wtorek, 12 stycznia 2016

Rozdział 18

          Posadziłam Roberta na podłodze. Mały jednak szybko się namyślił w kwestii zabawy i dźwignął się na nóżki. Po chwili słyszałam, jak ze śmiechem chodzi za piłką, która nie tak łatwo dawała się złapać. Pociągnęłam łyk kawy, nie odrywając od niego wzroku. Był to jeden z tych poranków, w których kompletnie nie chciało mi się iść na uczelnię. Ale musiałam –siła wyższa. Nie po to poszłam na studia, by je tak od razu zacząć olewać.
          Spojrzałam na zegarek, mając nadzieję, że Hemmings i tym razem będzie punktualnie. Nie chciałam spóźnić się na autobus, a to by mi groziło, gdyby blondyn dzisiaj zaspał. Moje ciemne oczy znów przeniosły się na synka, który dalej dreptał w najlepsze. Nagle jego małe stopy nie nadążyły za reakcją i Robert poleciał w dół. Rozłożył się na podłodze. Skrzywił buzię, spoglądając na mnie, a ja zauważyłam, jak jego usteczka układają się w podkówkę.
- Nic się nie stało, kochanie – powiedziałam z uśmiechem, podchodząc do niego. Podniosłam go do pionu i ukucnęłam naprzeciwko niego. – Zrobiłeś bam? – Pokiwał głową, ciężko oddychając. – Nic się nie stało – powtórzyłam, głaszcząc go po blond włosach. – Gdzie masz swojego pingwinka?
          Robert rozejrzał się po pokoju, a jego błękitne oczy od razu spoczęły na siedzącej niedaleko niego zabawce. Wyciągnął palca w stronę maskotki, mówiąc po swojemu. Na szczęście udało mi się odwrócić jego uwagę od tego małego zdarzenia, w którym to miał bliski kontakt z podłogą.
- Pójdziesz po pingwinka?
          Uśmiechnął się lekko i ruszył dziarskim krokiem, uznając swój mały upadek za przeszłość. Zdążyłam się podnieść, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Robert zaalarmowany potencjalnym gościem, od razu odwrócił się w ich stronę. Podeszłam do nich i przekręciłam zamek. Za plecami słyszałam kroki małego. Otworzyłam drzwi i na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Przede mną stał Luke.
- Cześć – rzucił i jak gdyby nigdy nic, pocałował mnie na przywitanie.
- Cześć – odpowiedziałam, czując, jak robi mi się gorąco.
- Wpuścisz mnie, czy…
- Wybacz – powiedziałam, odsuwając się od drzwi. Najnormalniej w świecie mnie zatkało od tej porannej czułości względem mojej osoby.
- Gdzie jest mój synek?
- Tata!
- Tu jest! Cześć, mistrzu!
          Po chwili Robert tonął w szerokich ramionach Hemmingsa. Uczepił się go, mocno obejmując rączkami jego szyję. Luke cmoknął go w czoło, a mały zaśmiał się, wtulając się w niego jeszcze bardziej. Zamknęłam drzwi i po raz kolejny zerknęłam na zegarek. Zaraz musiałam wychodzić, choć wolałabym zostać z nimi w domu.
- Drobna uwaga przed moim wyjściem – powiedziałam, łapiąc za torbę. 
          Przerzuciłam ją przez głowę, poprawiając pasek na ramieniu. Luke utkwił we mnie swoje błękitne oczy, a zaraz po nim, to samo zrobił Robert. Mieli tak identyczne tęczówki, że Hemmings pod tym względem nie mógłby się wyrzec syna.
- Już wychodzisz?
- Zaraz mam autobus.
- Podrzucę cię i…
- Nie, dzięki. Dam sobie radę – odpowiedziałam, a Luke przekręcił oczami.
- W takim razie, co to za drobna uwaga? 
- Pilnuj schodów – powiedziałam, wskazując na nie. – Mały zaczął się wspinać.
- Pozwoliłaś mu wejść na schody?!
- Raczej zrobił to bez mojego pozwolenia. – Luke spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Zdarza się…
- Zdarza się? – prychnął. – Tatusiowi się nie zdarzy.
- Zaraz cię walnę – wyrzuciłam z siebie.
          Przez chwilę między nami trwała walka na spojrzenia. Nagle jednak Hemmings zachichotał pod nosem, co wprowadziło mnie w lekką dekoncentrację. Machnęłam jednak na niego ręką, a następnie podeszłam do nich.
- Załatwię bramki na schody – powiedział Luke.
- Miałam to zrobić.
- Zajmę się tym.
- W porządku – odparłam z uśmiechem. – Bądź grzeczny, kochanie.
- Będę – odpowiedział blondyn, a ja uniosłam jedną brew do góry. Zaśmiałam się pod nosem. – Nasz synek też będzie grzeczny, prawda mistrzu? – Słowo nasz przyjemnie brzmiało z jego ust. Nic dziwnego, że uśmiechnęłam się raz jeszcze.
- Nie.
- Jak to nie?
- Tata!
- Obaj bądźcie grzeczni – powiedziałam, nachylając się w stronę Roberta. 
          Cmoknęłam go szybko w czoło, a mały złapał za moje włosy, wplątując w nie swoje drobne paluszki. Na szczęście szybko udało mi się uwolnić. Zerknęłam na Luke'a, który nastawił swój policzek. Przekręciłam oczami, a potem ze śmiechem, sprzedałam mu lekkiego całusa. Luke rozpromienił się jeszcze bardziej. Uwielbiałam jego uśmiech i mogłabym patrzeć się na niego godzinami. Teraz jednak czas mnie gonił. Nie mogłam się spóźnić.
- Mama! - zawołał Robert, ciągnąc mnie za koszulkę.
- Widzimy się później, skarbie – odparłam, przejeżdżając ręką po jego pleckach. – Zagadaj go. – Luke kiwnął głową.
- Synek, a co ja tam widzę? – Wskazał drugi koniec pokoju. – Czy to nie twój pingwin z wycieczki z zoo? Idziemy po pingwinka?
- Po! – zawołał Robert.
- Chodź zobaczymy, gdzie pingwinek ma oczka – ciągnął dalej blondyn. Wykorzystałam ten moment, gdy obaj się odwrócili. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę drzwi, a następnie cicho wyszłam z domu.

          Miałam dziwne wrażenie, że większość osób z uczelni się na mnie patrzy. Albo popadałam w paranoję albo faktycznie tak było. Nie przywykłam do takiego zainteresowania moją osobą, więc nic dziwnego, że czułam się z tym niezbyt dobrze. Tak, jakbym brała udział w jakimś reality show. Wiedziałam jednak skąd zaciągnąć potrzebnych mi informacji, dzięki którym będą mogła zweryfikować to, czy mi odbija czy nie.
- Lisa – powiedziałam, ciągnąc koleżankę na drugi koniec korytarza.
- Ej, ej… Poczekaj! Nie nadążam! – zawołała ze śmiechem. 
          Zatrzymałam się prawie przy samym oknie. Dziewczyna zmarszczyła czoło, nie za bardzo wiedząc, o co mi chodzi. Wzięłam głęboki oddech, wlepiając w nią swoje ciemne oczy.
- Czy ostatni znowu pisali coś w na temat 5 Seconds of Summer? Coś do dotyczy ich życia prywatnego? – wyszeptałam. Lisa zmierzyła mnie wzrokiem, a potem lekko przygryzła wargę. – Mów.
- Pojawiły się fotki z imprezy, na której byli chłopaki. Chłopaki i… ty. Nie było ich dużo. Może cztery, może pięć. Na jednej z nich było cię widać z Lukiem. Staliście przy barze. Jednak ci, co śledzą wiadomości o nich szybko się połapali, że jesteś tą samą tajemniczą dziewczyną z zoo. A raczej matką jego dziecka.
- Okej… Okej, to żadna tragedia – powiedziałam, udając, że mało mnie to obchodzi. Ale obchodziło. Nie chciałam pojawiać się w mediach. Chciałam być anonimowa. Anonimowa do bólu.
- Bo żadnej tragedii nie ma – pociągnęła Lisa z uśmiechem. – Wyluzuj. W końcu to przycichnie i zyskasz trochę spokoju.
- W sumie racja – odparłam, kiwając głową.
- No i fani chłopaków pokochali od razu tego twojego synka. Ma urok Hemmingsa.
- Jezu, ty tez – mruknęłam, przekręcając oczami. W dalszym ciągu uważałam, że Luke pod tym względem przesadza, bo Robert miał ten urok po mnie. I kropka!

           Wybiła pora lunchu, więc razem z Lisą ruszyliśmy do naszego studenckiego baru, aby napełnić brzuchy. Zajęłam nam stolik, a kumpela poszła złożyć zamówienie. Dwie cole i dwie zapiekanki z kurczakiem. Usiadłam w rogu, za dala od innych. Nadal miałam wrażenie, że niektórzy zerkają w moją stronę z ciekawością. Głównie były to dziewczyny.
          Lisa w końcu wróciła, siadając naprzeciwko mnie. Rozejrzała się po białym pomieszczeniu. Nachyliła się w moją stronę i uśmiechnęła się. Szybko rozliczyłam się z nią. Oparłam brodę o rękę, a Lisa wydobyła z kieszeni telefon, od którego była chyba uzależniona.
- Powiedzieć ci coś – zaczęła, a ja kiwnęłam głową. – Żałuję, że z tobą usiadłam, bo oni gapią się też na mnie. – Zrobiłam wielkie oczy i lekko rozchyliłam usta z niedowierzaniem. Blondynka zaśmiała się, a potem poklepała mnie po ramieniu. – Żartowałam… Naprawdę żartowałam.
- Aż mnie przytkało.
- Widzę – rzuciła ze śmiechem. – Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać. A oni – wskazała palcem za siebie – olej ich. W końcu im się znudzi. Teraz jesteś ciekawostką, bo nikt nawet nie przypuszczał, że Luke z 5 Seconds of Summer może mieć dziecko. A ty przeczesz jesteś dużą częścią tej historii.
- Olać ich – powtórzyłam jej słowa.
- Dokładnie – powiedziała z szerokim uśmiechem, mierząc we mnie palcem. Pstryknęła nimi, a ja mimowolnie uśmiechnęłam się. – Zobaczymy, co piszą na Twitterze. – Przekręciłam oczami. Standard w jej wykonaniu. – O! Ale to słodkie!
- Chcę to widzieć?
- Tak, zobacz. – Ściszyła głos . – Twój Hemmo dodał nową fotkę.
          Odwróciła telefon w moją stronę, przedstawiając mi zdjęcie. Na nim był Luke z Robertem, stojący przy dużym lustrze w łazience na górze. Blondyn postawił małemu włosy na żel, by jeszcze bardziej upodobnić go do siebie. Nawet ubrania mieli podobne. Pod zdjęciem widniał napis: jaki ojciec taki syn. Uśmiechnęłam się szeroko.
- To jest super – skomentowała Lisa. – Innym też się podoba.
          Już chciałam jej odpowiedzieć, kiedy poczułam wibrację w lewej kieszeni. Sięgnęłam po komórkę, a następnie wyciągnęłam ją. Spojrzałam na wyświetlacz. Dostałam mms-a od Hemmingsa. Odebrałam go. Zdjęcie z Twittera trafiło także i do mnie. Ta fotka naprawdę mi się podobała, więc szybko ustawiłam ją na tapetę. Chciałam już schować telefon z powrotem do kieszeni, kiedy komórka zawibrowała mi w dłoni. Tym razem nie był to żaden sms. Dzwonił Luke. Przeprosiłam Lisę i szybko odebrałam.
- Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje. Podoba ci się zdjęcie? – zapytał, a ja wyczułam, że się uśmiechał.
- Bardzo.
- To Hemmings! – powiedział głośniej, a ja przekręciłam oczami.
- To Walker.
- Przykro mi słoneczko, ale się mylisz – pociągnął. Westchnęłam teatralnie, co go rozbawiło. Luke był uparty. – Jak na uczelni?
- Świetnie, tylko czuję się, jak w pieprzonym Big Brotherze – pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. W końcu to nie była jego wina. Nic nie mógł na to poradzić. Nie chciałam mu też w żaden sposób pokazać, że coś jest nie tak.
- W porządku, mam przerwę.
- Lunch?
- Tak.
- Użyłaś mojej karty?
- Użyłam gotówki.
- Wypłaconej z?
- Boże, He… - Urwałam, by nikt nie słyszał jego nazwiska. A potem zastąpiłam to pierwszym lepszym słowem, jakie mi się z nim skojarzyło. – Pingwinie.
- Pingwinie? – powtórzył, a potem ryknął tak głośnym śmiechem, że myślałam, że ogłuchnę. – Jesteś urocza. – Prawie zazgrzytałam zębami. – Dowiem się, które konto?
- Co ci tak zależy?
- Obiecałaś, że będziesz używać mojej karty i…
- Dobra, wzięłam od siebie.
- Mieliśmy umowę.
- Może obowiązywać od jutra?
- Od dzisiaj, a dokładniej od dwunastej. – Zerknęłam na zegarek. Było za dwie dwunasta. Przekręciłam oczami po raz kolejny.
- Niech ci będzie.
- Super. – Podniosłam głowę, gdy Lisa ruszyła po nasze zamówione zapiekanki.
- Jest moje jedzenie. Pogadamy w domu?
- Oczywiście… Pingwinku – powiedział, a potem znów zachichotał.
- Jesteś niemożliwy.
- I to ci się podoba.
- Pa.
- Pa, Pingwinku – odparł, a potem rozłączył się. 
           Uniosłam lekko brwi do góry, wlepiając oczy w telefon. Jak tak dalej pójdzie, to nie wyrobię z nim psychicznie. Ale miał rację, to właśnie w nim uwielbiałam. To, że w niektórych momentach potrafił mnie całkowicie zaskoczyć i zakręcić. Takim zachowaniem przywoływał wspomnienia, za którymi tęskniłam. A teraz, co nieco z nich odzyskiwałam.

           Weszłam do domu. Pierwsze, co zobaczyłam, to Robert siedzący w kojcu i bawiący się zabawkami. Kiedy jednak usłyszał otwierające i zamykające się drzwi, dźwignął się na nogi i spojrzał wprost na mnie, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Mama! – zawołał, wyciągając do mnie rączki.
          Ściągnęłam torbę i rozejrzałam się po salonie. Drugie, co wpadło mi w oczy, to zamontowane na schodach bramki. Podeszłam do malca i wzięłam go na ręce. Synek od razu wtulił się we mnie, a potem sprzedał mi soczystego oślinionego całusa w kącik moich warg. Zastanawiałam się, gdzie jest starszy Hemmings. Odwróciłam się w stronę kuchni i od razu dostałam odpowiedź.
- Co ty robisz? – zapytałam ze śmiechem, widząc, jak Luke dokładnie zamiata podłogę.
- Zbiłem słoik.- Uniosłam brwi do góry. – W sumie trzy. Włożyłem małego do kojca, by się przypadkiem nie pokaleczył.
- Co to za słoiki?
- Z jego jedzeniem. – Zerknęłam na podłogę, ale lśniła czystością. Luke musiał ją najwidoczniej wypucować do granic możliwości. – Teraz jeszcze zamiatam, by mieć pewność, że nic nie zostało.
- Po co ci były, aż trzy słoiki?
- Użyłem tylko jeden, ale pozwoliłem mu wybrać obiadek – pociągnął zadowolony z siebie Luke. Nie chciałam mu przypominać, że Robert jeszcze nie rozróżnia nazw jedzenia. Skoro blondyn się cieszył ze swojego genialnego pomysłu, to niech tak zostanie. – Tylko zapomniałem o tych słoikach. Postawiłem pusty obok tych pełnych, a potem przez przypadek strąciłem cały komplet. Ale… Nic się nie dzieje.
- No… To w porządku – odparłam, kiedy Hemmings wyprostował się, a następnie odłożył zmiotkę i wyrzucił wszystko z szufelki. Następnie schował te dwie rzeczy do szafki pod zlewem. – Gotowe.
- Perfekcyjny pan domu.
- A wątpisz w to? Nawet bramki już są.
- Dzięki.
- Bezpieczeństwo przede wszystkim, co nie mistrzu? – rzucił, podchodząc do nas. Robert od razu wyciągnął do niego ręce. Luke szybko go przejął, a potem spojrzał na mnie, w dalszym ciągu uśmiechając się szeroko.
- Co?
- Powiesz mi, o co chodziło z tym Pingwinem? 
- Tak mi się, tylko powiedziało – odparłam, wzruszając ramionami.
- Tylko?
- Tylko.
- Niech ci będzie… Pingwinku – rzucił ze śmiechem. 
          Sprzedałam mu sójkę w bok, a następnie przeszłam do kuchni w celu zrobienia sobie kolejnej kawy. Musiałam też zabrać się za obiad, bo z tego co zdążyłam zauważyć, Luke zostawił tą pracę dla mnie.
          Zdążyłam wstawić wodę, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Cała nasza trójka odwróciła się w tamtą stronę. Po chwili do środka wpadli pozostali członkowie zespołu, uśmiechnięci od ucha do ucha.
- Cześć. Kawy? – rzuciłam od razu, a oni pokiwali głowami.
- Załapiemy się też na obiad?- odparł Irwin, podchodząc do małego. Przytaknęłam. – Cześć, szkrabie.
- Suń się – powiedział Calum, odpychając go na bok. – Jest mój.
- Mi! – krzyknął Robert, pokazując na zielonowłosego.
- Jest mój – odezwał się z triumfem Michael.
- Zdecydowanie został czymś przekupiony – skwitował Hood i pokręcił nosem z niezadowoleniem.
- Będzie mi brakować twoich cudnych posiłków – odparł Ashton, siadając przy stole. Odwróciłam się, by móc na niego spojrzeć.
- Jeszcze się nimi nacieszysz.
- W sumie został nam cały tydzień – pociągnął przyjaciel, a ja zrobiłam wielkie oczy. Chłopak nieco się zmieszał, a potem zerknął na Hemmingsa, by po chwili ponownie przenieść na mnie swoje brązowe oczy. – Myślałem… Myślałem, że wiesz. Ale za trzy tygodnie znów wrócimy do Sydney.
- Więc będziesz miał ponowną okazję, by się nimi cieszyć – powiedziałam, wymuszając na twarzy uśmiech. Miałam tylko nadzieję, że wyszedł dość naturalny i był przekonywujący. W środku coś mnie ścisnęło. Musiałam jednak robić dobrą minę do złej gry.

          Chłopaki wyszli ode mnie wieczorem. Gdy tylko to zrobili, zabrałam małego na górę, by przyszykować go do snu. Luke zaoferował swoją pomoc, więc został na dole, aby zrobić mleko. Przyszedł z nim na górę, w momencie kiedy Robert był gotowy do swojego ostatniego w tym dniu posiłku. Przekazałam mu syna, który od razu został nakarmiony. Jak w większości przypadków, padł w końcówce jedzenia. Blondyn włożył go do łóżeczka, otulając go kołderką. Włączyłam lampkę i elektroniczną nianię, a potem oboje wyszliśmy z pokoju. Zeszliśmy na dół.
          Zerknęłam na blondyna, który zabrał się za dopijanie swojego napoju. Usiadłam na sofie, nie spuszczając z niego wzroku. Znów wróciła do mnie ta myśl, że za tydzień już go tu nie będzie. A odkąd dowiedział się o Robercie, widzieliśmy się codziennie. Gdzieś w środku poczułam znajome ukłucie smutku i żalu. Nie chciałam, by nas zostawiał. Szczególnie, że zdążyłam przyzwyczaić się do jego obecności. Do tego, że jest obok i że zawsze mogę na niego liczyć. Te trzy tygodnie zaczęły wydawać się nagle koszmarnie długie. Jakby miały trwać całą wieczność.
          Nagle poczułam, jak Luke siada obok mnie. Wzięłam głęboki oddech, starając się nie rozkleić, bo najnormalniej w świecie perspektywa rozłąki bolała. Zerknęłam na niego, widząc przed sobą te błękitne cudowne oczy.
- Co się dzieje?
- Nic. Wszystko w porządku. – Luke westchnął ciężko, a potem złapał mnie za rękę. Poczułam przyjemne ciepło.
- Mów.
- Musisz dzisiaj iść?
- Chcesz żebym został?
- Bardzo chcę byś został – powiedziałam cicho.
- A powiesz mi, co się dzieje? – Odgarnął mi z ramion ciemne włosy. Szybki dreszcz przebiegł mi po plecach. Jego palce odrobinę mocniej zacisnęły się na mojej dłoni.
- Chcę się tobą nacieszyć, póki jeszcze mam na to czas – wyszeptałam, a Luke przygryzł wargę.
- Przepraszam, to nie powinno tak wyglądać.
- Nic na to nie poradzisz. Kochasz to, co robisz.
- Ale kocham też was.
          Wstrzymałam oddech, nie mogąc oderwać od niego oczu. Te słowa sprawiły, że moje serce przyspieszyło jeszcze bardziej. Mogłam się założyć, że moje policzki poróżowiały. Zrobiło mi się gorąco, a ja przez moment zapomniałam, w jaki sposób się oddycha. Przez te emocje, wszystko we mnie zadrżało.
- Dobrze słyszałaś – powiedział cicho Luke, przejeżdżając palcami po mojej twarzy. Jego dotyk elektryzował i pozwalał się skupić, tylko i wyłącznie na nim. Chociaż i to w tym momencie było trudne. – Kocham Roberta i kocham ciebie. Jesteście dla mnie najważniejszymi osobami. – Przybliżył się do mnie jeszcze bardziej. – Wiem, że nie powiesz mi tego samego, ale musisz to wiedzieć. Nie widzę świata poza wami. Chcę być częścią tego, co tworzycie. Wiem, że być może na daną chwilę oczekuję zbyt wiele, ale zastanów się nad tym, okej? Tak naprawdę…
          Zupełnie nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. Jedno wiedziałam na pewno - że ja też go kocham. Nie wiedziałam tylko, czy jestem gotowa na to, by znów z nim być. By znów zacząć tworzyć coś większego. By zmienić naszą relację i przenieść ją na inne tory. Nie byłam pewna, czy powinnam się w to wszystko pakować, wiedząc kim jest teraz. On jednak dawał mi czas. Czas na zastanowienie się i nie podejmowanie decyzji zbyt pochopnie. Za to byłam mu wdzięczna.
           Dlatego zamiast użyć słów, po prostu objęłam jego kark rękami i przyciągnęłam do siebie. Złączyłam nasze usta, co pozwoliło mi zatracić się w tej chwili. Zatracić się w każdym kolejnym dotyku i pocałunku. Zatracić w tej bliskości, bezpieczeństwie i cieple, które mi dawał. Chciałam czerpać z tego garściami, by czuć to jeszcze silniej, mocniej i dłużej.
           Luke naparł na mnie, a ja położyłam się na sofie. Skrzywiłam się jednak, a blondyn od razu uniósł się na rękach, by na mnie spojrzeć. Sięgnęłam pod plecy, czując przyczynę mojego dyskomfortu. Pingwin. Pod plecami miałam maskotkę naszego syna. Hemmings zaśmiał się, a ten dźwięk był tak cudowny, że sama uśmiechnęłam się do niego szeroko. Złapał za misia i rzucił go w kierunku kojca, trafiając idealnie w sam jego środek. Potem niewiele myśląc wrócił do przerwanej czynności, a ja rozkoszowałam się każdą najdrobniejszą rzeczą, którą robił.

           Zaczęliśmy i skończyliśmy na kanapie. Luke okrył nas przewieszonym przez oparcie kocem, więc tkwiliśmy nadzy i wtuleni w siebie jeszcze przez jakiś czas. W końcu zarządziłam kierunek spanie. Szczególnie, że rano znów musiałam zjawić się na zajęciach. Z głupkowatymi uśmiechami, niczym para nastolatków, którymi już nie byliśmy, zebraliśmy swoje rzeczy, a potem razem udaliśmy się do łazienki, by wspólnie wyszykować się do snu. Gdy tylko padłam na łóżko, blondyn od razu objął mnie ramieniem, przysuwając się, jak najbliżej. Uśmiechnęłam się pod nosem, a potem zamknęłam oczy, mając nadzieję, że szybko uda mi się zasnąć.
           Dochodziła druga w nocy, gdy usłyszałam płacz wydobywający się z elektronicznej niani. Z początku był cichy, ale z każdą minutą stawał się głośniejszy. Poruszyłam się i zapaliłam lampkę. Chciałam odgarnąć kołdrę, by wstać, kiedy poczułam ciepłą dłoń na moim odsłoniętym ramieniu.
- Ja do niego pójdę – powiedział Luke. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się lekko.
- Nie rozbudzaj go tylko.
- Jasne. - Pocałował mnie w usta, a potem wstał z łóżka. Był w samych bokserkach, więc przez chwilę mogłam podziwiać jego okryte ciało, dopóki nie zniknął w korytarzu.
- Już synek, nie płaczemy. – Dzięki elektronicznej niani, mogłam usłyszeć jego cichy i spokojny głos. Po dźwiękach wnioskowałam, że Luke wziął małego na ręce. Uśmiechnęłam się pod nosem. – Tata chciałby być zawsze obok ciebie, choć czasami nie będzie to możliwe. Obiecuję ci jednak, że zawsze będziesz mógł na mnie liczyć, bez względu na to, co będzie się działo – dodał szeptem, ale ja i tak to słyszałam.
           Momentalnie oczy zaszły mi łzami, a ja nawet nie walczyłam z tym, by je powstrzymać. Wyłączyłam lampkę, przez co naokoło mnie zrobiło się ciemno. Wcisnęłam twarz w poduszkę. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam to, to by Luke widział, że się rozkleiłam. Znowu.
           W końcu w pokoju obok zapanowała cisza. Robert z pewnością znów pogrążył się w głębokim śnie. I tak musiało być, bo Hemmings wrócił do sypialni. Powoli podszedł do łóżka, a następnie wszedł na materac. Wsunął się pod kołdrę. Jego ramiona ponownie otoczył mnie ciasno, a ja odwróciłam się w jego stronę, by móc wtulić się w jego ciepłe ciało. Jego słowa, skierowane do naszego dziecka nadal rozbrzmiewały mi w głowie. I wzruszały tak samo, jak za pierwszym razem, gdy je wypowiedział.
- Emi?
- Tak?
- Coś się stało?
- Nie – skłamałam, przejeżdżając dłonią przez jego plecy. – Jestem tylko zmęczona.
- Śpij, skarbie. Jutro masz poranną pobudkę.
- Żadna nowość. Oprócz tego, że obudzę się obok ciebie – powiedziałam z lekkim uśmiechem, który zamaskował nieco łzy. – Lubię budzić się obok ciebie.
- Ja też lubię budzić się obok ciebie – powtórzył moje słowa, a ja zaśmiałam się cicho.
- Mogę się budzić obok ciebie do końca twojego pobytu w Sydney?
- Naprawdę tego chcesz? – zapytał, a ja wyłapałam w jego głosie nutę nadziei.
- Naprawdę tego chcę – odpowiedziałam, przyciskając policzek do jego klatki piersiowej. Między nami zapanowała cisza, a ja mogłam wsłuchać się w równy rytm bicia jego serca. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w ten przyjemny dźwięk, czekając na sen.  


***
I tak to wyszło, że... został im, tylko tydzień na spędzanie wspólnego czasu. Czy ten tydzień im wystarczy, by w końcu dojść do ładu w swojej relacji czy może nic z tego nie będzie? :D
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Chcę Was też poinformować, że prawdopodobnie (o ile się na bank zdecyduję) pojawi się druga część tego opowiadania, ale więcej szczegółów później :) O ile dobrze pamiętam, to chyba do końca tej części zostało z sześć rozdziałów + epilog. 

Klasycznie dziękuję Wam za te wszystkie cudne komentarze, jakie mogę czytać! Uwielbiam je! :)

Kolejny w następny wtorek.

Pozdrawiam!



W następnym odcinku:

- Nie?- wydusił z siebie, a potem znów zaczął płakać.
- No, niegrzeczny.
- Mogę wiedzieć, dlaczego mój syn płacze?

***

- Możemy zrobić sobie z tobą zdjęcie?
- Co, proszę?
- Zdjęcie. Jako dowód, że cię poznałyśmy.

***

- To co innego – przerwała mu. – Nie chcę, by ktoś mnie z tobą widział sam na sam.
- Bo?
- Serio Hood? – warknęła, a on kiwnął jej głową. Wzięła głęboki oddech.- Nie chcę być na językach. Wystarczy, że Emily się z tym męczy.

***

- Luke to nie jest twoja wina.
- Moja. Moja wina. 

15 komentarzy:

  1. A jednak, dobrze, że sprawdziłam czy jest rozdział 8) a jest on przekochany, jeszcze to wyznanie Luke'a *.* Em też musi w końcu się przełamać i wyznać to co czuje. O, tak druga część byłaby super ♡ Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz naprawdę dobre wyczucie :) Jestem już z pisaniem na końcu tej historii i to zależy od tego w jaki sposób ją skończę - tzn. od tego zależeć będzie, czy wezmę się za drugą część. Na razie wychodzi na to, że jest duże prawdopodobieństwo :)

      Usuń
  2. Cudny ❤ I jeżeli naprawdę pojawi się druga część to będę wniebowzięta ❤❤❤ pozdrawiam i życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba. Na razie jest duża szansa na to, że pojawi się część 2 - choć to może się zmienić, w zależności od tego, jak zakończę jedynkę :)

      Usuń
  3. Jeju ten rozdział jest genialny wiesz jak się popłakałam?? <3 Nie mogę przywyknąć do tego że Luke wyjeżdża... :( Ale mam nadzieję że Emi i Roberta weźmie ze sobą :* Oni są idealni i tak do siebie pasują :3 Mam nadzieję że Emi powie Lukowi że też go kocha <3 Kocham to opowiadanie czekam na następny rozdziału i życzę weny :D Pozdrawiam xoxo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Cieszę się, że udało mi się wywołać takie emocje - a o to najtrudniej :) No, niestety nie może siedzieć w Sydney wiecznie. Dziękuję za komentarz! Cieszę się, że historia Ci się tak podoba :)

      Usuń
  4. Aaaaaaaa !! ♥.♥ Ale mega extra sweet rozdział :D Cud Miod I Jednorożceł ! ♡♡
    Ale jestem podjarana że bedzie (prawdopodobnie) nastepna czesc tego opowiadania :* :) taki banan na ryju :-D
    A co do rozdzialu :
    Juz wiem ze jak oni bedą wyjezdzac bede ryczeć jak bober ! :"( :"(
    Hah no i ten słodziak Hemmings :* awww.. normalnie on i Em to idealna para ! ♥♡♥
    Hemmings to idealna niania i perfekcyjny pan domu i słodziak i wgl w jednym *-*
    No to czekam do kolejnego wtorku !! :* :) Weny ♥♡♥♡♥♡♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinnam to prawdopodobnie ogarnąć do następnej części - o ile zdążę napisać do tej pory ostatni rozdział :) Wtedy będę wiedzieć, czy pociągnę to dalej.
      Hemmo łamie stereotypy, więc został panią domu i nianią w jednym :)
      Dziękuję bardzo za tak cudny komentarz :)

      Usuń
  5. Mam łzy w oczach, Luke, Em i Robert są dla mnie wspaniałą rodzinką, chociaż wiem, że Em i Luke jeszcze nie są razem. Rozdział genialny.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę się cieszę, że udało mi się wzbudzić emocje :) Po raz kolejny :) Cieszę się, że się podobało :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Wyobraziłam sobie to zdjęcie i AWWWWWWWWW przesłodkie - Luke jako tatuś idealnie spełnia swoją rolę, no i do tego jest perfekcyjną panią domu :) Ej, nie no dlaczego tylko tydzień - jak to został im tylko tydzień O_O A potem, co? Co będzie z Robertem i Em? Nie, no oni muszą być razem, by wyjechać razem. Końcówka była wzruszająca - szczególnie te słowa Hemmo do synka :)
    Czekam na next
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, a potem - to od nich zależy, co stanie się potem :) Cieszę się, że udało mi się znów u Ciebie wzbudzić emocje :)
      Pozdrawiam!

      Usuń