wtorek, 22 marca 2016

S2 - Rozdział 2

          Na lotnisku mieliśmy być o dwunastej. Ja i tak wstałam wcześniej, aby sprawdzić raz jeszcze nasze bagaże. Zresztą Robert i tak zafundował mi pobudkę o siódmej rano. Kiedy oglądał Clifforda Dużego Czerwonego Psa, ja biegałam od walizek do toreb, upewniając się, że na pewno wszystko mamy. Raz jeszcze przekopałam torebkę, w której i tak było najwięcej rzeczy mojego syna, niż moich, ale trzeba było być przygotowanym na wszystko. Upiłam łyk kawy.
- Mamo.
- Słucham cię, skarbie.
- Kończyło się.
- Nie ma bajki?
- Nie.
- Nie ma bajki, ale jest tata.
           Podniosłam głowę, patrząc na schodzącego po schodach Hemmingsa. Jego włosy sterczały we wszystkie strony. Dobrze, że sam ruszył tyłek, bo inaczej musiałabym go budzić. Dochodziła w końcu godzina dziesiąta. Robert zostawił swojego pingwina na kanapie, a następnie w podskokach ruszył w stronę ojca. Blondyn złapał go i podniósł do góry.
- Wspałeś się?
- Wyspałem, a ty?
- Cliffo się kończył.
- Może zaraz będzie druga fajniejsza bajka?
- Paczysz ze mną?
- Tata najpierw zje śniadanie, a potem się ubierze, bo dzisiaj jedziemy.
- Będziemy lecieć samolotem – dodał Luke, podnosząc małego, i zataczając z nim małe koło. Robert ze śmiechem rozłożył ręce, udając że lata. - A jakim trzeba być na lotnisku?
- Dżecznym.
- Właśnie – odparł Luke, przejeżdżając palcem po jego nosie.
- Będę dżeczny.
- Trzymam za słowo.
- A ja cie za ucho! – krzyknął Robert, łapiąc go za płatek ucha. Oboje wybuchliśmy śmiechem, a nasz synek szybko do nas dołączył.

           Byłam bliska płaczu, kiedy na lotnisku żegnałam się z rodzicami. Mimo tego, że nie przeprowadzałam się do Londynu na zawsze, to jednak myśl, że oni będą tak daleko, bolała. Zresztą, już zaczynałam tęsknić. Musiałam jednak się trzymać. Tak sobie postanowiłam i chciałam być silna. Chociaż mama nie ułatwiała mi zadania, bo w jej oczach lśniły łzy. Na szczęście ona też nie rozkleiła się na dobre.
           Wchodząc na pokład samolotu, zastanawiałam się, jak tą całą podróż zniesie Robert. Już od samego początku był ciekawy wszystkiego i co chwilę zagadywał mnie i Luke'a, chcąc wiedzieć dokładnie, co i jak się dzieje. Wiedziałam, że czeka nasz koszmarnie długi lot, dodatkowo z przesiadką w Singapurze, więc miałam nadzieję, że mały się nie znudzi w trakcie i nie zacznie marudzić.
- Ej, nie przeszkadzaj panu – poprosiłam małego, który zaglądał starszemu mężczyźnie przez ramię, chcąc dojrzeć to, co robi na laptopie. Byliśmy w górze już od trzech godzin, a Robert dalej tryskał energią. Zastanawiałam się, kiedy w końcu padnie.
- Co robi?
- Robert – syknęłam, przekręcając oczami. – Pan pracuje, nie przeszkadzaj.
- Ale co robi?
- Przepraszam – powiedziałam, zabierając małego, kiedy mężczyzna odwrócił się w naszą stronę. Uśmiechnął się do nas, kiwając głową, a następnie wrócił do laptopa.
- Chodź mistrzu, poczytamy książeczkę – rzucił Luke, jak tylko wrócił z toalety. 
            Usiadł obok syna, dzięki czemu odciął go od zaczepiania nieznajomego mężczyzny. Wciągnął go na kolana, a następnie zaczął grzebać w mojej torbie. Złapał za książeczkę.
- Jest piesio – odparł z entuzjazmem Robert, pukając palcem w twardą okładkę. – Taki w kopki.
- Dalmatyńczyk.
- Dalamamaniaczak. Ma imię?
- Pongo.
- Czemu Pogo?
- Tak ma na imię, Pongo. Pamiętasz, jak ty masz na imię?
- No, wiem… - mruknął Robert, marszcząc lekko czoło.
- A jak tata ma na imię?
- No, tata, nie? – odparł, patrząc na Luke'a, jakby robił z niego kretyna. Parsknęłam śmiechem. Chłopaki spojrzeli na mnie, a ja tylko pokręciłam głową, zduszając kolejną porcję chichotu. – Dlaczemu ty wołasz na mamę kochnanie.
- Kochanie?
- No, przecie to mama.
- Do ciebie też tak mówimy. Bo cię kochamy.
- Ale czemu nie mama?
- Bo to jest twoja mama, a nie moja.
- Tato?
- Tak, synku? – pociągnął Luke, przeczesując małemu blond włosy.
- Pogo też ma mamę?
- Pewnie ma. Będziemy czytać? 
            Robert pokiwał głową, wtulając się w jego ciało. Jego niebieskie oczy skupiły się na kolorowych obrazkach, kiedy Luke otworzył książkę. Odwróciłam się w ich stronę jeszcze bardziej, aby samej wsłuchać się w spokojny i ciepły głos Hemmingsa, który czytał 101 Dalmatyńczyków.

            Londyn. W końcu dotarliśmy do celu. Oboje byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Robert dalej miał pełno energii, a to za sprawą tego, że uciął sobie kilka drzemek, które naładowały mu baterie na nowo. Byłam zadowolona z przebytej podróży, bo nic złego się nie stało, a dodatkowo mały zachowywał się wzorowo. Zresztą, był tak pochłonięty nowymi miejscami, że nie miał nawet czasu się nudzić. A jak tylko widzieliśmy pierwsze tego oznaki, zaraz zajmowaliśmy go zabawkami, które mieliśmy pod ręką.
- Mamo – rzucił Robert, potrząsając moją dłonią.
- Słucham, skarbie?
- Dlaczemu ta pani się paczy? - Wystarczyło, tylko jedno to pytanie, bym włączyła czujność. – Paczy się. Dlaczemu?
             Podniosłam głowę, rozglądając się po lotnisku. Zauważyłam grupkę młodych dziewczyn, stojącą ciasno obok siebie. Ich telefony były w gotowości. Domyślałam się na kogo dokładnie czekają. Zagryzłam lekko wargę. Zerknęłam na Luke'a. Chłopak dalej był zajęty pakowaniem naszych bagaży na wózek. Na razie jednak nie wyszliśmy z hali przylotów, więc byliśmy w miarę odseparowani. Blondyn w końcu podszedł do mnie, a ja wskazałam na jego fanki.
- Nie mam pojęcia, skąd wiedziały, że przylatujemy dzisiaj. Specjalnie oddzieliłem nas od chłopaków – wyszeptał, łapiąc za wózek.
- Tato, co one robią?
- Robią, tylko zdjęcia.
- Dlaczemu? – Wzięłam małego na ręce.
- Bo tata gra w zespole – odpowiedziałam, idąc za blondynem. I tak ich uwaga będzie skupiona na Hemmingsie, więc ja mogłam czmychnąć w stronę wyjścia.
- Dlaczemu gra? Mamo, czemu one się paczą?
           Nie wiem jak, nie wiem skąd, ale pojawiła się obok nas ochrona z lotniska. Luke wyjaśnił szybko sytuację, a ci pokiwali głowami i zapewnili, że pomogą nam bez problemu dostać się do wyjścia. Jak tylko znaleźliśmy się w głównej hali, grupa dziewczyn rzuciła się w naszym kierunku. A raczej w kierunku Hemmingsa.
- Em?
- Zrób sobie z nimi zdjęcia, ja poczekam w samochodzie.
- Ale…
- Jest okej – dodałam z uśmiechem. Luke kiwnął głową, wychodząc na spotkanie z fankami.
- Dlaczemu tata z nimi mówi?
- Rozmawia?
- No?
- Bo go lubią.
- Ale to mój tata – pociągnął Robert niezadowolonym tonem.
- Tata zawsze będzie twój – odpowiedziałam, ignorując to, że kilka dziewczyn ujęło na zdjęciach także i mnie. 
             Nie chciałam się chować, ani zasłaniać twarzy. W końcu nie jestem osobą popularną i publiczną i to nie na mnie koncentrowała się ich uwaga. W centrum był Luke. Zresztą, takie moje zachowanie dodałoby pewnie kolejnych kąśliwych uwag, jak to zgrywam gwiazdunię do kwadratu, udając wielką celebrytkę, którą jakby nie patrzeć, nie byłam. Trzymałam się od tego świata z daleka.
            Po wyjściu z lotniska, odnalazłam czarny samochód, który zamówił Luke. Przywitałam się z brodatym mężczyzną, który miał nas zawieść do domu. Usiadłam do tyłu, a następnie włożyłam małego, w przygotowany przez kierowcę, fotelik.
- Spotkanie z fanami?- zapytał mężczyzna, zaglądając do środka.
- Dokładnie.
- Gdzie tata?
- Zaraz przyjdzie. 
            I faktycznie po chwili Luke pojawił się w zasięgu naszego wzroku. Ochrona jeszcze odganiała od niego kilka dziewcząt, które uniemożliwiały mu dojście do auta. Brodaty kierowca, ruszył w jego kierunku, by szybko pomóc mu załadować nasze torby i walizki do bagażnika. Hemmings machnął jeszcze w kierunku fanów, posyłając im swój firmowy uśmiech, a następnie wsiadł do samochodu, zajmując miejsce obok mnie.
- Tata!
- Jedziemy do nowego domu? –zapytał blondyn, a mały klasnął w ręce, uśmiechając się szeroko. – To się nazywa entuzjazm.

            Dom w Londynie był zdecydowanie większy, niż ten w Sydney. Był obmurowany ciemną cegłą, z równymi białymi oknami. Całą posesję otaczał wysoki, metalowy, czarny płot oraz dorównujący mu wzrostem soczyście zielony żywopłot. Dzięki temu chłopaki mieli więcej prywatności i nikt niepożądany nie zaglądał im do ogrodu. Byłam strasznie ciekawa, jak ten dwupiętrowy budynek prezentuje się w środku.
           Wnieśliśmy bagaże do domu. Luke musiał zaliczyć dwa okrążenia, bo ja trzymałam na rękach nasze dziecko, więc nie mogłam mu za bardzo pomóc. Przeszłam przez mały hol, docierając do obszernego jasnego salonu, który połączony był z aneksem kuchennym. Znajdowały się tu też wielkie okna, wychodzące na ogród oraz suwane drzwi. Na ścianach wisiały kolorowe obrazy, które głównie przedstawiały gitary lub perkusje. W rogu ustawiono duży telewizor, a naprzeciwko niego długą, białą sofę w kształcie litery L i dwa fotele do kompletu. Był tu także szklany stolik zawalony kolorowymi gazetami. W drugim kącie znajdowały się białe drzwi, prowadzące do łazienki.
- Pacz – rzucił Robert, przeciągając sylabę. Podbiegł do okna, przyciskając twarz do zimnej szyby. – Mamo!
- Co tam widać?
- Pacz - powtórzył, pukając w szybę palcem.
             Podeszłam do niego, odchylając białą krótką firankę, aby lepiej widzieć. Przed oczami miałam ogród. Wszystko było utrzymane tu w idealnym porządku. Nie było kwiatów, a jedyną zieleń stanowiła trawa i żywopłot. Tuż przy tarasie znajdował się basen i kilka leżaków oraz dwa rozłożyste parasole. Nie ma co, chłopaki zaszaleli, sprawiając sobie taki luksus.
            Luke wszedł do salonu, kładąc na jasny długi stół kilka przesyłek, które pewnie znalazł w skrzynce pocztowej. Zaśmiał się na nasz widok, gdy oboje wlepialiśmy oczy w niebieski czyściutki basen, który teraz był do naszej dyspozycji. Blondyn podszedł do nas, a następnie kucnął obok Roberta. Mały spojrzał na niego, ponownie wskazując palcem ogród.
- Pacz!
- Będziesz mógł się tam kąpać. Jednak jest jeden warunek – powiedział Luke, a mały włożył palca do buzi. – Nie wolno samemu wychodzić do ogrodu. Basen jest głęboki. Możesz się poślizgnąć i do niego wpaść.
- Do wody?
- Do wody – powtórzył za nim Luke. – Pamiętaj, samemu nie idziesz. Ktoś dorosły musi być z tobą. Ja lub mama.
- Albo wujkowie – wtrąciłam.
- Mogą być i wujkowie, choć ja im do końca nie ufam – odparł Hemmings. Spojrzałam na niego, a ten wybuchł śmiechem. – Ktoś dorosły, jasne synek? – Robert pokiwał głową. – Więc, powtórzy czego nie możesz?
- Iść tam sam.
- Dlaczego?
- Bo umrem. – Zrobiłam wielkie oczy. Luke tak samo. Wymieniliśmy spojrzenia.
- Nie mam pojęcia, skąd to zna – wydusił blondyn.
- Ogląda z tobą i chłopakami za dużo telewizji.
- Nie – wtrącił się Robert.
- To, co to znaczy umrzeć?
- Umranie, że cię nie ma – powiedział poważnym tonem Robert. – Tak… Nie ma i już.
- Skąd to wiesz?
- Dziadzio powiedział.
- Który?
- No, dziadzio no – wydusił, zniecierpliwiony Robert.
- Ładnych rzeczy się dowiaduję – skwitowałam, biorąc głęboki oddech.
- Idziemy zobaczyć resztę domu? – zaproponował Luke. – Pokażę ci twój nowy pokój.
- Tak! Opa, mama!
- Tata cię weźmie. – Wziął go w ramiona i wyprostował się. Skinął mi głową w stronę ciemnych schodów, które prowadziły na górę.
            Całą trójką wpięliśmy się na piętro. Stanęliśmy na długim korytarzu. Po obu jego stronach znajdowały się drzwi. Za pierwszymi, jak wytłumaczył Luke, była łazienka. Naprzeciwko zaś jego sypialnia – teraz już nasza wspólna. Obok znajdował się pokój Roberta i Michaela. Po przeciwnej stronie swoje królestwa mieli Ashton i Calum.
            Robert nie mógł się odczekać, by zobaczyć swój pokój, więc najpierw poszliśmy do niego. Z tego, co powiedział Luke, to cała czwórka brała udział w jego urządzaniu. Był utrzymany w odcieniach błękitu i brązu. Mały miał do dyspozycji dużą szafę na ubrania, komodę na dodatkowe rzeczy i kolorowe pudła na zabawki. Na ścianach powywieszano pastelowe obrazy i jego imię w formie kloców nad łóżkiem. I to właśnie do tego mebla podbiegł mały Hemmings.
- Mam takie duzie – powiedział, pukając w nie rączkami. 
            W Sydney jeszcze nie zdążyłam zmienić mu spania, więc była to dla niego nowość, kiedy zamiast łóżeczka zobaczył coś na wzór łóżka dla dorosłych. Było dużo niższe i mniejsze i miało ochronne barierki po bokach, by w nocy młody z niego nie spadł.
- Mama i jest Cliffo! – krzyknął uszczęśliwiony, widząc pierzynę w swojego ulubionego czerwonego psa.
- Jestem pod wrażeniem – odparłam powoli, a Luke wyszczerzył się do mnie zadowolony. – Ktoś wam pomagał?
- No, wiesz? Nie trać w nas wiary. Sami wszystko zrobiliśmy.
- Jest naprawdę śliczny.
- Mi też się podoba. – Spojrzał na małego. – Robert, idziesz z nami zobaczyć pokój mamy i taty?
- Nie.
- Okej.
- Pamiętaj, co mama zawsze mówiła o schodach – przypomniałam mu, a chłopiec zerknął na mnie. – Nie wolno się wychylać i…
- Chodzić na pupie.
- Dokładnie. Lepiej jednak będzie, jak ktoś będzie schodził po schodach z tobą.
- Załołam.
- W porządku – odpowiedziałam z uśmiechem, a następnie przeniosłam ciemne oczy na starszego Hemmingsa. – Pokazuj te nasze nowe królestwo.
- Nowe dla ciebie.
- Mam nadzieję, że je chociaż wysprzątałeś.
- No, wiesz – rzucił, pukając mnie w ramię. Następnie szybko nachylił się i cmoknął mnie w nos. Złapał za rękę i oboje wyszliśmy z pokoju naszego syna. 
            Przeszliśmy przez korytarz, docierając na początek. Luke otworzył drzwi. Przepuścił mnie pierwszą. Weszłam w głąb beżowego pokoju z elementami czerni. W rogu znajdowała się szeroka i wysoka szafa z suwanymi drzwiami. Po drugiej stronie stała komoda i niska półka z telewizorem. Naprzeciwko ustawiono duże dwuosobowe łóżko, a niedaleko niego, tuż w koncie na stojaku dumnie prezentowała się czarno złota gitara elektryczna Gibsona.
- I jak?
- Podoba mi się. Widać, że mieszka tu facet – skwitowałam, a Luke przekręcił oczami. Spojrzałam na dwa wiszące obrazy. Oba przedstawiały, jakieś miasta nocą.
- Myślałaś, że mieszkam w różowym pokoju? – Odwróciłam się, mierząc go wzrokiem. – Jezu, nawet nie odpowiadaj.
- Tak, myślałam, że masz tu puchate różowe podusie i mięciutki dywanik oraz dużo kwiatów, których nazw nawet nie znasz.- Luke uniósł jedną brew do góry. –Żartuję, kochanie. – Pocałowałam go przelotnie w usta. Blondyn zaśmiał się. – Ładnie tu macie.
- Teraz to także twój dom.
- Ładnie tu mamy. 
            Hemmings zaśmiał się pod nosem, obejmując mnie w tali. Przysunął się jeszcze bliżej, by złożyć na moich ustach delikatny pocałunek. Odpowiedziałam od razu, przygryzając mu lekko dolną wargę. Chłopak zamruczał pod nosem.
- Tato!
- Co tam, mistrzu? – odparł Luke, od razu odrywając się ode mnie.
- Nie ma mojego piłalina!
- Jest, skarbie – powiedziałam, podchodząc do niego. – Mama ma go w torbie.
- Dasz?
- Chodź, musimy go poszukać.
- Wy szukajcie pingwina, a ja zamówię pizzę. Chyba, że chcesz wypróbować nową kuchnię? – odparł Luke, szczerząc się szeroko.
- Może później. Zamawiaj tę pizzę.
- Ja zamafiam piłalina! – krzyknął Robert, wyciągając rączkę do góry.
- Mój mistrzu – rzucił ze śmiechem Luke, biorąc go na ręce.

            Niemalże zatopiłam się w pościeli. Londyńskie łóżko było znacznie większe i szersze, niż te które mieliśmy w Sydney. Przeciągnęłam się, zakopując się w pierzynie, niczym zwierzak, który szykuje sobie miejsce do spania. Spod kołdry wystawał mi, tylko czubek głowy. Jeny… Nie chciałam opuszczać tego łóżka już nigdy. Było cholernie wygodne.
            Usłyszałam kroki Hemmingsa, który wrócił do sypialni po prysznicu, jaki brał od chyba trzydziestu minut. Słyszałam jego cichy śmiech, gdy dotarł do materaca. Uchylił kołdrę i wsunął się pod nią. Uśmiechnęłam się, gdy zakopał się w niej tak, jak ja. Przysunął się, odnajdując po ciemku moje usta.
- Co się chowasz?
- Przed tobą – odparłam, a potem skrzywiłam się, kiedy dla zabawy zaczął łaskotać mnie po twarzy mokrymi włosami. – Ej, no weź!
- Wziąć, to mogę ciebie.
- Ale traktowanie.
- Co?
- Tak przedmiotowo.
- Wiesz, co miałem na myśli – pociągnął ze śmiechem, ściągając z naszych głów kołdrę. 
             Naparł na mnie, a ja wylądowałam na plecach. Luke znalazł się tuż nade mną. Przejechał nosem po skórze na mojej szyi. Zagryzłam wargę. Nawet nie będę kłamać, że nie było to przyjemne. To było cholernie podniecające. Dotarł do moich ust, jednocześnie wsuwając lekko dłonie pod górą część mojej piżamy. Mruknęłam cicho, kiedy lekko zacisnął palce na moich biodrach, jednocześnie przyciskając do nich swoje. Z łatwością wyczułam jego erekcję.
- No i? – zapytałam, będąc już odrobinę zniecierpliwioną.
- Co byś chciała? – odparł, nachylając się. Już myślałam, że złączy nasze wargi, ale on znów przeniósł się na moją szyję.
- Żadnych malinek w tak widocznych miejscach – mruknęłam, kiedy lekko zagryzł mi skórę na obojczyku.
- To nie takie widoczne miejsce.
- Oczywiście, że widoczne.
- Masz zamiar paradować po domu bez koszulki?
- Chciałbyś?- rzuciłam ze śmiechem. Luke podniósł się i spojrzał na mnie. W świetle lampki jego błękitne oczy wydawały się być dużo ciemniejsze, niż zazwyczaj.
- Gdybyśmy mieszkali sami, to oczywiście. Nie pogardziłbym takim widokiem. Jednak będzie nas tu więcej, a ja takim widokiem nie chcę się z nikim dzielić. – Uśmiechnęłam się do niego, a następnie dla zgrywy, uniosłam biodra, by się o niego otrzeć. Po chwili zrobiłam to po raz kolejny. – Cholernie mnie prowokujesz.
- Nie udawaj niewiniątka, sam zacząłeś.
- W sumie racja – skwitował, wzruszając ramionami i w końcu pocałował mnie.
            Od razu wsunęłam dłoń w jego mokre włosy, gdy Luke przeszedł do szybszego tempa. Jego dłonie powędrowały jeszcze wyżej, podciągając mi koszulkę do góry. Nie pozostałam mu dłużna i dobrałam się do jego bokserek. Chłopak jęknął cicho w moje wargi, gdy przejechałam palcami po jego twardniejącej erekcji. Zassałam głośniej powietrza, gdy dotarł do moich piersi. Kochałam sposób, w jaki mnie dotykał. Jakby rozpalał mnie wciąż na nowo i na nowo.
- Kochaj się ze mną - wyszeptał, wciskając się w moje ciało. – Teraz, natychmiast.
             Kiedy tylko to powiedział, podniósł się. Złapał mnie za rękę i pociągnął do góry. Zaśmiałam się pod nosem, gdy chciał szybko pozbyć się mojej górnej garderoby. Nie za bardzo mu to wyszło, bo koszulka zatrzymała się na moich łokciach.
- Problemik?
- Współpracuj ze mną, Emi – powiedział ze śmiechem, muskając ustami moje policzki i żuchwę. Złapałam za dół koszulki i jednym ruchem, ściągnęłam ją. – Idealnie.
            Naparł na mnie mocniej, a ja znów znalazłam się pod nim. Luke zaczął powoli zjeżdżać ustami w dół, co jakiś czas delikatnie podgryzając moją skórę. Zacisnęłam palce na jego ramieniu. Okrążył wargami mój pępek, a następnie wrócił do ust, pokonując tą samą trasę w identycznym ślimaczym tempie, od którego, aż dostałam gęsiej skórki. Zrobiło mi się gorąco, gdy po raz kolejny wpił się w moje wargi, pozbawiając mnie tchu.
- Mama.
- O, kurwa – syknął Luke, nakrywając nas bardziej kołdrą. Mieliśmy otwarte drzwi, w razie gdyby Robert się obudził i właśnie tak się stało. – Nasz syn ma koszmarne wyczucie czasu.
- Tak, kochanie? – zapytałam, lekko spychając z siebie blondyna, jednocześnie zakrywając się pierzyną.
- Nie cem sam spać.
- Boisz się? – dopytał Luke.
- Tak.
- Okej, okej – rzucił ze zdenerwowaniem, chłopak.
- Mogę tu z wami? – Starszy Hemmings spojrzał na mnie, zagryzając wargę. Uniosłam lekko brwi do góry.
- Pewnie, że możesz, mistrzu – odpowiedział powoli Luke, zerkając to na mnie, to na niego. – Ale będziesz spać bez pingwinka? – Mały potarł piąstką oczko, kręcąc głową. – To może idź po pingwinka, co?
- Pudziesz też?
- Pewnie – powiedział z uśmiechem. 
            Wyczułam, jak podciąga sobie wolną dłonią bokserki, które wcześniej zdążyłam mu odrobinę zsunąć. Następnie wysunął się tak z łóżka, by nie zabrać mi kołdry. Stanął na chłodnej podłodze i ruszył w stronę małego. Wziął go na ręce, a Robert od razu wtulił się w niego, opierając głowę na jego ramieniu. Obaj wyszli z pokoju. Wykorzystałam ten moment, by odnaleźć górę od piżamy i się w nią ubrać. Poprawiłam też pierzynę. Wtedy moi chłopcy wrócili z powrotem do sypialni.
             Luke położył Roberta między nami. Nasz synek już był cały szczęśliwy, ściskając w dłoniach swojego przyjaciela pingwina. Starszy zajął miejsce po jego drugiej stronie. Przeczesałam palcami jasne włosy małego, całując go w czoło. Opatuliłam ich kołdrą.
- Dobranoc, kochanie.
- Pa, mamo – odparł, odwracając się do mnie plecami. Nie zdziwiło mnie to, że wtulił się w swojego ojca, a nie we mnie. W końcu był syneczkiem tatusia. Uśmiechnęłam się, spoglądając na Hemmingsa.
- A taki miałem fajny plan – wyrzucił z siebie, a ja musiałam wcisnąć usta w poduszkę, by nie ryknąć śmiechem na widok jego zawiedzionej miny. – Zresztą, on by ci się podobał.
- Nic nie mówię – odparłam, by po chwili zacisnąć wargi. Nie chciałam jeszcze bardziej rozbudzać małego, który powoli wracał do krainy snów.
- Następnym razem wyjdzie.
- Mam nadzieję – rzuciłam, puszczając mu oczko.
- Nie baw się ze mną w taki sposób, gdy mamy między sobą nasze dziecko –syknął z niezadowoleniem, a ja znów musiałam zasłonić buzię poduszką, by nie zacząć się śmiać. Kątem oka widziałam, jak Luke sam uśmiechnął się pod nosem. 


***
Rodzinka Hemmings oficjalnie zawitała do Londynu. Jak na razie brakuje pozostałej części zespołu, ale oni bardzo szybko wkroczą w tą część historii :) Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał :)

Nadal zachęcam Was do oddawania głosów na ulubione opowiadanie i bohaterkę. Głosowanie trwa do końca marca. Teraz prowadzi Pod Jednym Dachem i Rosalie. Zobaczymy, czy coś znowu się zmieni pod koniec miesiąca :D 

Przypominam Wam również o Asku!

Kolejny rozdział standardowo pojawi się w następny wtorek.

Pozdrawiam!



W następnym odcinku:

- Nie, Robert to nie te święto – rzuciłam ze śmiechem. Usiadłam na łóżku. – Co miałeś powiedzieć?
- Wesołych… Mamo, posie… Pomosz, no.

***

- Elo! Zgadnijcie, kto przyjechał! Najlepszy wuja w mieście!

***

- Błagam, powiedz, że wrzucisz to do netu – wydusił z siebie Luke, zaciskając palce na dolnej wardze. – Chcę to podać dalej na Twitterze.
- Oczywiście, że to wrzucę. Nasi fani muszą wiedzieć, jak bardzo zacofany jest nasz czerwonowłosy kumpel – odparł ze śmiechem Hood.

***

- Piszę z Natalie.
- To ta twoja dziewczyna?

***

- Luke, kochanie…
- Tak?
- Popieprzyło cię do cholery? – syknęłam wkurzona, a on zaczął się śmiać, niemalże tarzając się po łóżku.

11 komentarzy:

  1. Kocham tę rodzinkę! Haha. Wybacz, że nie będę się rozpisywać, ale padam już :( jednak rozdział miód malinka jak zawsze zresztą :D A tak, młody ma wręcz doskonałe wyczucie czasu... do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego nie da się ukryć haha :)
      Cieszę się, że się podobało :)
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam

      Usuń
  2. Haha. Jak ja uwielbiam dzieci i te ich wyczucie czasu. No Hemmo, będziesz musiał poczekać. Świetny rozdział. Rodzina Hemmingsów nareszcie w Londynie. Nie mogę się doczekać wujka Cliforda. ;) Życzę weny i pozdrawiam ~La_Luna♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah dzieciaki mają fantastyczne wyczucie czasu XD Cieszę się, że się podobało :) Wujek Cliffo szybko się zjawi :D
      Dzięki za komentarz
      Również pozdrawiam :*

      Usuń
  3. Wspaniały rozdział, idealna z nich rodzinka ♥ Robert jest taki kochany ^^ Cud, miód i maliny po prostu cudo, jak zresztą zwykle ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobają relacje między nimi. No i oczywiście Robert :) Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Robert nie jest jeszcze gotowy na rodzeństwo 😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko Robert nie jest gotowy na rodzeństwo, myślę, że sama Em nie jest gotowa na to by mieć drugie dziecko :D

      Usuń
  5. Trochę mnie tu nie było, już biorę się za nadrabianie zaległości jako, że mój cudowny laptop wreszcie raczył rozpocząć działanie, a internet w telefonie skończył mi się w połowie miesiąca… jak zawsze, ale dość gorzkich żali XD
    No więc, przechodząc do konkretów to świetny rozdział! Robert jest taki słodki i to jego genialne wyczucie czasu haha Z reszta cała rodzina Hemmings jest po prostu świetna i nie kryję nadziei, że niedługo i Em formalnie do niej dołączy:)
    Czekam na następny!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :) Tak, zdecydowanie mały Hemmo ma genialne wyczucie czasu XD Czy dołączy? To się okażę i wyjdzie w przysłowiowym praniu :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń