wtorek, 12 kwietnia 2016

S2 - Rozdział 5

            Wyłączył budzik i przekręcił się na plecy. Jeszcze przez chwilę chciał poleżeć w ciszy i spokoju, aby zebrać w sobie energię, której będzie potrzebował w studio. Dzisiaj, bowiem znów musieli ruszyć do pracy, aby dokończyć rozpoczęte piosenki, które napisali na nową płytę. W większości trzeba było je dopracować pod kątem muzycznym, bo teksty przemaglowane były już tak wiele razy, że postanowili już więcej ich nie zmieniać.
             Usłyszał otwierające się drzwi. Na korytarzu rozległ się cichy śmiech Irwina. Zamknął oczy, słysząc małe kroczki, które skradały się w stronę jego łóżka. Rozchylił jedną powiekę, by rzucić okiem na małego blondyna wchodzącego na materac. Dostrzegł czarną koszulkę z logo The Rolling Stones, którą miał na sobie.
- Wuja? Wuja, Cal?
- Co tam, szkrabie?
- Śpiasz?
- Już nie. – Spojrzał na małego, który uśmiechnął się do niego szeroko. Mulat odpowiedział tym samym, a potem cicho zaśmiał się pod nosem, gdy mała dłoń przejechała po jego policzku.
- Dobry dzień?
- Może będzie dobry.
- Tulić cie na dobry dzień?
- Przytul. - Robert zaśmiał się i rzucił się w jego ramiona, dociskając głowę do jego klatki piersiowej. Małe rączki owinęły się wokół jego szyi.
- Nie będziesz pakać?
- Czemu miałbym płakać?
- Nie ce byś był smutny.
- Nie jestem smutny.
- Nie?
- Nie. – Robert podniósł głowę, ponownie uśmiechając się szeroko. Usiadł na jego brzuchu, bawiąc się ciemnymi włosami Caluma. – Jak mam być smutny, skoro mam taką miłą pobudkę?
- Cesz paczać ze mną na Cliffo? Możesz ze mną paczać.
- Muszę najpierw się ubrać.
- No, musisz. Jesteś golas.
- Nie jestem, nie mam tylko koszulki.
- A gacie masz? – zapytał Robert, pukając ręką w pościel.
- Mam – rzucił ze śmiechem Hood.

***
              Wsadziłam do tostera kolejne przygotowane kanapki. Zamknęłam go, odwracając się w stronę stołu. Spojrzałam szybko na osoby przy nim siedzące, zdając sobie sprawę, że brakuje dwóch panów do całościowego kompletu męskiej zgrai. Michael siedział ledwo przytomny, powoli jedząc zimnego już tosta. Luke i Ashton byli bardziej rozbudzeni. Ale jeden i drugi był przyzwyczajony do wcześniejszego wstawania.
- Gdzie Robert? – zapytałam, nie odrywając od nich oczu. Blondyn podniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Nie tutaj.
- Brawo, tatuśku, idealny tekst – rzuciłam, przekręcając oczami.
- Z Calumem u góry – odparł Ashton, popijając kawę.
- To jest dobra odpowiedź – pociągnęłam, machając na Hemmingsa palcem.
- Z Calumem u góry – powtórzył niewinnym tonem Luke. Przekręciłam oczami, wracając do robienia śniadania.
- Czołem ludzie!
             Niemalże podskoczyłam w miejscu, kiedy Hood rozdarł się na całe gardło. Zerknęłam na niego. Mulat uśmiechnął się szeroko, siadając na wolnym krześle. Usadowił na kolanach zadowolonego Roberta, a następnie przysunął w swoją stronę talerz z ciepłymi tostami.
- Taką obsługę to ja rozumiem. Em, powinnaś mieszkać z nami od początku – skwitował Hood.
- Nie przyzwyczajaj się tak – rzuciłam, wyciągając kolejne gorące tosty. – O której dzisiaj wracacie?
- Pewnie skończymy pod wieczór. Zawsze po przerwie schodzi nam nieco dłużej – poinformował mnie Hemmings. – Mam nadzieję, że nie będziesz się nudzić.
- Nie. Dzisiaj ja i Robert idziemy na wycieczkę na miasto i…
- Nie zgub się i nie gadaj z obcymi – wtrącił Luke. Ashton zmarszczył czoło, patrząc na kumpla z niedowierzaniem. Michael ocknął się, odwracając głowę w jego stronę.
- Ty tak serio?
- To kwestia bezpieczeństwa. Nie znasz miasta i pod opieką masz moje dziecko, więc…
- Może ktoś go za mnie walnąć? Będę wdzięczna.
- Spadaj! – krzyknął Luke, kiedy Calum wystawił rękę, by go uderzyć. Robert pisnął i zaniósł się śmiechem. – Nie ucz go tak!
- Tata jest zły – skwitował mały, kiwając głową. – Czemu zły?
- Nie jestem zły, kochanie.
- Nie?
- Nie, nie jestem – powiedział, nachylając się w stronę syna. Pocałował go w czoło, a potem zmierzwił mu włosy na głowie. – Będziesz dzisiaj grzeczny?
- Będę.

               Pogoda była całkiem niezła, jak na Londyn. Słońce przyjemnie świeciło, choć nie było tak gorąco, jak w Sydney. Od czasu do czasu powiewał chłodniejszy wiatr, ale nie był on, aż tak mocno odczuwalny. Wychodząc z Robertem nie miałam określonego celu podróży. Po prostu postanowiłam się z małym przejść i zobaczyć, co takiego mamy wokół naszego domu. Może odbijemy odrobinę w stronę centrum? Nie musiałam od razu zmieniać się w turystkę pełną gębą, bo jeszcze będę mieć okazję, by zobaczyć te najbardziej ciekawe miejsca.
              Trzymałam Roberta za rękę, kiedy szliśmy spacerkiem po równym chodniku. Mijaliśmy małe i duże domy, ogrodzone przeważnie wysokimi metalowymi płotami. Mały z zaciekawieniem rozglądał się na boki, co jakiś czas trącając palcami mijające żywopłoty.
               W końcu po lewej stronie dostrzegłam park. Postanowiłam tam zajrzeć. Być może znajdę, jakiś plac zabaw, na którym Robert będzie mógł się trochę wyszaleć. Weszliśmy na deptak ułożony z czerwonej kostki brukowej. Mały puścił moją rękę, skacząc między liniami. Śmiał się cicho pod nosem, jakby była to jedna z fajniejszych zabaw.
               Po jakiś dziesięciu minutach wyrósł przed nami dość sporych rozmiarów drewniany plac zabaw. Robert od razu chciał tam iść. Pociągnął mnie w jego stronę, a ja grzecznie dałam mu się prowadzić. Zaczął od huśtawki, która znajdowała się najbliżej. Wiedziałam jednak, że będzie chciał skorzystać też ze zjeżdżalni i mostku. Była przekonana, że zechce również wdrapać się po drabinkach, a ja będę musiała go trzymać i asekurować na każdym kroku, by nie spadł.
- Mamo.
- Słucham, kochanie?
- Pobujać cie też?
- Ty mnie?
- No? Cesz?
- Może następnym razem. Dzisiaj mama buja ciebie. 
              Robert pokiwał głową, a potem zaśmiał się głośno, gdy zaczęłam go łaskotać. Musiałam go przetrzymać, by nie fiknął mi do tyłu. Miałam to jednak tak opanowane, że nie było możliwości, by spadł z huśtawki.
- Emily?
              Zatrzymałam huśtawkę, kiedy usłyszałam znany damski głos. Odwróciłam się do uśmiechniętej blondynki. Dziewczyna ruszyła w moją stronę, przetrzymując jedną ręką kolorową torbę, która dyndała jej na ramieniu.
- Nie byłam do końca pewna, czy to faktycznie ty – zaczęła, zatrzymując się przy huśtawce. – Cześć, mały.
- Cześć – rzucił z uśmiechem Robert.
- Pamiętasz mnie?
- Tak – odpowiedział, podskakując na siedząco.
- Poznajesz uroki Londynu? – zapytała, wracając do mnie.
- Można tak powiedzieć. Zaczynam od najbliższego otoczenia. A ty? Gdzie tak pędzisz?
- Zaraz zaczynam swoją zmianę w kawiarni. Studiuję pedagogikę i dorabiam sobie jako kelnerka. Słyszałam, że ty też jesteś studentką.
- Fotografia.
- Nieźle. Na pewno ciekawie.
- Nawet nie zaprzeczę.
- Mam jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia swojej zmiany. Może wypijemy kawę?
- Chętnie. – Odwróciłam się do małego. – Pójdziemy z ciocią na kawę?
- Nie, ce tu być.
- Ominie cię jedzenie pysznego ciasta czekoladowego– dodała Natalie, aby przekonać Roberta. – O ile mama nie będzie mieć nic przeciwko?
- Mmm… Ciasto czekoladowe. Co ty na to?
- Cem ciacho – powiedział pewnym siebie tonem.
              Na szczęście miałam dobry refleks i złapałam synka, zanim ten nie przewrócił się na ziemię. Robert zdecydowanie nieraz robi wszystko zbyt raptownie. Nie dziwię się, czemu zawsze się mówiło, że matki mają oczy dookoła głowy. To wchodzi w nawyk, kiedy twoje dziecko zaczyna się samodzielnie poruszać.
- Prowadź – rzuciłam do Natalie z uśmiechem, kiedy Robert załapał mnie grzecznie za rękę.

              Weszliśmy do jasnej i przestronnej kawiarnio-cukierni, w której pracowała Natalie. Wszystko było tu utrzymane w kolorach brązu i beżu. Duże okna pozwalały klientom na obserwacje tego, co dzieje się na zewnątrz. W powietrzu unosił się zapach kawy mieszany z ciastami i ciasteczkami, jakby lokal wypiekał je sam. I z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, właśnie tak było.
              Blondynka wskazała mi wolne miejsce, niedaleko okna. Kiwnęłam jej głową i ruszyłam w tamtym kierunku. W połowie drogi Robert pociągnął mnie w bok. Spojrzałam na zaciekawionego trzylatka, który wpatrywał się w mały stoliczek dla dzieci. Były tam kredki, kolorowanki i pudło drewnianych klocków do układania. Ukucnęłam naprzeciwko niego. Poruszyłam jego rączką. Synek od razu spojrzał na mnie.
- Możesz tam iść się pobawić, ale nie wolno chodzić nigdzie indziej, okej?
- Kej – powiedział, kiwając głową. – Dzie będziesz?
- Będę siedzieć tutaj – wskazałam na ostatni stolik. – Mama będzie cię widzieć. A teraz daj buziaka.
              Robert podskoczył, wpadając w moje ramiona. Sprzedał mi całusa w górną wargę, a następnie podreptał w stronę czerwonego małego stoliczka. Uśmiechnęłam się pod nosem, prostując się. Jeszcze przez chwilę spoglądałam na chłopca, który zgarnął niedbale kredki, łapiąc jednocześnie, jakąś kolorowankę. 
              Odwróciłam się i ruszyłam do stolika. Usiadłam z brzegu tak, by Robert mnie widział. Zauważyłam, jak kontrolnie podniósł głowę do góry, a gdy natrafił na moje spojrzenie, posłał mi jeden ze swoich cudownych dziecięcych uśmiechów.
- Gdzie masz… a już widzę – rzuciła ze śmiechem Natalie, siadając naprzeciwko mnie. – Zamówiłam ci kawę z mlekiem, a dla małego wzięłam sok. No i oczywiście ciasto dla całej naszej trójki.
- Dzięki.
- Rysuje? – zapytała, obserwując to, jak Robert bazgrze na papierze.
- Stara się – odpowiedziałam, kiwając głową. – Lubi to robić. Od samego początku takie mazanie mu się podobało.
- Może zostanie malarzem – zaśmiała się Natalie.
- Nie mów tego przy chłopakach. Oni dalej są przekonani, że zaszczepią w nim miłość do muzyki. Zazwyczaj dochodzi między nimi do sprzeczki, na czym będzie grał.
- Typowe, czemu mnie to nie dziwi w ich przypadku – powiedziała, kręcąc głową.
- Ty i Ash… Często się spotykacie? – wypaliłam, kiedy znajoma Natalie, postawiła przed nami nasze zamówienie. – Nie chcę być wścibska, po prostu m nie to ciekawi.
- Nie uważam, że jesteś wścibska. Sama mam dużo pytań, jakie chciałabym tobie zadać.
- To się dobraliśmy – skwitowałam, ze śmiechem. – Więc, jak to jest z tobą i Ashem?
- Jak jest w Londynie i ma więcej czasu, to tak… Widujemy się. Mogę śmiało powiedzieć, że traktuję go, jak dobrego przyjaciela.
- Doszło między wami do czegoś? – Policzki blondynki zrobiły się lekko czerwone. Jej reakcja utwierdziła mnie w tym, że trafiłam na dość delikatny grunt. – Przepraszam, to nie moja sprawa.
- Nie, spoko… Doszło. Parę razy, ale nie poszliśmy nigdy na całość. Chyba oboje wolimy, by to się rozwijało powoli. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Co?
- Nic. Wyobraziłam sobie was jako parę i muszę przyznać, że taki obrazek mi się podoba – skwitowałam, a dziewczyna zarumieniła się jeszcze bardziej.
- Mamo.
             Spojrzałam na Roberta, który zaczął klepać mnie po udzie. W rączce ściskał pomazaną kolorowankę. Kolory wychodziły poza grube linie i nakładały się na siebie, tworząc kompletny artystyczny bałagan w wykonaniu małego dziecka. Synek podał mi kartkę, a ja przyjrzałam się misiowi i wielkiemu lizakowi, jaki trzymał w łapce.
- To dla mnie?
- Nie – powiedział, kręcąc szybko głową. – Dla cioci. Dasz jej?
- Czemu sam jej nie dasz?
- Dam. – Oddałam rysunek. Mały odwrócił się i dziarskim krokiem ruszył na drugą stronę stołu. – Dla ciebia.
- Ale ładne. Sam pokolorowałeś?
- Tak! – Klasnął w dłonie.
- Dziękuję.
- Posie.- Uśmiechnął się i spojrzał na mnie. – Dzie ciacho?
- Chodź, zjesz trochę i może później namalujesz coś dla mamy?
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Dla wuja Cala.
- Ale dlaczego nie dla mamy?
- Wuja Cal nie lubi wstawać tak wsześnie. Był smuty, bo musiał iść.
- Okej, to zrobisz obrazek i poprawisz wujkowi humor?
- No.

            Robert był tak zafascynowany kolorowaniem w kawiarni, że w sumie powstało więcej obrazków w jego wykonaniu. Nawet ja jeden dostałam. Przedstawiał Królewnę Śnieżkę i dwa krasnoludki w wersji Disneya. Musiałam mu później pomóc podzielić przygotowane obrazki pod względem tego, który ma iść dla kogo. Robert był tak przejęty tym, że będzie wręczać swoje małe dzieła chłopakom, że nie mógł się doczekać tego, aż wrócą.
             Drzwi od domu otworzyły się, kiedy kończyłam przygotowywanie kolacji. Robert poderwał się z miejsca i pobiegł w stronę znanych mu głosów. 5 Seconds of Summer wróciło. Po chwili do salonu wszedł Luke, trzymając na rękach swoją małą kopię, która ściskała go tak, jakby nie widział go więcej, niż tylko kilka godzin.
- Jak było? – zapytałam, kiedy Luke nachylił się i cmoknął mnie przelotnie w usta.
- Ogarnęliśmy się jakoś – skwitował, a następnie spojrzał na chłopca. – Mama była dzisiaj grzeczna?
- Tak.
- Nie podrywała nikogo?
- Luke! – Trzepnęłam go ścierką w tyłek, kiedy tylko się odwrócił. Blondyn parsknął śmiechem, a mały od razu mu zawtórował.
- Ty też byłeś grzeczny?
- Tak.
- Co tak pachnie? – rzucił Michael, wchodząc do kuchni. – Robisz naleśniki?
- Zgadłeś.
- Pycha – skwitował, siadając przy stole. – Padam z nóg i jestem głodny.
- Tata.
- Tak, mistrzu?
- Pacz. – Mały wskazał na stolik.
- Robert przygotował wam kolorowanki – poinformowałam go.
- Zobaczymy, co tam masz – powiedział Luke, siadając z nim na kanapie. Wziął do ręki plik pomazanych kartek. Uniósł brwi do góry i pokiwał z uznaniem głową. – Bardzo ładne. To dla mnie?
- Jeno dla ciebie –odpowiedział Robert, kiwając głową. – Z piłalinem.
- O… Nieźle, różowo niebieski pingwin – rzucił ze śmiechem Luke. – Bardzo mi się podoba. A ten dla kogo?
- Piesio? – Starszy Hemmings kiwnął głową. – Dla wuja Miki.
- A ten? – Wskazał na ciuchcię z dwoma wagonami.
- Dla wuja Ashti.
- A lew Simba?
- Dla wuja Cala.
- Co jest dla mnie? – Luke podał mu kolorowankę. – Ej, ale fajne. Dziękuję – powiedział szybko Hood. – Przytulas?
- Tak! – Robert zsunął się z kolan Hemmingsa, wdrapując się na nogi Mulata. Objął go. – Żebyś nie smutał rano.
- Już nie będę.


***
Tym razem na "tapecie" na dłużej pojawił się Calum. A oprócz tego Em i Natalie spędziły ze sobą odrobinę czasu na kawie. Może dziewczyny się bardziej zakumplują? 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! 

Standardowo przypominam o Asku :)

Kolejna część w następny wtorek.

Pozdrawiam!


Mały Edit :)

Od dzisiaj znajdziecie mnie także na Twitterze. Zainteresowanych zapraszam na @RoxyDonau :)

Pozdrawiam!



W następnym odcinku:

- Ten argument zawsze działa.
- Ten argument jest do bani.
- Co to jest bani?

***

- Do sklepu. Chcesz iść ze mną?
- Tato?
- Z nim… No, nie wiem – mruknął Luke, przyglądając się bacznie kumplowi.

***

- Lubisz wujka Michaela? – Robert spojrzał na Clifforda, obdarzając go szerokim uśmiechem.
- Tak.
- Kłamie, on mnie kocha, prawda młody? Kochasz wujka?

***

- Jadłeś je?
- Przepraszam. – Robert wydął usta w podkówkę. – Ej, ale chyba nie będziesz płakał, co? Ku… - Ale nie dokończył, bo chłopiec rzucił się mu na szyję. 

***

- Powinieneś być fanem taty.
- Dlaczemu?
- Bo jestem zajebistym tatą – rzucił Luke i zaraz pewnie tego pożałował, bo trzepnęłam go w tył głowy. – Ał! Em!
- Bez takich. Później po was powtarza.

8 komentarzy:

  1. Aww.. Super rozdzial. Slodkie dziecko z Roberta.
    Pozdrawiam 😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Uwielbiam tego malca :D jest cudowny! (Po tatusiu) xd. Na dodatek środowisko tylu wujków jak widać odpowiada Robertowi. I tak, fajnie by było jakby Em zakumplowała się z Natalie. Wydaje się być sympatyczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że mały bohater zdobył Twoją sympatię :)
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Robert jest po prostu świetny! Uwielbiam relacje jego z chłopakami :) Fajnie, że Em wyszła - choć przypadkowo - z Natalie. Dobrze, jak będzie mieć kumpelę w Londynie. Dziewczyna naprawdę wydaje się być w porządku :)
    Czekam na kolejny rozdział z duuuużą niecierpliwością :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że Robert skutecznie zyskuje sobie dalej grono zwolenników :) Bo Natalie w sumie jest w porządku :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń