wtorek, 29 marca 2016

S2 - Rozdział 3

           Nie wspominałam nic o dzisiejszej dacie. Nie pisnęłam słowem, że to właśnie dzisiaj. Chciałam, by Luke zapomniał, a co za tym idzie, by mała niespodzianka dla niego się udała. Byłam pewna, że zamieszanie spowodowane wyjazdem do Londynu nieco go rozkojarzyło, przez co nie połączy tych kilku małych faktów. Mianowicie, dzisiaj przypadł Dzień Ojca. A Hemmings świętować go będzie dopiero trzeci raz w życiu.
           Pierwszy Dzień Ojca Luke spędził w trasie. My byliśmy w Sydney, a on i chłopaki siedzieli w Japonii. Jedyne, co udało się zrobić, to krótka rozmowa przez internet, gdzie razem z Robertem złożyliśmy mu życzenia. Co prawda nasz syn w większości powiedział mu je po swojemu, ale starszy Hemmings i tak był zadowolony. Drugi wyglądał podobnie, tyle że Luke był wtedy w Niemczech. Tym razem miało być inaczej.
           Jak tylko Robert się obudził, zabrałam go z sypialni, aby Luke mógł spać dalej. Dzisiaj szczególnie zależało mi na tym, by nie podnosił z materaca swojego seksownego tyłka zbyt wcześnie. Wróciłam jeszcze szybko do naszego wspólnego pokoju, aby wyciągnąć z torby – nie chciało mi się wczoraj wszystkiego rozpakowywać – szare dresy i luźną koszulkę. Następnie doprowadziłam się od stanu używalności, jednocześnie szykując małego.
            Z Robertem na rękach zeszłam do kuchni, aby zacząć szykować śniadanie dla tatusia. Postawiłam na omlety z czekoladą. Luke nie miał zbyt dużych wymagań, co do gotowania, ale to danie serwowane z rana naprawdę uwielbiał. Mały dreptał po salonie, co jakiś czas zerkając w stronę basenu. W końcu zainteresował się tym, co robię i chciał mi koniecznie pomóc. Posadziłam go obok siebie na blacie, pozwalając mu mieszać łyżką przyszykowane ciasto.
- Się to je? – zapytał, zbliżając palec do surowej masy.
- Trzeba najpierw usmażyć na patelni. Ale patelnia jest gorąca.
- Mamo.
- Słucham, kochanie?
- Ty jesteś głąca.
- Co? – Zrobiłam wielkie oczy, patrząc na uśmiechniętego chłopca, który zabębnił nóżkami w dolne szafki.
- Tata tak mówił.
- Komu tak mówił?
- Jak dzonił.
- Mama porozmawia sobie z tatą - odparłam, przekręcając oczami.
- Mamo.
- Tak?
- Kocham cie.
- Ja ciebie też, słoneczko – odpowiedziałam, całując go w czoło.
- Piłalin też cie kocha.
- Też kocham twojego pingwinka.
- A tata?
- Tata też – powiedziałam z uśmiechem, zsuwając kolejnego omleta na talerz.

            Robert podskakiwał w miejscu, nie mogąc doczekać się momentu, w którym wejdziemy w końcu do sypialni, w której dalej smacznie spał Luke. Trzymałam w rękach mały prezent, który ma zostać wręczony przez jego syna. Mały blondynek prawie odbił się od drzwi, kiedy złapałam za klamkę. Na szczęście miałam jeszcze całkiem dobry refleks, więc zdążyłam go chwycić za koszulkę, zanim padł na pupę. Pogłaskałam go po głowie, a następnie obciągnęłam białą bluzkę – moje zamówione dzieło. Robert, bowiem na piersi miał napisane Synek tatusia, a na plecach Tata jest super. Luke miał dostać podobną koszulkę, tyle że jego miała nieco inne hasła – z przodu: Najlepszy tata na świecie, a z tyłu: Tata numer jeden. Mały drobny gadżet z okazji Dnia Ojca.
            Otworzyłam drzwi, przepuszczając Roberta. Chłopczyk rozpędził się, a następnie wskoczył na łóżko, od razu wdrapując się na śpiącego. Starszy Hemmings drgnął i wymamrotał coś pod nosem. Otworzył oczy, napotykając identyczne tęczówki tuż przed sobą.
- Cześć, mistrzu.
- Sto lat!
- Nie, Robert, to nie te święto – rzuciłam ze śmiechem. Usiadłam na łóżku. – Co miałeś powiedzieć?
- Wesołych… Mamo, posie… Pomosz, no.
- Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Taty.
- Wszysiego napszego z taty – wyrzucił pospiesznie Robert, przez co całe zdanie niemalże zlało się ze sobą. Następnie objął Luke'a, całując go w kącik ust. – Sto lat!
           Zaczęłam się zastanawiać, kiedy Robert w końcu zacznie przykładać się do bardziej dbalszej wymowy. Wiedziałam jednak, że może na tym etapie wymagam zbyt dużo, ale niektóre słowa dalej wypowiadał po swojemu. Kiedyś wprost powiedział, że mu się nie chce mówić tak, jak trzeba. Miałam jednak nadzieję, że w końcu mu się zachce.
- Może być – odparłam z uśmiechem.
- Dziękuję, synek.
- A prezent?
- Mamy pezent – pociągnął, kiwając głową, na co oboje wybuchliśmy śmiechem. - Ale nie od Mikołaja. Od nas! Daj, mamo. – Podałam mu koszulkę, a on zadowolony z siebie, przekazał ją blondynowi. Luke rozłożył ją powoli, a następnie zaśmiał się, obejmując małego.
- Podoba mi się. Jest idealna.
- Bedzie pasować – skwitował Robert, łapiąc za nią i przykładając ją niedbale do klatki piersiowej Hemmingsa. – Zoba, mamo. Bedzie pasować.
- A teraz tyłek z wyra, bo jest jeszcze śniadanie dla taty.
- No, mama robiła jajka.
- Omlety – poprawiłam go. 
- Z jajek! – krzyknął Robert, padając na Luke'a.

            Zjedliśmy razem śniadanie. Nawet Robert zdołał usiedzieć dłużej na miejscu, choć takie posiłki szybko go nudziły, jeśli przed oczami nie migał mu Clifford -Wielki Czerwony Pies czy inna bajka, którą lubił. Telewizja faktycznie nieraz potrafi zrobić z dzieciaków prawdziwe zombie. Na szczęście mały, jak oglądał, to też jadł i przeważnie wszystko znikało z jego talerza. Coś za coś.
            Robert był zadowolony, że Luke od razu założył sprezentowaną przez nas koszulkę. Sam również dumnie paradował w swojej. Co jakiś czas podbiegał i pokazywał mi ją, jakbym wcześniej nie dała rady jej zauważyć.
            Powoli dochodziła godzina dwunasta, kiedy usłyszeliśmy znane podniesione głosy, które kotłowały się na zewnątrz. To oznaczało, tylko jedno. Reszta 5 Seconds of Summer właśnie zjawiła się w Londynie. Robert od samego początku z zaciekawieniem wyglądał w stronę holu, czekając. Nie byłam pewna, czy zdaje sobie sprawę z tego, kto przyjechał. Ja i Luke nic mu nie mówiliśmy, tylko dalej urzędowaliśmy w salonie popijając kawę, ciekawi reakcji naszego syna, gdy zobaczy ulubiony skład. Pierwszy do środka wszedł obładowany torbami Calum.
- Wuja Cal!- Dziecięcy głosik rozniósł się po domu. Robert rozpędził się w kierunku Mulata, który z uśmiechem na ustach rzucił swoje rzeczy i ukucnął. Mały wleciał w jego ramiona, przytulając się do jego klatki piersiowej.
- Cześć, brzdącu. – Ciemne oczy Hooda spoczęły na nas, gdy dźwignął się na nogi. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Poprawił krótsze brązowe włosy, wchodząc do salonu.
- A ze mną się nie przywitasz?
- Wuja Aszti! – Mały zaczął się wyrywać w kierunku Ashotna, który po chwili porwał go w ramiona. – Nie masz chusty – mruknął, kiedy wplątał palce w jego loczki w kolorze ciemnego blondu.
- Dzisiaj wujek nie założył bandany – odpowiedział Irwin.
- Elo! Zgadnijcie, kto przyjechał! Najlepszy wuja w mieście!
- Wuja Miki! – Mały przeszedł do niego na ręce, a potem zrobił wielkie oczy. Zielone tęczówki Michaela, skupiły się na jego zszokowanej minie. – Co? Nie podobają się ci się moje nowe włosy?
- Jesteś, jak Cliffo – powiedział Robert, przeczesując jego rozwianą, czerwoną czuprynę palcami. – Mamo, wuja jest teraz bardziej, jak Cliffo.
- Clifford jesteś, jak duży czerwony pies – zaśmiał się Luke, padając na na kanapę. – Wyrwany prosto z bajki.
- Wal się, Hemmings. Twój syn woli mnie od ciebie.
- Akurat to ja jestem najlepszym tatą na świecie – odparł blondyn, pokazując mu swoją koszulkę.
- I ty łykasz taką ściemę – mruknął Michael, a następnie cmoknął Roberta w czoło, gdy ten wtulił się w jego szyję.

            Na dużym boisku położonym zaraz przy osiedlu, na którym swój dom miało 5 Seconds of Summer, organizowano Dzień Ojca. Tego newsa sprzedał nam Ashton, a my od razu postanowiliśmy, że się na niego wybierzemy. Chłopaki oczywiście od razu uznali, że do nas dołączą. Najwidoczniej nie zmęczyli się, aż tak bardzo podróżą do Londynu, skoro mieli na to jeszcze siłę.
             Weszliśmy na teren boiska, mijając rodziny z małymi i większymi dziećmi. Po jednej stronie ustawiono drewniane stoły i ławy, by na spokojnie można było zjeść grillowane jedzenie, które tu podawano. Na małej scenie rozbrzmiewała muzyka. Co jakiś czas występowały dzieciaki, prezentując różne układy taneczne i przedstawienia dla rodziców. Było też trochę budek z różnymi konkurencjami dla ojców i ich pociech, a także duży dmuchany zamek, zjeżdżalnia i piłeczki.
             Robert siedział u Luke'a na barana. Co chwilę kręcił na boki głową, próbując ogarnąć wszystko to, co się tu dzieje. Na jego buzi widniała najczystsza dziecięca ciekawość, a oczy, aż świeciły się z podekscytowania. Było tu, nie tylko dużo ludzi, ale także dziwnych rzeczy, które z pewnością chciał zobaczyć z bliska.
- Mamo, pacz!- Wskazał na dmuchany zamek, w którym akurat nie było dzieci.
- Chcesz tam wejść?
- No.
- Ale chyba jesteś za mały – pociągnęłam, podchodząc do tabliczki z informacją.
- Mogę? Posie.
- Pójdziesz z wujkiem – odezwał się Michael, ściągając małego z pleców blondyna.
- Co? – wydusił ze śmiechem Ashton. – Bez jaj, wejdziesz tam?
- A czemu nie? – Spojrzał na chłopca, którego trzymał w ramionach. – Idziemy?
- Tak!
- Nie boisz się?
- Nie. Jestem duzi.
- Muszę to nagrać – odparł Calum, szukając pospiesznie po kieszeniach telefonu. Wyciągnął go z triumfem, kiedy Clifford i mały Hemmings podeszli do kobiety, która miała pod opieką dmuchany zamek. Wymieniłam spojrzenia z pozostałymi, zduszając w sobie śmiech.
- Błagam, powiedz, że wrzucisz to do netu – wydusił z siebie Luke, zaciskając palce na dolnej wardze. – Chcę to podać dalej na Twitterze.
- Oczywiście, że to wrzucę. Nasi fani muszę wiedzieć, jak bardzo zacofany jest nasz czerwonowłosy kumpel – odparł ze śmiechem Hood.
- Ej, jest dobrym wujkiem, a wy się z niego lejecie – odparłam, uderzając Irwina w ramię, który pisnął, jak dziewczynka, gdy Michael ściągnął najpierw swoje buty, a potem trampki małego.
- To będzie hit – podsumował Calum, ustawiając telefon przed swoim nosem, by złapać dobre ujęcie. 
             Chłopak wraz z Robertem właśnie władowali się do wnętrza dmuchanego zamku. Na mojej twarzy wyrósł szeroki uśmiech. Nie powiem, ale ta scenka była naprawdę urocza. Michael podskakiwał lekko, trzymając małego Hemmingsa za ręce tak, by się nie przewrócił. Im wyżej go podciągał, tym Robert miał większą radochę.
- Kurwa, chcę poskakać z nimi – wydusił z siebie Ashton. – To wygląda całkiem fajnie.
- Myślę, że babeczka nie będzie zbyt zadowolona, jak wpieprzy się do tego zamku więcej dorosłych osób – skwitował Luke.
- Idź tam, Ash, będziesz na filmiku.
- Wal się, Cal.
- Jesteście, jak dzieci – skwitowałam ze śmiechem.
             Po kilku minutach, Michael zawołał do siebie starszego Hemmingsa. Blondyn przejął od niego synka, który od podskoków dostał wypieków na policzkach. Clifford chciał z gracją zejść z dmuchanego zamku, ale w końcowym etapie poślizgnął się na zdradzieckiej gumie, padając na tyłek. Wyrzuciło go do góry, a on zleciał na dół, rozkraczając się na macie, która znajdowała się tuż pod nim. Parsknęliśmy tak głośnym śmiechem, że kilka osób stojących obok, odwróciło się w naszą stronę z nieukrywanym zaciekawieniem.
- Boże! Mam to nagrane! – wydusił z siebie Calum, a do jego ciemnych oczu napłynęły łzy. – Mam to!
- Radzę ci to skasować Hood albo nasz zespół straci basistę! – zagroził czerwony Michael, który szybko wciągnął na siebie buty, a potem poszedł do nas, nie ukrywając zażenowania.
- Wuja Miki zrobiłeś bam na pupę – podsumował go Robert, co wywołało u nas kolejną salwę śmiechu.

            Siedziałam z chłopakami przy stole. Luke odłączył się od nas, prowadzony przez swojego syna w stronę sceny, na której akurat dzieciaki grały Czerwonego Kapturka. Zjadłam kolejną porcję pieczonych ziemniaków otoczonych w przyprawach. Spieczona skórka, chrupnęła mi w ustach, a ja, aż oblizałam wargi. To było pyszne. Reszta postawiła na klasyczne hot-dogi. Blondyn zjadł jako pierwszy i dlatego teraz robił za nianię. Za chwilę mieliśmy się zmienić.
            Spojrzałam na Irwina, który zaczął zawzięcie stukać w ekran komórki. Uśmiechnął się ukradkiem pod nosem, nie odrywając brązowych oczu od urządzenia. Uniosłam jedną brew do góry, zastanawiając się, z kim może pisać nasz perkusista. Podskoczyłam lekko, gdy Michael wydarł się po raz kolejny na Caluma, by ten skasował nagranie z zamku. Hood odpowiedział mu kolejnym duszącym śmiechem, opierając głowę o drewnianą ławę, tuż przy swoim tekturowym talerzu z jedzeniem. Odsunęłam go odrobinę, aby Mulat nie znalazł w nich swoich włosów.
- Skąd ten uśmiech?- zapytałam niewinnie swojego przyjaciela. Znałam się z Irwinem od dziecka i zawsze mówiliśmy sobie wszystko. No, może ja nie do końca, bo byłam na tyle głupia, by i jego okłamać w kwestii Roberta.
- Pisze z Natalie.
- To ta twoja dziewczyna?
- Nie, bliska przyjaciółka- odpowiedział powoli, zerkając na mnie.
- Przyjaciółka, tak? – pociągnęłam, nie mogąc powstrzymać zadowolonego uśmieszku.
- Tak, przyjaciółka. Spotykamy się od czasu do czasu, jak jestem w Londynie. Nie jesteśmy razem.
- A chciałbyś? 
- W sytuacji, w jakiej jesteśmy, to raczej byłoby trudne. Jesteśmy ciągle w rozjazdach.
- Fakt jest ciężko, ale do przetrwania – skwitowałam, a on uśmiechnął się lekko. –Wiem, co mówię.
- Z pewnością – odparł, pociągając łyk słodkiego napoju z puszki. – Wpadnie do nas jutro.
- Ekstra, nie mogę się doczekać.
- Nie ekscytuj się tak.
- Czy to przyjaźń z dodatkiem? – wydusiłam, a Irwin spłonął czerwienią. – No, proszę… Ashton się rumieni! Nie musisz odpowiadać, jak nie chcesz.
- Nawet nie zamierzam zwierzać się tobie ze swojego życia seksualnego. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale takie tematy może pomińmy. Zaraz zaczniesz mi opowiadać, co ty robisz w łóżku z Hemmingsem.
- Bez obaw, tego ci nie powiem. Zapomnij, że pytałam. – Irwin uśmiechnął się z satysfakcją, a potem wrócił do pisania sms-a.

            Weszłam do pokoju. Błękitne oczy chłopaka od razu zwróciły się w moją stronę. Wyłączył telewizor i odłożył pilota na bok. Weszłam na materac po swojej stronie łóżka. Wsunęłam się pod kołdrę, od razu docierając do ciepłej klatki piersiowej Hemmingsa. Pocałowałam go w nos, a następnie wtuliłam się w niego. Poczułam przyjemny dreszcz na plecach, kiedy Luke powoli zaczął gładzić palcami moje odsłonięte ramię.
- Udany Dzień Ojca? – zapytałam, kreśląc kółka na jego skórze.
- Zdecydowanie udany – odpowiedział, a ja wychwyciłam po tonie jego głosu to, że się uśmiecha. - Mam do ciebie pytanie.
- Słucham.
- Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy cię o to nie zapytałem.
- Dokładnie, o co?
- O to, co działo się z tobą zanim urodził się Robert. Jak przechodziłaś ciążę. – Podniosłam się na łokciu, by móc na niego spojrzeć. Mieliśmy włączoną małą lampkę, więc zauważyłam, że się zawstydził.
- Luke?
- Powinienem zapytać wcześniej, a nie po tak długim czasie – wydusił, a ja wyczułam, że jest sobą w jakiś sposób rozczarowany.
- Nic się nie stało – powiedziałam, wracając do rysowania niewidzialnych kółek na jego torsie. – Przytyłam, ale nie dużo. Dzięki temu szybko wróciłam do wagi sprzed porodu. Nie miałam żadnych komplikacji, choć czasem wzrastał mi poziom cukru, więc musiałam go codziennie mierzyć. Mdłości trwały może z tydzień, potem wszystko ustało. Nienawidziłam perfum mojej babci, które mnie wręcz dusiły.
- Miałaś zachcianki?
- Miałam cholerne parcie na białą czekoladę. W sumie, aż do samego końca.
- Przecież ty nie przepadasz za białą czekoladą – rzucił ze śmiechem Luke.
- Wiem, ale to było silniejsze ode mnie – odparłam z uśmiechem. – Tak, wszystko raczej szło normalnym rytmem, bez żadnych niespodzianek.
- A poród?
- Trwał ponad sześć godzin – powiedziałam, a Luke zrobił wielkie oczy. – Niektóre kobiety męczą się znacznie dłużej – pociągnęłam, a on dodatkowo uniósł brwi do góry. – Liczę oczywiście od pierwszej fazy.
- Pojechałaś od razu do szpitala?
- Co ty? Musieliby mnie zawlec tam siłą. Nie chciałam od razu kłaść się na porodówce, kiedy to się dopiero zaczynało. Chyba bym dostała na głowę. Dopiero później, kiedy skurcze się nasiliły, babcia zawiozła mnie do szpitala.
- Byłaś… Byłaś tam sama?
- Nie, do końca została ze mną babcia. Mama też chciała zdążyć, ale nie dała rady. Nie dość, że dziadek poinformował ją za późno, to jeszcze utknęła w gigantycznym korku, bo na głównej drodze z Sydney był wypadek.
- Bolało?
- Z początku dało się to wytrzymać, potem było już ciężej. Poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Potem i tak wszystko zostaje ci wynagrodzone, ten cały ból, ostatni miesiąc ciąży, gdy tylko trzymasz tą małą istotę w rękach. Jakbyś miał przed sobą cały swój świat. Kochasz je od razu. To uczucie wbija się do ciebie, jak tylko widzisz je po raz pierwszy. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że takie cudo nosiłam tuż pod sercem. To była niesamowita chwila, którą będę pamiętać do końca życia. - Ostatnie zdanie wymówiłam niemalże szeptem. 
             Spojrzałam na niego. Luke posmutniał na twarzy, skubiąc swoją dolną wargę. Nie patrzył na mnie. Jego błękitne oczy utkwione były w suficie. Wiedziałam, że sprawiłam mu przykrość, mówiąc o tym wszystkim, bo on nie miał okazji być tam ze mną. Wtedy nawet nie wiedział, że będzie ojcem.
- Przepraszam – powiedziałam, całując go w policzek. Luke pokręcił głową, przybierając na twarzy delikatny uśmiech. Po chwili jego usta musnęły moje.
- Już mnie nie przepraszaj za to, co było. – Kiwnęłam tylko głową, choć w tym momencie i tak poczułam palące poczucie winy. Mój głupi pomysł odebrał mu tak wiele. – Będziesz chciała mieć jeszcze dzieci?
- Z tobą?
- A masz kogoś innego na oku? – mruknął, udając niezadowolonego. Zaśmiałam się, po raz kolejny obdarzając go szybkim całusem.
- Może jeszcze jedno do kompletu.
- Trójka.
- Co?
- Powinniśmy mieć troje albo i więcej.
- Pod warunkiem, że sam je sobie urodzisz – odparłam, a on parsknął śmiechem. Jego humor od razu się poprawił.
- Tym razem jednak będę obok.
- Co? Gdzie?
- Jak już to będzie się działo.
- W czasie ciąży, jak najbardziej; na porodówce, nie ma mowy.
- Dlaczego?
- To nie miejsce dla facetów.
- Porody rodzinne są w modzie.
- Nie musimy podążać za modą. Denerwowałabym się jeszcze bardziej.
- Bo?
- Pewnie martwiłabym się o ciebie, czy czasem nie zemdlejesz i nie padniesz, jak długi na podłogę. Wybacz, ale już sobie wyobrażam tą twoją bladą przerażoną twarz. Dodatkowo pewnie doprowadzałbyś mnie do szału.
- Tak kiepsko mnie oceniasz w takich sytuacjach?
- Za dobrze cię znam. Zacząłbyś panikować. Jak zrobimy sobie kiedyś jeszcze jednego malucha, to czekasz za drzwiami, aż wszystko się skończy.
- Zobaczymy, jak mnie do tego zmusisz – mruknął Luke ze złośliwym uśmieszkiem.
- O to się nie martw. Jeśli oni ciebie nie wygonią, to sama cię wykopie na korytarz.
- To nie było miłe
- I nie miało. W naszym przypadku nie ma rodzinnego porodu.
- Ale twoja babcia była przy tobie.
- Bo jest kobietą i też przez to przechodziła.
- To dyskryminacja!
- Wal się, Hemmings. Idę spać.
- Zrobimy sobie dziecko?
- Luke, kochanie…
- Tak?
- Popieprzyło cię do cholery? – syknęłam wkurzona, a on zaczął się śmiać, niemalże tarzając się po łóżku. – Masz jedno, najpierw nim się naciesz.
- Cieszę się każdego dnia. Jakby była dwójka, było by więcej osób do kochania.
- Misiu, zapominasz, że w ciągu roku to ja bym musiała się sama użerać z tymi rozrabiakami. Więc lepiej wybij sobie ten pomysł z głowy.
- Zatrudniłbym ci do pomocy nianię… - Ale nie dokończył, bo trzepnęłam go poduszką prosto w twarz. To spowodowało, że Luke zaśmiał się po raz kolejny. 


***
Nie dość, że mamy Dzień Ojca, to jeszcze w Londynie zjawił się najlepszy wujek w mieście XD Na końcu mała rodzinna rozmowa pomiędzy dwójką bohaterów - Luke skutecznie umie przykurzyć Em :) Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał :)

Nadal zapraszam do oddawania głosów w sondach - wybieramy ulubioną historię i bohaterkę. Czas głosowania się pomału kończy, bo sondy dostępne będą do końca marca, a to już niedługo :) Za wszystkie oddane już głosy - bardzo dziękuję :)

Oczywiście przypominam Wam również o Asku :)

Dziękuję Wam również za wszystkie komentarze, które uwielbiam i które skutecznie motywują mnie do pisania :) Dzięki!

Kolejny rozdział klasycznie w następny wtorek.

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Hej, brzdącu – powiedział, podchodząc do niego. – Co się stało?
- Nie wiem, gdzie mama – wydusił z siebie wilgotnym głosem.

***

- Co jedliście?
- Cheb i jajka. Wuja umie – odparł zadowolony Robert, wlepiając w niego oczy. Ash uśmiechnął się szeroko. – I nie zjarał, jak tata.

***

- Wuja Miki też jest menem!
- Z decydowanie jestem seksownym menem do kwadratu.
- Seksowny?

***

- Oj, tam – mruknął pod nosem Hemmings. – Chodź, Robert.
- Oj, tam – powtórzyła za nim jego mniejsza kopia.

***

- Nieźle. Co ona na to?
- Kazała mi dosłownie nie wpierdalać się w nie swoje sprawy. Dodatkowo powiedziała, że obniżam poziom urody w zespole, bo pod tym względem daleko mi do reszty i że pewnie jestem zazdrosny, że ona nie zainteresowała się mną, a innymi. 


6 komentarzy:

  1. Oo ten ostatni dialog w 'w następnym odcinku' mnie zaciekawił :o
    Na pewno udany dzień ojca dla Luke'a :D i Micheal... XD on to rozwala wszystko i wszystkich. Niby dorosły, a w duchu mały Robert!
    Do następnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zainteresowałam :) Hahaha w końcu Michael, to najlepszy wuja w mieście :)
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Michael, najlepszy wuja w mieście! Chcę takiego wujka... Chociaż nie, jestem na niego za stara, haha. Genialny rozdział i oczywiście czekam z niecierpliwością na następny ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michael i jego skromność :) Cieszę się, że Ci się podobało :) Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń