wtorek, 26 kwietnia 2016

S2 - Rozdział 7

            Chłopaki byli dzisiaj w studiu do południa. Wpadli do domu, niczym torpedy, chroniąc się przed ulewą, jaka szalała na zewnątrz. Mimo tego, że do pokonania mieli niewielki dystans między domem a samochodem, to i tak zdążyli zmoknąć. Ich włosy przykleiły im się do twarzy, a ubrania przesiąkły chłodnymi deszczowymi kroplami. Liczyłam na to, że w końcu pogoda w Londynie wróci do normalności. Musiałam dzisiaj koniecznie pojechać do sklepu, bo powoli zaczynały nam się kończyć najpotrzebniejsze rzeczy.
             Luke padł na kanapę tuż obok mnie. Nachylił się, a następnie potrząsnął głową, wybuchając przy tym śmiechem. Drobne, zimne krople wody trafiły na moją twarz, a ja odsunęłam się od niego tak raptownie, jakby co najmniej miał mi zrobić krzywdę. Mruknęłam niezadowolona, wycierając się pospiesznie koszulką.
- Weź się lecz – rzuciłam, marszcząc nos. Za plecami usłyszałam śmiech Roberta, który już dorwał się, do któregoś ze swoich wujków. Po głosach obstawiałam Michaela.
- Jestem seksi – skwitował Luke, przybliżając się ponownie. Odchyliłam się, ale i tak nie zdołałam uniknąć jego szerokich ramion, które oplotły się wokół mnie.
- Jesteś mokry! Idź się przebierz, bo…
- Tak, tak mamusiu – wtrącił, przejeżdżając mokrą czupryną po mojej twarzy.
- Weź – zajęczałam, próbując go odepchnąć, ale Hemmings pod tym względem był silniejszy.
               Blondyn niewiele myśląc popchnął mnie, a ja padłam na plecy. Od razu znalazł się nade mną, mając na ustach zadowolony z siebie uśmieszek. Przekręciłam oczami, starając się go z siebie zepchnąć. Moje próby ewidentnie go bawiły, czego nie omieszkał przedstawić w formie uroczego chichotu.
- Luke – mruknęłam w jego usta, kiedy musnął swoimi wargami moje. – Nie jesteśmy sami.
- Właśnie, nie jesteś sam, Casanovo – odezwał się Calum, padając na miejsce obok nas. – No i twój syn jest w tym samym pomieszczeniu. - Luke burknął coś pod nosem, ale posłusznie podniósł się do góry.
- Idźcie się przebrać – rozkazałam, patrząc na nich. – Ash, Michael, wy też! – krzyknęłam do panów za plecami, którzy teraz byli pochłonięci Robertem. Mały jak zwykle się do nich przyczepił.
- Jesteś, jak młodsza wersja mojej matki – skwitował Hood, łapiąc za pilot.
- Dzięki za komplement – powiedziałam, wstając z kanapy. – Na górę! Już! Wystarczy chwila, aby któryś z was się pochorował!

               Wykorzystałam moment, w którym przestało padać. Ubrałam się szybko i złapałam za małą torebkę. Zbiegłam ze schodów, zatrzymując się w salonie. Chłopaki siedzieli na kanapie, oglądają, jakiś program. Luke, zaś znajdował się na podłodze, oparty o sofę. Układał klocki z Robertem, które mały rozrzucił wokół niego, słuchając tego, o czym mówili w telewizji.
- Idę do sklepu – zakomunikowałam, a wszystkie oczy skierowały się na mnie. – Jakieś specjalne życzenia?
- Kup coś słodkiego – rzucił Hemmings.
- Tak, coś słodkiego – odparł Calum, kiwając głową.
- Dla mnie też.
- I dla mnie.
- Tak! – wtrącił się Robert, podskakując w miejscu, abym na pewno go widziała.
- W porządku. Młody, bądź grzeczny. – Mały blondynek kiwnął głową, posyłając mi jeden ze swoich słodkich uśmiechów.
- Pojechać z tobą? – zaoferował się Luke.
- Nie, dzięki. Dam sobie radę. To nie są nie wiadomo, jak wielkie zakupy.
- Trzymaj. – Odwróciłam się w stronę Irwina. Coś ściskał w ręku. W końcu rzucił tym w moją stronę, a ja dopiero, jak złapałam to w dłonie, zorientowałam się, że to kluczyki.
- Od kiedy tu macie samochód?
- Mamy jeden wspólny, z którego czasem korzystamy – poinformował mnie Ash. – Stał teraz u Johna, bo poprosiliśmy go, by podczas naszej nieobecności odebrał go z warsztatu. Zmieniali nam opony.
- Nie omieszkaliśmy w ogóle o nim zapomnieć. Dopiero dzisiaj nam przypomniał – dodał Michael, rozkładając się bardziej na kanapie.
- Jedź ostrożnie i się nie zgub – powiedział Luke, wpatrując się we mnie. – I nie rób takiej miny. Nadal masz status nowej w Londynie – dodał, kiedy przekręciłam oczami.
- Niedługo wrócę. Robert, pilnuj chłopaków.
- Bede – skwitował mały, jakby to była oczywista rzecz. – Beda dżeczni.

***
              Wyszedł na zewnątrz, patrząc na małego chłopca, który dreptał tuż przed nim. Robert ukucnął, przejeżdżając dłonią po mokrej trawie. Odwrócił się do niego, a Luke uśmiechnął się pod nosem. Jego mała kopia od razu odpowiedziała tym samym. Następnie spojrzał na ogrodowe meble, a jego błękitne oczy zrobiły się większe.
- Mam! – krzyknął zadowolony, pędząc w stronę leżaków. Na jednym z nich znajdował się mokry pluszak.
- Ej, Robert! Zwolnij, bo się poślizgniesz! – zawołał za nim Luke, idąc pospiesznie w stronę syna.
               Zdążył tylko to powiedzieć, a nóżki chłopca rozjechały się na mokrej trawie. Hemmings widział to wszystko, jak w zwolnionym tempie. Robert przechylił się na bok, nie mogąc złapać równowagi. Zdołał się jednak przekrzywić, aby w ostateczności paść na pupę, a potem na plecy, zaliczając bliskie spotkanie z podłożem. Jego nogi jeszcze przez moment dyndały w powietrzu, by w ostateczności uderzyć o ziemię. Blondyn pokręcił głową, zatrzymując się przy dziecku.
- Co tata mówił?
- Wolniej – powiedział z dołu, Robert.
- Wszystko w porządku? – zapytał Luke, przyglądając się synkowi. Pomógł mu wstać, a następnie obejrzał go dokładnie z każdej strony. – Nie uderzyłeś się w głowę?
- Nie. Nie bolało tak moco.
- Nogi i ręce całe? – dopytał, przejeżdżając palcami przez jego blond czuprynę.
- Tak.
- To teraz idź powoli po pingwina.
- To tata piłałalin – skwitował Robert, idąc w stronę leżaka. Luke zauważył, jak ostrożnie stawia kolejne kroki. Złapał za zabawkę, odwracając się do ojca. – Jest mory.
- Jaki?
- Mory.
- Mokry?
- Tak. Pacz – dodał Robert, machając pluszowym zwierzakiem. Wyciekła z niego odrobina wody, która kapnęła mu na ubranie. – Co tera?
- Wysuszymy go. Chodź. – Wyciągnął dłoń w stronę chłopca. Poczekał, aż synek do niego podejdzie, by w końcu chwycić jego drobną rączkę.
- To tata piłalin – powtórzył Robert, dając się prowadzić Luke'owi w stronę drzwi.
- Dlaczego to tata?
- Bo jest duży, jak ty, tato – rzucił rozbawiony malec. – Jesteś duży. – Weszli do środka.
- Znalazłeś swojego drugiego pingwina? – zapytał Michael, trzymając w dłoni jego ulubionego pluszaka.
- Jest mory – powiedział poważnym tonem, Robert. – Ale tata zrobi, by nie był.
- Mikey – zaczął Luke, drapiąc się po głowie. – Umiesz włączać suszarkę?
- Ash! – krzyknął Clifford, odwracając się w stronę schodów. – Ash! Sprawa jest! – Wyciągnął rękę do Roberta. – Daj pingwina. – Mały bez protestów podał mu mokrą maskotkę.
- Co znowu? Pali się czy jak? – rzucił Irwin, schodząc po schodach.
- Ty, jako jedyny opanowałeś w tym domu włączanie suszarki, więc wysusz misia – powiedział Michael, a następnie zamachnął się.
              Ashton podskoczył, kiedy mokra piguła uderzyła go w klatkę piersiową. W ostatniej chwili zdołał złapać pluszowego pingwina, który teraz był dwa razy cięższy. I do tego koszmarnie się lepił. Skrzywił się, ale widząc uśmiechniętą buzię małego Hemmingsa, sam zaczął się uśmiechać. Złapał zabawkę za głowę, odklejając jednocześnie koszulkę od ciała. Miejsce, w które trafił go pingwin, zrobiło się nieprzyjemnie wilgotne.
- Dzięki – odparł zadowolony z siebie, Mikey. – I po sprawie. Wujek Ashton zajmie się problemem mokrego misia.
- Wuja ratuje piłalina.
- Wuja obrońca pluszowych zwierząt – pociągnął Clifford, zezując na kumpla. Ashton zmrużył na niego oczy. – Nasz bohater. – Irwin niewiele myśląc pokazał mu środkowy palce. Luke szybko zasłonił oczy Robertowi.
- Nie przy nim! – warknął blondyn. – Będzie powtarzał. A, jak zobaczy to Em, to wiecie na kogo spadnie wina?
- Tato! Tato! Co pokazał?! Co pokazał?!
- Nic takiego, kochanie – odpowiedział Hemmings, biorąc małego na ręce. Michael nie wytrzymał i zaczął chichotać, wciskając twarz w poduszkę. – Wujek Ashton pokazał bardzo brzydko.
- Nie lubi wuja Mikiego?
- Lubię go lubię, choć mam ochotę włożyć mu łeb do pralki – skwitował z uśmiechem Ash.
- Tato. – Luke odwrócił się w stronę synka, który pociągnął go za ucho, by zwrócić na siebie uwagę.
- Tak, Mistrzu?
- Wiem, co robił wuja Ashti.
- Co zrobił?
- Pokazałał to, co kiedyś pokazałała ci mama, jak mówiłeś, że nie umnie jechać autem. – Clifford nie wytrzymał i po raz kolejny parsknął śmiechem. Luke zacisnął mocniej usta, pozostawiając to bez komentarza. 

***
             Zanim wyszłam z dużego marketu, spojrzałam w szare niebo. Na szczęście nadal nie padało, więc miałam nadzieję, że tak zostanie do końca. Postawiłam siatki, by szczelniej opatulić się chustą. Nie chciałam, aby mnie przewiało. Bo może deszczu nie było, ale wiatr nadal był obecny i dość mocno dawał o sobie znać.
             Złapałam za zakupy i wyszłam na zewnątrz. Wynurzyłam się spod daszku, rozglądając się w poszukiwaniu czarnego samochodu. Nie zaparkowałam daleko, więc szybko go odnalazłam. Powoli ruszyłam w jego stronę, mijając się z grupką roześmianych dziewczyn.
- Ty jesteś Emily?!
              Drgnęłam, momentalnie się zatrzymując. Powoli, niczym w zwolnionym tempie, odwróciłam się w stronę nieznajomych. Cała czwórka zmierzyła mnie dokładnie wzrokiem. Oderwałam od nich oczy, chcąc ruszyć dalej, ale czarnowłosa odezwała się ponownie.
- Od Luke'a? Luke'a Hemmingsa? – Przyjrzała się mi uważniej, a pod jej nosem wymalował się uśmiech. – To naprawdę ty!
- Miłego dnia wam życzę – rzuciłam z uśmiechem pierwsze, co przyszło mi do głowy.
- Mieszkasz tu? Wprowadziłaś się do Luke'a na stałe? – pociągnęła druga.
- Nie…
- Widzieliśmy twoje zdjęcia z wczoraj. Nie powinnaś przeszkadzać im w pracy i w spotkaniu z fanami.
- Co, proszę? Nic nie zrobiłam?
- Lecisz na jego kasę! Złapałaś go na dziecko! – dodała rozbawiona blondynka. – Typowe. To widać.
- Nie mam zamiaru z wami rozmawiać – rzuciłam, odwracając się na pięcie.
- Prawda boli, co? Mam nadzieję, że Luke w końcu przejrzy na oczy i kopnie cię w dupę! Zasługuje na kogoś lepszego! Zasługuje…
              Nie usłyszałam dalszej części, bo byłam blisko samochodu. Pospiesznie wrzuciłam siatki na tylne siedzenie, a następnie sama wskoczyłam do auta. To spowodowało, że słowa blondynki ucięły się. Wyciągnęłam szybko kluczki, a następnie próbowałam ulokować je w stacyjce. Ręce zaczęły mi się trząść, więc dopiero za trzecim razem trafiłam w otwór. Odpaliłam silnik i ruszyłam z parkingu, chcąc się odciąć od tego, co się na nim stało. Żadną przyjemnością było wysłuchiwanie tego typu komentarzy. Mimo, że w jakiś sposób byłam do nich przyzwyczajona, to jednak pierwszy raz, ktoś powiedział mi to prosto w twarz. A to bolało. Jeszcze bardziej, niż wszystko to, co wypisywane było w internecie.
             W połowie drogi, zatrzymałam się na parkingu przy stacji benzynowej. Wzięłam głębszy oddech, po raz kolejny analizując spotkanie z fankami 5 Seconds of Summer. Zagryzłam wargę. Złapałam za torebkę, a następnie zanurkowałam do jej wnętrza. W końcu udało mi się odnaleźć telefon. Odblokowałam go i weszłam na Twittera, a potem także na Facebooka. Nie byłam zdziwiona tym, że w sieci pojawiły się zdjęcia, a także jeden filmik z wczoraj, kiedy to opuszczaliśmy studio nagraniowe. Przyzwyczaiłam się, że takie rzeczy szybko rozprzestrzeniając się w wirtualnej rzeczywistości. W większości i tak fotografie przedstawiały chłopaków, ale i ja znalazłam się na kilku z nich. O dziwo, nie było tam zbyt wiele negatywnych komentarzy. Znikały one w tłumie pozytywnych opinii, które kierowały się na zespół i Roberta. Mimo tego i tak wyłapałam standardowe formułki – złapałaś go na dziecko, chcesz tylko jego kasy, chcesz go wykorzystać i zdobyć sławę. Przekręciłam oczami, blokując urządzenie. Wrzuciłam niedbale telefon do torby, odkładając ją z powrotem na siedzenie obok. Oparłam się czołem o kierownicę. Wzięłam jeden głębszy wdech, a potem kolejny. Zignoruj to. Po prostu to zignoruj.

              Weszłam do domu, a obok mnie od razu pojawił się Robert. Wleciał w moje nogi, odbijając się od nich, ale na szczęście złapał równowagę i się nie przewrócił. Chciał mi pomóc w zaniesieniu do kuchni zakupów, więc dałam mu najlżejszą siatkę z pieczywem. Mały blondynek z szerokim uśmiechem podreptał do pomieszczenia obok, informując wszystkich, że on pomaga mamie. Ruszyłam za nim.
- Co ty masz taką minę? – zapytał Luke, zatrzymując mnie w połowie drogi. Wziął ode mnie resztę zakupów.
- Jaką?
- Coś się stało?
- Nie – skłamałam szybko. Naprawdę nie chciałam mu mówić o spotkaniu z fankami. Nie chciałam go martwić. Wolałam to zachować dla siebie i szybko o tym zapomnieć. Najlepiej od razu. – Trochę się zmachałam – dodałam, kiedy błękitne oczy chłopaka dokładnie mi się przyglądały.
- Opanowałaś nasz duży wóz? – odezwał się ze śmiechem, Calum.
- Nie jestem takim patałachem, jeśli chodzi kierowanie. Często brałam samochód od taty, a jego auto do małych nie należy – pociągnęłam, ściągając cienki czarny płaszcz. Wróciłam do holu, aby go powiesić.
- Wpadnie do nas dzisiaj Natalie – poinformował mnie Irwin.
- Super. Damskie towarzystwo mi się przyda.
- Źle ci z nami? – rzucił urażonym tonem, Michael.
- Skąd… Oczywiście, że nie – powiedziałam szybko, podchodząc do sofy, na której siedział. 
              Zmierzwiłam mu włosy, na co warknął pod nosem niezadowolony. Zauważyłam na stoliku kolorowe rysunki, które musiały należeć, do któregoś z chłopaków i typowe dziecięce bazgroły wykonane przez Roberta. Uśmiechnęłam się, ciesząc się z tego, że chłopaki zajęli go taką zabawą.
- Psujesz mi fryzurę – mruknął, zaciskając usta.
- Fryzurę? – odparł Luke, patrząc na niego, jak na kosmitę. – Wyglądasz, jakbyś dopiero wstał z łóżka.
- To jest fryzura! Specjalnie tak wystylizowana!
- A może po porostu twoje włosy dzisiaj nie widziały grzebienia? – powiedział rozbawiony Hood.
- Pieprz się.
- O! Wuja Miki powiedział brzydko! – krzyknął Robert, zasłaniając sobie usta dłonią. – Nie łanie – dodał, machając na niego palcem. – Nie wolno tak mówiać.
- Dorosłym wolno – pociągnął Michael.
- Ale to brzydko.
- Wujek jest brzydki, więc może mówić brzydko – skwitował ze śmiechem, Clifford. Robert podszedł do niego, a następnie wdrapał się na jego kolana. Objął go ramionami i cmoknął w policzek.
- Jesteś łany. Kocham cię.
- Najlepszy wuja w mieście? – Obaj zaśmiali się. – Namalujemy jeszcze coś razem?
- Piłalina.
- Dobra, nie ma sprawy. W sumie twój ojciec jest podobny do pingwina…
- Wal się, Mikey – mruknął urażony, Luke.
              Już chciałam zacząć się śmiać, ale blondyn zmrużył na mnie oczy, więc wstrzymałam oddech, udając powagę. Hemmings odwrócił się i ruszył z siatkami do kuchni. Poszłam za nim, jednak wchodząc do środka usłyszałam komentarz Caluma, który sprawił, że zaczęłam się śmiać razem z pozostałymi osobami, które zostały w salonie.
- Raczej do żyrafy połączonej z bagietką. Żyrafobietka, czyli Huke Lemmings!

               Kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, Ashton pędem ruszył w stronę holu, aby wpuścić Natalie. Nie był sam, bo zaraz za nim pobiegł Robert, ciekawy tego, kto do nas przyszedł. Usłyszałam, jak grzecznie się z nią przywitał, a potem wrócił do salonu, niesiony na rękach perkusisty. 
               Niemalże jęknęłam na głos, kiedy zza pleców Natalie wyłoniła się Amber. Dziewczyna skrzywiła się na mój widok, jednak ta jej zniesmaczona mina zniknęła, kiedy jej brązowe oczy natrafiły na Caluma i Luke'a.
- Cześć – rzuciłam, bardziej do blondynki, niż do jej koleżanki.
- Hej, Emily – odpowiedziała Natalie z uśmiechem.
- Coś do picia?
- Kawy – odpowiedziała szybko Amber, siadając na sofie obok Hooda.
- Pomogę ci – zaoferowała się blondynka. Już chciałam się odezwać, ale dziewczyna machnęła na mnie ręką, by wepchnąć mnie do kuchni. – Bez gadania. Pomogę ci. Jest nas dużo.
- Dzięki – rzuciłam ze śmiechem, nastawiając wodę.
               Pogoda w Londynie zmieniła się diametralnie i pod ulewie i sporych zachmurzeniach, nie było śladu. Skorzystaliśmy z tego i postanowiliśmy posiedzieć na zewnątrz. Szczególnie, że po deszczu było przyjemnie i rześko. Do tego wyszło słońce, które lekko grzało, choć nie było gorąco.
               Ja i Natalie zrobiliśmy kilka rund, aby przynieść do ogrodu kawy dla wszystkich. Prawie wszystkich, bo Luke i Calum zażyczyli sobie cole. Dodałam do tego zestawu kupione dzisiaj ciasto, ciasteczka, cukierki i słone przekąski. Chłopaki, zaś ówcześnie przetarli wszystkie meble, więc mieliśmy gdzie siedzieć.
               Spojrzałam na Luke'a. Trzymał na kolanach Roberta, który zajadał się herbatnikami. Blondyn zaśmiał się, wycierając mu buzię ubrudzoną od czekolady. Mały z zaciekawieniem przyglądał się zgromadzonej grupie, uśmiechając się pod nosem. W końcu znudzony naszymi rozmowami, zaczął trochę marudzić, ale Luke szybko zajął go prostą gierką dla dzieci, którą miał w swoim telefonie. Dzięki temu mogliśmy skupić się na poruszonym temacie. Mianowicie Ashton i Calum wspólnie wpadli na pomysł, aby wybrać się, w jakąś sobotę na imprezę.
- To dobry pomysł. Dawno nigdzie nie wychodziliśmy – pociągnął Mulat, kiwając lekko głową.
- Musisz koniecznie iść z nami – powiedziała z uśmiechem, Natalie.
- Luke z wami pójdzie – odparłam, a blondyn od razu skupił na mnie swoje błękitne oczy. – Co? Będziesz reprezentować naszą dwójkę.
- Mieliśmy iść na imprezę wszyscy – rzucił Michael, wsuwając kolejny kawałek ciasta. – Wszyscy, jasne?
- A kto zostanie z Robertem?
- Załatwimy mu nianię na tą jedną noc – skwitował Ashton.
- Widzę, że wszystko sobie przemyślałeś.
- W sumie ten pomysł podsunęła mi Natalie – dodał ze śmiechem, patrząc na blondynkę. – Powiedziała, że jedna z jej koleżanek studiuje pedagogikę i dorabia sobie, jako niania. My też możemy skorzystać z niani.
- To dobre rozwiązanie – poprał go Luke, a następnie zerknął na Roberta. Mały nie odrywał wzroku od ekranu komórki. – Zostaniesz z nianią, kiedy tata i mama pójdą balować?
- Idealne podejście – rzuciłam, przekręcając oczami. Usłyszałam ciche prychnięcie Amber. Zresztą, nie tylko ja, bo Clifford obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. Nie wnikałam. Im mniej kłótni, tym lepiej.
- Na tańce? – wydusił z siebie Robert. – Będziasz tańczyć?
- Tata z mamą. Co ty na to, Mistrzu? Puścisz staruszków, aby mogli się wyszaleć?
- Tak – rzucił Robert, a następnie znów skoncentrował się na grze.
- I po sprawie – skwitował Luke, łapiąc za szklankę z napojem. – Nasz syn nie ma nic przeciwko, by zostać z nianią.
- Moglibyśmy iść do tego klubu w centrum – powiedział Hood. – Jak on się nazywał…
- Blue Rock? – wtrącił Ashton.
- Chyba tak. Byliśmy tam kiedyś z chłopakami z One Direction – pociągnął Mulat, kiwając głową.
- Ale… Tam trzeba być na liście, bo oni nie wpuszczają od tak ludzi z zewnątrz. Chyba, że jesteś kimś znanym i... - zaczęła Natalie.
- Myślę, że jako 5 Seconds of Summer jesteśmy dość znani, by sobie tam wejść bez całej tej listy – oznajmił zadowolony, Mikey.
- A wy idziecie z nami, więc problemów nie będzie – dodał Ashton. 
             Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc, w jakiś sposób ta dwójka na siebie patrzy. Naprawdę do siebie pasowali i nikt mi nie wmówi tego, że jest inaczej. Stworzyliby świetną parę. Szkoda tylko, że jedno i drugie nadal uważa, że ich relacja jest na poziomie przyjaźni. Jak tak dalej pójdzie, to Irwinowi ktoś w końcu zwędzi Natalie sprzed nosa.

***
              Wbiegł do salonu, szybko się rozglądając. Zajrzał za kanapę, ale nikogo tam nie było. Obszedł dokładnie stół. Dopiero po chwili jego błękitne oczy natrafiły na plik kolorowych rysunków. Złapał za nie, ponownie szukając wujka Michaela. Mały chłopiec zaczął się zastanawiać, gdzie on zniknął, skoro niedawno wszedł do środka.
              Usłyszał szmer dochodzący z kuchni. Uśmiechnął się, a małe dłonie mocniej zacisnęły się na kolorowych obrazkach, które tworzył razem z wujkiem Mikim. Ruszył do pomieszczenia obok, wabionych hałasami. Ktoś krzątał się przy blacie. Dopiero kiedy Robert dostrzegł damską sylwetkę, zatrzymał się, nie odrywając jasnych tęczówek od ciemnowłosej dziewczyny. Spuścił lekko głowę, kiedy Amber odwróciła się.
- Co jest? – zapytała szybko, przekręcając oczami. – Czego chcesz, dzieciaku?
- Cesz popaczeć na rysunki? Z wujem Mikim zrobiliśmy.
- Wiesz co, mały – odparła, łapiąc za szklankę. Podeszła do niego, a następnie nachyliła się. – W dupie mam twoje i Clifforda rysunki – syknęła cicho. Jej wzrok powędrował nad jego głowę, a następnie ponownie skupiła się na nim, wiedząc, że niema tu nikogo innego w pobliżu. – Odczep się, mały gnojku. Jesteś, tylko irytującym dzieciakiem, który plącze się wszystkim pod nogami.
- Nie lubiasz mnie? – zapytał cichutko.
- Nie.
- Dlaczemu?
                Wyciągnął rączkę, chcąc ją złapać za dłoń. Jednak Amber była szybsza. Odsunęła się, odpychając go od siebie. Mimo, że nie zrobiła tego mocno, Robert zachwiał się, wpadając na szafkę, która znajdowała się tuż za jego plecami. Spojrzał na nią z nieukrywanym strachem. Pierwszy raz, jakiś dorosły zareagował tak w stosunku do niego i Robert nie wiedział, jak powinien się zachować. Przełknął łzy, które zgromadziły się w jego oczach. Bał się tego, że jak się rozpłacze, to Amber zrobi to jeszcze raz.
- Nie udawaj, że cię to bolało – mruknęła, kręcąc głową. - Sam na nią wpadłeś, dzieciaku. A teraz przestań się mazać i daj nam wszystkim święty spokój. – Następnie wyprostowała się i ruszyła w stronę wejścia do ogrodu.
               Usta Roberta wygięły się w podkówkę. Odwrócił się, by dostrzec, jak Amber znika mu z pola widzenia. Po jego dziecięcych policzkach spłynęły słone łzy. Oddech zmienił się w płytszy, bardziej spazmatyczny. Nadal odczuwał strach. Bał się zawołać mamę i tatę, którzy siedzą w ogrodzie. Bał się zapłakać głośniej. Zdenerwował koleżankę wujków i rodziców, choć wcale nie chciał. Bał się tego, że będą z tego powodu na niego krzyczeć, a on nie lubił, jak dorośli krzyczeli. Nie lubił, gdy byli na niego źli.

***
                Zszedł na dół, niosąc w rękach ładowarkę. Zatrzymał się przy stole, biorąc swoją komórkę do ręki. Połączył go z kablem, a następnie włączył do prądu. Wyprostował się, słysząc dochodzące z ogrodu głosy. Jednak coś było nie tak. Wśród nich wyłapał ciche dziecięce chlipanie. Raptownie odwrócił się, szukając wzrokiem chłopca, który musiał być gdzieś blisko.
               W końcu zauważył, jak Robert wychyla się zza szafki w kuchni. Błękitne oczy spojrzały wprost na niego, a z ich kącików wypłynęły kolejne krople dużych łez. Blondynek przycisnął rączki do powiek, szlochając cichutko, jakby nie chciał, by ktokolwiek go widział. Michael od razu zaniepokoił się zachowaniem trzylatka. Robert był dzieckiem, które naprawdę rzadko płakało.
- Co się stało, mały? – zapytał, idąc w jego kierunku. Robert zniknął zza szafką. Michael wychylił się, by lepiej go widzieć. Zupełnie mu się to nie podobało. – Chodź do wujka.
               Wyciągnął w jego stronę dłoń, jednocześnie kucając tuż przed nim. Widział w jego oczach zawahanie. W końcu jednak Robert podszedł do niego, a Michael od razu objął go ramionami. Podniósł go, czując, jak mały wtula się w jego ciało. Zatrząsł się i rozpłakał jeszcze bardziej. Teraz robiąc to zdecydowanie głośniej, niż wcześniej.
- Słodziaku, powiesz, co się stało?
- Co jest?
              Michael odwrócił się, widząc wchodzącego do salonu Luke'a. Hemmings szybko przeszedł do kuchni, patrząc z niepokojem na swojego syna. Jak tylko Robert usłyszał jego głos, odwrócił się, wyciągając ku niemu rączki. Michael podał mu dziecko, a mały od razu wcisnął się w szerokie ramiona swojego ojca.
- Nie mam pojęcia, co się stało – powiedział Clifford, zerkając na chłopca. – Tak go znalazłem.
- Ej, kochanie – zaczął spokojnym głosem, Luke. Zaczął gładzić go po plecach, próbując tym uspokoić swojego syna. – Powiesz tacie, czemu płaczesz?
- Może jest zmęczony? – rzucił Michael. Obaj spojrzeli w stronę zegara, który wisiał w kuchni. Było po ósmej.
- Twoja pora, Mistrzu – pociągnął Luke. – Położę go.
- Jasne.
- Idziemy się kąpać? – Robert, tylko pokiwał głową. Słone łzy nadal moczyły czarną koszulkę Hemmingsa. – To idziemy.
- Dobranoc, mały – rzucił Michael, przejeżdżając dłonią po jego blond włosach. Następnie ruszył w stronę wejścia do ogrodu.
              Luke spojrzał na synka, w dalszym ciągu gładząc go po jego plecach. Objął go mocniej, a potem poszedł w stronę schodów. Wszedł na górę. Zatrzymał się w jego pokoju, by usiąść z nim na łóżku. Posadził go na kolanach, nadal pozwalając mu wciskać twarz w materiał bluzki, której kurczowo się trzymał.
- Robert – powiedział cicho i spokojnie, aby tylko nie pogorszyć stanu, w jakim się znajdował chłopiec. – Powiesz tacie, dlaczego płaczesz?
- Bajałem się – wydusił z siebie.
- Czemu się bałeś?
- Uderzyłem się – pociągnął, łkając.
- Gdzie? – Robert pokazał na tył głowy. Luke od razu delikatnie zaczął przesuwać po niej dłonią.
- Boli cię?
- Nie.
- Wystraszyłeś się, tak? - Cicho przytaknął, pociągając jednocześnie nosem. Luke pocałował go w czoło, przetrzymując usta przy skórze dziecka na dłużej. Ponownie owinął ramiona wokół synka, lekko go kołysząc.
- Już jest lepiej? – wyszeptał Luke.
- Tak – wychrypiał malec.
- To już nie płaczemy, bo nic złego się nie dzieje, okej?
- Kej.
- Pójdziemy się wykąpać, a potem wybierzemy, jakąś fajną książkę do czytania.
- Stajesz tu ze mną?
- Oczywiście, że zostanę – powiedział z uśmiechem.

***
              Weszłam do pokoju. Luke już leżał w łóżku, choć jeszcze nie spał. Jego wzrok dokładnie śledził ekran telefonu, który trzymał w dłoni. Nie mogąc się powstrzymać, szeroko ziewnęłam. Usłyszałam jego cichy śmiech. Uśmiechnęłam się pod nosem, zrzucając z nóg klapki. Następnie wskoczyłam na materac.
               Przybliżyłam się, znajdując się tuż nad nim. Błękitne oczy spojrzały wprost na mnie. On również się uśmiechnął. Nie czekając dłużej, połączyłam nas w spokojnym i krótkim pocałunku. Luke pokręcił nosem, zapewne licząc na dłuższe zbliżenie. Ja jednak byłam wyczerpana tym całym dniem. Wcisnęłam się w jego ciepłe ciało, przerzucając rękę przez jego pas. Hemmings niemalże natychmiast objął mnie ramieniem.
- Co się stało Robertowi?
- Nie mam pojęcia. Pierwszy raz nie przybiegł z płaczem, gdy coś sobie zrobił – odpowiedział Luke. – Powiedział, że się bał.
- Nigdy tak nie robił.
- Powiedziałem mu przed zaśnięciem, że ma przychodzić do nas, gdy dzieje się coś złego. A wiesz, co on mi odpowiedział? – Pokręciłam głową, unosząc się lekko, by móc na niego spojrzeć. – Powiedział, że nie chciał, byśmy byli na niego źli.
- Przeskrobał coś?
- Nie wydaje mi się. Michael dokładnie sprawdził kuchnię i salon i nie zobaczył niczego, co mógłby zbroić.
- Może to taka jednorazowa sytuacja.
- Oby. Będę miał na niego oko.
- Nie tylko ty. 


***
Fala hejtu na Amber za trzy, dwa, jeden... Na szczęście Luke'owi udało się uspokoić małego. Wujek Michael nadal pokazuje swoje umiejętności w opiece nad dzieckiem - nawet z nim porysował :D Pojawiła się też mała mieszanina perspektyw, ale myślę, że była do ogarnięcia :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze!

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau

Nie będzie dopisku "w następnym odcinku", bo nie mam dokończonego kolejnego rozdziału.

Pozdrawiam i do następnego wtorku :)


12 komentarzy:

  1. Oj tak zgadzam sie suka z niej nie rozumiem jak mozna tak traktowac male niewinne dziecko. Cos czuje ze jeszcze namiesza. Ciekawe czy Robert sie przyzna ze Amber go popchnela.
    Czekam z niecierpliwoscia na kolejny
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale się Wam nie dziwię, czemu tak o niej myślicie. Przegięła, to fakt.
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Oj, tak popieram dziewczyny wyżej, Amber to suka do kwadratu, jak mogła coś takiego zrobić małemu dziecku, które nic jej nie zrobiło. Mam ochotę strzelić ją prosto w ten jej parszywy ryj. Te faneczki też są od siedmiu boleści. Em nie robi nic złego, nienwychyla się, nie żeruje na nim a one pieprzą takie rzeczy. Uwielbiam czytać scenki Roberta z Lukiem lub chłopakami;)
    Świetny rozdział, dużo się działo :) czekam na kolejny :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało :) Fakt, ona bardzo przegięła. Fanki w stosunku do Em też nie były w porządku.
      A wiedz, że mi się te scenki Luka, Roberta i chłopaków też przyjemnie pisze :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Już sobie wyobrażam co zrobi Luke jak dowie się co Ameber zrobiła małemu .
    Może tak dwa rozdziały w tygodniu ? xd czekanie 7 dni boli :(
    Twoje opowiadanie wyróznia się pośród innych podobnej tematyki. Wspaniale opisujesz zachowania i gesty charakterysyczne dla dziecka w określonym wieku. Gdy czytam, że dziecko w wieku 1 roku płynnie mówi albo umie juz super chodzic to krew mnie zalewa... U Cb tego nie ma ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie wyrobiłabym się z pisaniem na dwa razy w tygodniu :) Ostatnio ciężko u mnie z czasem i piszę wszystko praktycznie na styk - a nie chcę zaniedbać innych historii :)
      Super, cieszę się. Całość "opisu" zachowania dziecka biorę z obserwacji dzieciaków u mnie w rodzinie. Nie, no... serio,nieraz aż tak płyną z wizją dziecka idealnego? Raczej nie spotkałam się z tym, by roczniak płynnie mówił XD
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Chciababtm zobaczyć więcej akcji z Amber, o tego jak wszyscy się dowiadują jaką to jest....
    Bardzo mi się podobał rozdział, czekam na dalsze losy naszych bohaterów.
    Nie masz może chęci zrobić nam maraton?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może Amber jeszcze coś odwali :) Jak na razie to z chłopaków Michael ma do niej bardzo duży dystans i ledwo ją toleruje.
      Jaki maraton, bo nie za bardzo wiem, o co chodzi?
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Wredna małpa! Biedny Robert. Jakby powiedział komuś co tak naprawdę się stało to byłoby super, a Amber nie byłaby u nich gościem w domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młody był po prostu za bardzo przestraszony, by w takim stanie coś powiedzieć. Myślę jednak, że jakby się wygadał, to Amber miała by przekichane po całości :)
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń