatrzymała się przed znanym budynkiem. Nie zdziwiło mnie to, że przy wejściu kręciła się niewielka grupka dziewczyn. Zapłaciłam kierowcy, a następnie wzięłam małego na ręce. Wolałam bezproblemowo dostać się do środka, a brykający wokół mnie Robert, z pewnością utrudniłby mi to zadanie.
- Emily!
            Nerwowo drgnęłam, kiedy uśmiechnięta blondynka zwróciła się bezpośrednio do mnie. Nadal pamiętałam niemiłe komentarze i to spotkanie na parkingu marketu, gdzie fanki chłopaków dobitnie uświadomiły mi, jak źle postępuję, przeszkadzając im w pracy. Naprawdę nie chciałam powtórki z rozrywki. Szczególnie, że nie było to zbyt miłe i przyjemne. W dalszym ciągu jednak nie potrafiłam przyzwyczaić się do większego zainteresowania moją osobą. Stroniłam od tego, jak tylko się dało, ale nie było możliwe, by zupełnie uniknąć takich sytuacji. Zawsze przy takich spotkaniach stawałam się zestresowana, starając się nie robić i nie powiedzieć niczego, co zwiększyłoby negatywny odbiór mojej osoby. Choć w takich momentach przeważnie zawsze trafiałam na cholernie miłe i pozytywnie nastawione fanki. Ale mimo wszystko i tak towarzyszyło mi przy tym zdenerwowanie.
- Cześć, Emily! – zawołała druga, machając ręką.
- Cześć – odpowiedziałam szybko, uśmiechając się.
- Cześć, mały!
- To fan! – skwitował Robert, nie odrywając od nich wzroku. – Mamo, to fan!
- Emily, nad czym pracują chłopaki? – zapytała brunetka, podchodząc do mnie.
- Naprawdę nie mam pojęcia. Nie zdradzają mi takich szczegółów, choć sama chciałabym wiedzieć – odpowiedziałam, poprawiając małego, który wychylił się w stronę jednej z nich, by przybić jej piątkę.
- Ale on słodki!
- O której dzisiaj kończą?
- Tego też niestety nie wiem.
- Przekażesz coś Michaelowi?
- Jasne, nie ma sprawy – powiedziałam, zatrzymując się. Przejęłam podłużną, niebieską kopertę od brunetki, która uśmiechnęła się szeroko.
- Wielkie dzięki.
- Trafi do niego od razu, obiecuję – dodałam ze śmiechem.
- Miłego dnia, Emily!
- Dzięki i wzajemne! – odpowiedziałam, wchodząc do budynku. Jak tylko zamknęły się za mną drzwi, zapanowała cisza.
- Tam jest fan – powiedział z uśmiechem Robert, klepiąc mnie po ramieniu.
- Były problemy? – Odwróciłam się w stronę Hemmingsa, który czekał przy bramce.
- Tata! – krzyknął mały, wyrywając się w jego stronę.
              Podeszłam do niego i od razu podałam mu syna, który standardowo wtulił się w niego, jakby był najcudowniejszą osobą pod słońcem. Przywitałam się z Pam, która otworzyła mi bramkę, jaka oddzielała mnie od Luke'a.
- Były problemy? – ponowił pytanie.
- Nie. Dziewczyny na zewnątrz są w porządku.
- Co tam masz? – zainteresował się blondyn, spoglądając na niebieską kopertę.
- Od fanki dla Michaela…
- Ekstra, pokaż!
- Nie ma mowy – rzuciłam, odwracając się od niego tak, by nie mógł jej dosięgnąć. – To nie dla ciebie. – Luke zmarszczył czoło. – Obiecałam, że dostanie to Mikey, a nie ty. - Przekręcił oczami. - Nad czym teraz pracujecie? – Zmieniłam temat, kiedy weszliśmy na schody. Chłopak uśmiechnął się szeroko. – No, powiedz – jęknęłam, niczym mała dziewczynka. Nawet nie próbowałam ukrywać tego, że jestem strasznie ciekawa.
- Należysz do zespołu?
- No… nie.
- Więc nic z tego, skarbie – odpowiedział, a potem pstryknął mnie w nos. Skrzywiłam się, a Luke parsknął śmiechem. Bardzo zabawne, naprawdę.

***
              Oderwał wzrok od Michaela, który po raz kolejny przeczytał list od fanki. Oczywiście oni również przyssali się do niego, by zobaczyć, co takiego napisała. Na tej niewielkiej kartce było mnóstwo miłych i ciepłych słów, które kierowane były, nie tylko do Clifforda, ale także i do pozostałych członków 5 Seconds of Summer. Czerwonowłosy szybko podziękował autorce na Twitterze, za tak pozytywną opinię na ich temat.
              Po jedzeniu wszystkim – łącznie z Johnem – włączyło się totalne lenistwo. Nikomu nie chciało się wracać do muzyki. Każdy rozsiadł się tam, gdzie akurat było miejsce, pogrążając się w rozmowie lub jak w przypadku Caluma, krótkiej poobiedniej drzemce. Hoodwi nawet nie przeszkadzały szmery i hałasy, jakie od czasu do czasu pojawiały się w pomieszczeniu. Spał dalej, jakby nie interesowało go to, co dzieje się wokół niego.
              Ashton wyciągnął telefon. Jego palce zaczęły szybko błądzić po ekranie. Odpalił słynnego Snapchata. Zaczął przeskakiwać z efektu na efekt, nie wiedząc, co wybrać. W końcu skapitulował i postanowił przesłać do fanów zwykłą wiadomość. Już miał zamiar uruchomić nagrywanie, kiedy tuż obok niego pojawił się mały chłopiec.
- Co robi?
- Filmik dla fanów – odpowiedział Irwin z uśmiechem, spoglądając na małego Hemmingsa.
- A dzie on jest?
- Kto?
- Fan.
- Po drugiej stronie. – Robert spojrzał na niego ze śmiechem, a potem poklepał go po policzku.
- Wuja, tam za telefonanem nikogo nie ma. Chyba nie wiesz, dzie jest fan - wytłumaczył mu powoli, przejeżdżając dłonią po jego włosach. – Ale masz fana. Dużo. Oni cie lubiają. Ty ich też?
- Oczywiście.
- Robisz? – Mały wskazał paluszkiem na telefon w jego dłoni.
- Tylko musisz być cicho, okej?
- Bede – zapewnił go, opierając się o jego ramię. 
              Ashton przejechał palcem po jego małym nosie. Robert po raz kolejny wybuchł cichym dziecięcym śmiechem, obejmując jedną ręką jego kark. Błękitne oczy skupiły się na ekranie komórki. Perkusista włączył nagrywanie.
- Cześć, ludzie! Właśnie siedzimy w studio i… - Ale urwał, a potem parsknął tak głośnym śmiechem, że pozostali spojrzeli na niego, nie wiedząc, o co mu chodzi.  
              Ashton zaśmiał się ponownie, kiedy Robert pojawił się na ekranie komórki po raz kolejny. Od początku mały, jak tylko siebie tam zobaczył, zaczął robić śmieszne miny, co skutecznie zdezorientowało i rozbawiło Irwina. Hemmings w końcu wytknął język, a potem udał nadąsanego, kręcąc dodatkowo głową.
- Ta… To by było na tyle – wydusił z siebie Ash, kiedy czas nagrywania dobiegł końca.
- Wuja?
- Tak.
- Miałeś narywać. Dlaczemu nie mówiłeś, tylko się śmiałeś?
- Bo to było śmieszne.
- To było dziwne – skwitował Robert, wzruszając ramionami. Ash zaśmiał się po raz kolejny, a potem wysłał filmik do innych użytkowników.

***
             Spojrzał w stronę ogrodu. Emily siedziała na jednym z krzeseł, nadal będąc pochłonięta rozmową z Katie. Od czasu do czasu ona i jej przyjaciółka odbywały ze sobą dłuższe pogawędki, by być na bieżąco w tym, co się u nich dzieje. Złapała za stojącą obok szklankę z napojem. Upiła łyk, a potem zaśmiała się, reagując na to, co usłyszała. Luke uśmiechnął się pod nosem.
            W końcu oderwał błękitne oczy od dziewczyny. Rozejrzał się po salonie. Zmarszczył lekko nos. Michael i Calum tkwili przed telewizorem, rozwaleni na kanapie. Ashton buszował w kuchni, zapewne szukając w szafkach, czegoś słodkiego. Nigdzie jednak nie widział Roberta. Pozwolił chłopcu iść samodzielnie na górę, po jakąś zabawkę, której się domagał. Miał on jednak zaraz wrócić. Luke spojrzał w stronę schodów, w momencie, gdy usłyszał małe kroki u ich szczytu.
- Robert!
- Na pupie schodzem! – odpowiedział mu szybko.
- Tylko powoli!
- Tato!
- Tak?
- Wiem!
             Luke zaśmiał się pod nosem, odwracając się. Zrobił kilka kroków w stronę kuchni. Sam miał nadzieję na to, że Irwin znajdzie, jakąś dobrą przekąskę. Najlepiej w postaci, jakieś czekolady lub batona. Oczywiście w sztuce więcej, niż jeden.
- Co to jest?
             Pytanie Roberta zostało jednak częściowo zagłuszone przez gromki śmiech Caluma i Michaela. Luke spojrzał na nich, unosząc z zaciekawieniem brwi do góry. Chłopaki niemalże tarzali się po sofie, trzymając się za brzuchy. Oczy prawie wyszły mu z orbit, kiedy dostrzegł, co ich tak rozbawiło. Robert stał przed nimi z wyciągniętą ręką. W dłoni trzymał paczuszkę z prezerwatywą. Momentalnie na jego policzkach pojawiły się wypieki. Zrobiło mu się gorąco.
- Co wy odwalacie? – zainteresował się Irwin, wychylając się z pomieszczenia obok. Jak tylko zobaczył całą scenkę, również wybuchł śmiechem.
- Co to jest? – powtórzył Robert, zupełnie nie wiedząc, o co chodzi wujkom. – Tato?
- To… to nie jest do zabawy – wydusił zażenowany Luke, podchodząc do syna. – Skąd to masz?
- Z pokoju.
- Którego? – Mały wskazał na niego palcem. Blondyn dopiero teraz zaskoczył, że nie schował paczki do szuflady. Zostawił ją na po prostu na szafce, a Robert, jak na typowe ciekawe dziecko przystało, zabrał jedną z nich.
- Teraz tłumacz, co to, tatuśku – mruknął Clifford, a potem wcisnął twarz w poduszkę, by stłumić kolejny chichot. Luke w tym momencie chciał sobie strzelić w łeb. Wolał, by z takimi sprawami męczyła się Emily, a nie on.
- Tato? – ponaglił go Robert. – To jest, jak balonik – pociągnął, obracając przezroczyste opakowanie w dłoni. – Ale nie kololowy. Nadmuchasz?
- Zaraz się przekręcę – pisnął Calum, będąc już cały czerwony ze śmiechu.
- Wcale mi nie pomagasz – syknął Luke, zabierając Robertowi prezerwatywę.
- Tato, co to jest? – ciągnął dalej chłopiec, choć blondyn miał nadzieję, że jego syn nie będzie drążył tematu. Jak nic potrzebował teraz pomocy, ale żaden z chłopaków nie raczył ułatwić mu tego zadania. Cała trójka była pochłonięta głośnym rechotem, który skutecznie go dekoncentrował. Robert podszedł do niego i pociągnął za dół jego koszulki, by ponownie zwrócić na siebie uwagę.
- To nie dla dzieci.
- To nie balonik?
- To taki inny balonik – wydusił z siebie Ash, podchodząc do nich. – Dla dorosłych.
- Leczniczy balonik dla dorosłych – powtórzył za nim Luke. Cieszył się, że przynajmniej Irwin się opanował i przyszedł mu z pomocą.
- Co robi? – Chłopaki wymienili ze sobą spojrzenia. Stan Michaela i Caluma pozostawał nadal niezmienny. Perkusista przygryzł wargę. Najwidoczniej i jemu skończyły się pomysły.
- One… są… jak… tatę boli brzuch.
- Raczej, jak tata chce się dobrać do mamy – wymamrotał czerwony ze śmiechu, Michael.
             Robert spojrzał na niego z zaciekawieniem. Luke nie wytrzymał. Złapał za leżącą na stole maskotkę syna, a potem cisnął nią w przyjaciela. Pluszowy Clifford odbił się od czoła gitarzysty, by w ostateczności paść na jego nogi.
- Wcale nie pomagasz – warknął Luke.
- Tata się nerwuje.
- Wcale nie, kochanie – powiedział łagodnie, Hemmings, przeczesując dłonią jego jasne włosy. – Pamiętaj, że nie wolno się tym bawić – dodał, wskazując na paczuszkę. Następnie schował ją do kieszeni.
- Co was tak rozbawiło? – Wszyscy odwrócili się w stronę Emily, która wpatrywała się w nich z lekko uniesionymi brwiami. - Słychać was chyba było na całej ulicy. – Luke przekręcił oczami.
- Tata ma balona – powiedział od razu Robert, klepiąc blondyna po kolanie. – Ale nie do zabawy. – Emily zmarszczyła nos, wlepiając ciemne oczy w starszego Hemmingsa. On powoli otworzył usta.
- Zanim się odezwiesz, zastanów się, czy ja naprawdę chcę to wiedzieć – pociągnęła, machając na niego palcem.
- Nie moja wina, no – jęknął, kiedy Irwin zagadał Roberta, odciągając go od rodziców. – Zwędził mi prezerwatywę i… Ała! Za, co? – mruknął, odskakując od niej, kiedy Em trzepnęła go w ramię. – Nie wiedziałem, że je znajdzie i… Ej! To przemoc w rodzinie!
- To tak na zaś, bo aż się boję tego, co mu powiedziałeś.
- Leczniczy balon na ból brzucha. – Dziewczyna poruszyła ustami, powtarzając niemo jego słowa.
- Dobra, byłam pewna, że wymyśliłeś coś gorszego.
- Nie jestem tak beznadziejny – odparł niezadowolony. Em zaśmiała się, a potem cmoknęła go w nos. – Jasne… Teraz bądź miła.
- I tak mnie uwielbiasz.
- Też prawda – dodał ze śmiechem. – Ale jak zapyta się, skąd się biorą dzieci, to wyślę go do ciebie. 


***
Kolejna część, w której mamy więcej Roberta. Tym razem rozbrykanego Roberta :) Na szczęście młody pod wpływem tej swojej energii, nie zrobił sobie żadnej krzywdy. Dodatkowo Em spotkała na swojej drodze kolejnych fanów - tym razem dużo milszych i sympatyczniejszych, niż pamiętne panny z parkingu :)
Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał :)

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau

Dziękuję również za wszystkie komentarze! 

Kolejna część w następny wtorek.

Pozdrawiam!

7 komentarzy:

  1. W końcu udało mi się dostać do komentarzy, dzięki internecie :/ matko hahahaha śmiałam się przez cały czas, jak czytałam ten rozdział XD GENIALNE! a ta końcówka najlepsza :) Robert to słodziak i chłopaki mają do niego fajne podejście. Uwielbiam tą historię i tą część :)
    czekam na kolejny rozdział :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. rozdzaił świetny jak zawsze :)i ta prezerwatywa hahahah. Planujesz jakiś zwrot akcji w tym opowiadaniu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie chyba trzy, o ile dobrze pamiętam - nie mam jak zerknąć w notatki. Nie będzie zawsze tak kolorowo :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Leczniczy balonik na ból brzucha. Hahahaha 😂 OMG jest 23:06 a ja rycze ze śmiechu na cały dom. Ten balonik to chyba po to, żeby mama nie przytyła. Gdzieś tak na 9 miesięcy. :D Rozdział super. Miło, że są fanki, które lubią Em. Czekam na kolejny i pozdrawiam. ;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe prawda XD Cieszę się, że Cię rozbawiłam i że Ci się podobało :)
      Dzięki za komentarz, który mnie rozśmieszył :D
      Pozdrawiam

      Usuń