wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział 16 cz.1

          Siedziałam w kuchni, pochylając się nad pracą z przedmiotu Kompozycja obrazu fotograficznego. Musiałam wykorzystać ten moment wytchnienia i skorzystać z okazji, że Luke zabrał małego do swoich rodziców. Dzięki temu mogłam stu procentowo skupić się nad zadaniami, które zlecił nam wykładowca. A chciałam to, jak najszybciej odbębnić, bo czekało mnie jeszcze dzisiaj szykowanie się na imprezę, na którą wyciągnął mnie Irwin. A to było o wiele ciekawsze zajęcie, niż jakieś kompozycje. Przynajmniej dla mnie, bo znów mieliśmy wybrać się na wspólne picie całą naszą paczką. A nie robiliśmy tego od… od dawna, nie licząc urodzin Roberta.
           Zdążyłam skończyć pracę z Kompozycji, gdy drzwi od mojego domu otworzyły się. Do środka wszedł Luke, niosąc małego na rękach. Robert spał wtulony w jego ramię, obejmując jedną rączką jego szyję, a drugą przyciskając do swojego policzka. Zebrałam wszystkie papiery, układając je na kupkę, a potem podeszłam do niego.
- Długo śpi?
- Zasnął przed chwilą – powiedział, podając mi małego.
           Przejęłam synka delikatnie, starając się go nie obudzić. Spojrzałam na blondyna, wskazując mu piętro. Kiwnął tylko głową i ruszył w stronę kuchni. Ja z małym poszłam na górę. Ściągnęłam mu buciki i spodenki, a potem położyłam do łóżeczka. Na szczęście nie przebudził się. Włączyłam elektroniczną nianię i wróciłam na dół do salonu.
- Jak było?
- Moja mama jest w nim zakochana – powiedział ze śmiechem Luke. – Ma urok Hemmingsa. – Przekręciłam oczami, a blondyn zaśmiał się po raz kolejny. – Będziesz temu zaprzeczać?
- A może ma urok Walker?
- Przykro mi, ale to czysty Hemmings – rzucił, dumnie prostując się. Dobra, dyskusja na ten temat była zbędna, bo Luke i tak wiedział lepiej. Z drugiej strony to było naprawdę słodkie, jak porównywał go do siebie i swojej rodziny.
- Głodny?
- Nie.
- Okej, to zrobię tosty, tylko dla siebie.
- Namówiłaś mnie – rzucił, rozsiadając się na krześle w kuchni.

***
          Przyjechał do Emily samochodem, w którym miał przyszykowane rzeczy na zmianę. Dzisiaj wychodzili do klubu i Luke szykował się u niej w domu. Choć w jego przypadku słowo szykowanie się, nie było zbyt precyzyjne. On po prostu zmienił koszulkę, dodał do tego czarną koszulę, poprawił włosy i użył perfum oraz dezodorantu – i tyle. Szykowała się za to Emily, która chyba już od godziny siedziała w łazience.
          Robert wspiął się na jego kolana, przyciskając policzek do jego policzka. Złapał go za nos, a potem roześmiał się radośnie, gdy Luke udał, że chce go ugryźć. Połaskotał go, a mały znów wydał z siebie ten przyjemny dla ucha dźwięk.
- Em! – krzyknął w stronę schodów.
- Już idę! – Luke przekręcił oczami. Słyszał to z jakieś piętnaście minut temu.
          Nie chciał się spóźnić na umówione spotkanie, a musieli jeszcze podrzucić małego do rodziców Em, którzy zgodzili się zająć wnukiem. Dziewczyna jednak nadal siedziała na górze, a blondyn zastanawiał się, co takiego jeszcze może tam robić. Spojrzał na swojego syna, który pociągnął go za koszulkę.
- Nigdy nie wierz w słowa kobiet, gdy mówią, że już idą – powiedział, wpatrując się w niego. Robert włożył rękę do buzi, obśliniając sobie palce. Luke złapał za pieluszkę i wytarł go. – To zwykła ściema, jaką nam mówią. Jasne?
- No – odpowiedział mały, a Hemmings zaśmiał się.
- Jesteś najmądrzejszym maluchem, jakiego znam.
- Tata.
- Co synek?
- Tata! – Luke przybliżył się do niego, całując go czule w czoło.
- Mój mały chłopiec – powiedział ciszej, a Robert wtulił się w niego.
          Drgnął i podniósł głowę do góry, słysząc kroki. Po chwili zobaczył Emily. Zrobił wielkie oczy, mierząc ją od góry do dołu. Miała na sobie obcisłe czarne dżinsy, białą bluzkę z głębszym dekoltem, a na to narzuciła rozpiętą czarną koszulę. Do tego dodała czarne buty na obcasie. Skręciła włosy w lekkie loki, a na jej twarzy pojawił się mocniejszy makijaż. Dla niego wyglądała nieziemsko.
- Nieraz synek warto jest poczekać – rzucił do małego, znów sprzedając mu szybkiego całusa w czoło. Wstał z miejsca. – Pięknie wyglądasz.
- Um… Dzięki – odpowiedziała z delikatnym uśmiechem, który go niesamowicie kusił. – Ty też prezentujesz się naprawdę dobrze. Idziemy?
- Tak. Zamówiłem nam już taksówkę. Będzie u twoich rodziców za pół godziny. – Dziewczyna tylko kiwnęła głową. Założyła cienki płaszcz i przerzuciła przez ramię pasek od małej torebki.
- Pójdziesz do mamy?
- Może lepiej niech zostanie u taty – stwierdził Luke, odsuwając się od niej. – Mama ma niebezpieczne buty.
- Czy ty sugerujesz mi, że nie umiem chodzić na obcasach?
- Sugeruję ci, że możesz się w nich potknąć i przewrócić, robiąc krzywdę mojemu maleństwu. – Em zmrużyła na niego oczy, zgrzytając zębami. Luke parsknął śmiechem. – Żartowałem. Ale tak… Poniosę go. To syneczek tatusia.
- Pieprz się – mruknęła, kierując się w stronę drzwi.
- Mama jest niegrzeczna i brzydko mówi.
- Be?
- No, bardzo be. Chociaż wygląda cudownie. – Emily niewiele myśląc odwróciła się do niego i pokazała mu środkowy palec. Hemmings znów wybuchł śmiechem.

***
          Zostawiliśmy małego u moich rodziców. Na szczęście dziadek zajął się nim w momencie, kiedy wychodziliśmy z domu. Dzięki temu odwrócił jego uwagę i z pewnością Robert nie płakał. Następnie wsiedliśmy do zamówionej przez Hemmingsa taksówki i ruszyliśmy na podbój klubu Vanilla, który należał do wujka Ashtona. Byliśmy już tam kilka razy i naprawdę zawsze bawiliśmy się dobrze. Miałam nadzieję, że tym razem będzie tak samo.
          Przed wejściem już kłębił się niewielki tłum ludzi. Duży, wysoki, jasny budynek, oświetlony licznymi neonami, przyciągał klientelę. Impreza w klubie powoli się rozkręcała, ale i tak największe oblężenie było po dziesiątej. Wtedy wejście do środka graniczyło z cudem, bo miejsce to o takiej porze niemalże pękało w szwach.
          Wysiedliśmy z taksówki, starając się namierzyć pozostałą część naszej grupy. W końcu z daleka zamajaczyła mi postać Katie. Złapałam Luke'a za ramię i pociągnęłam go w tamtym kierunku. Pozostali czekali na nas od drugiej strony budynku, by wejść do środka bocznym wejściem.
- No, w końcu – rzucił Clifford, przystępując zniecierpliwiony z nogi na nogę.
- Przecież się nie spóźniliśmy – odparłam, sprawdzając godzinę w telefonie. Zmarszczyłam nos, wlepiając oczy w zielonowłosego chłopaka. Michael wyszczerzył się do mnie w odpowiedzi.
- Dobra, idziemy – zarządził Ashton, machając na nas.
           Poprowadził nas do drzwi, a potem otworzył je, wpuszczając do środka. Z ciemnego korytarza, trafiliśmy do jakiegoś pokoju. Zanim zdążyłam ogarnąć miejsce, w jakim się znalazłam, do środka wpadł roześmiany pięćdziesięciolatek. Przybił piątkę ze swoim siostrzeńcem, a następnie przywitał się z nami.
- Kupę lat dzieciaki – powiedział, przyglądając się nam uważnie. – Ale się dziewczyny pozmieniałyście!
- Pan za to dalej jest takim samym przystojniakiem – odparła Katie, a wujek Irwina zachichotał pod nosem. Ten facet był jednym z najbardziej wyluzowanych dorosłych, jakich spotkałam na swojej drodze. Biła od niego tak pozytywna energia, że jak tylko było się w pobliżu, to człowiek nie mógł przestać się uśmiechać.
- Zabawa oczywiście na koszt firmy – skwitował, kiwając głową. – Moi ludzie o tym wiedzą. Bawcie się dobrze i bądźcie grzeczni.
- Sie wie wujku – powiedział Ashton.
- Zaklepałem wam lożę na górze. Możecie zostawić tu kurtki. Miłej zabawy – pociągnął, a następnie szybko wyszedł z pomieszczenia. 
           Dopiero po chwili zorientowałam się, że jesteśmy w czymś na wzór pokoju służbowego. Było tu pełno toreb i ubrań, które musiały należeć do pozostałej załogi klubu. Ashton odnalazł wolny wieszak i tam ulokowaliśmy swoje kurtki i płaszcze.
          Wyszliśmy z powrotem na ciemny korytarz. Ashton wysunął się na przód, prowadząc nas w stronę głośnej muzyki. Otworzył białe drzwi i wtedy buchnął w nas bas. Dzisiaj była impreza z mieszanką muzyczną. Raz puszczali znane stare przeboje, przeplatając je z nowymi kawałkami. Po jednej stronie znajdował się oświetlony na niebiesko długi bar, a zaraz obok niego liczne kwadratowe stoły i krzesła. Duży parkiet na razie był pusty, ale i tak po podłodze tańczyły kolorowe światła, które zmieniały się w rytm lecącej piosenki. Na końcu znajdowały się schody, przy których stał barczysty ochroniarz ubrany na czarno. Ashton ruszył w tamtą stronę, a my poszliśmy za nim.
           Irwin przybił piątkę mężczyźnie, który pilnował wejścia na górę tak, by nikt niepożądany się tam nie kręcił. Chłopaki przywitali się z nim szybkim skinięciem głową. Ja i Katie zdobyłyśmy się na lekkie uśmiechy, a ochroniarz odpowiedział nam tym samym. Weszliśmy na górę. Przemieściliśmy się wzdłuż skórzanych sof i białych stolików. Na samym końcu Ashton odnalazł karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem, a także pozostawiony tam dla nas alkohol i napoje. 
- Twój wujek zadbał o wszystko - rzucił Calum, rozwalając się na sofie.
- To, co? Szybki rozchodniaczek za wspólne wyjście? – zaproponował Ash, siadając obok Mulata i łapiąc za butelkę wódki, która chłodziła się w metalowym pojemniku z lodem.
- No, nie każ nam czekać – rzuciła Katie, siadając po drugiej stronie Hooda. Ja dla odmiany zajęłam miejsce naprzeciwko nich, mając po jednej stronie Luke'a, a po drugiej Michaela. Niema co, dobra obstawa, jak na ten wieczór.
          Calum rozstawił kieliszki i kwadratowe szklanki. Do tych drugich nalał napoju. Potem do pracy wziął się Irwin, napełniając mniejsze naczynia zimną wódką. Rozdał każdemu po zestawie, a potem uśmiechnął się do nas szeroko.
- Za miły wieczór, drodzy przyjaciele – powiedział Irwin. Każdy uśmiechnął się do niego szeroko, a potem stuknęliśmy się kieliszkami.
          Przyłożyłam go do ust, przechylając go. Cała jego zawartość znalazła się w mojej buzi, a ja poczułam, jak zimny alkohol roznosi się po języku. Szybko przełknęłam to, co miałam w ustach, zapijając niewielką ilością coli. Na końcówce nieco mnie skrzywiło. Zauważyłam, że nie tylko mnie, bo Katie też zmarszczyła nos, a potem wzdrygnęła się. Pierwsze zawsze są najcięższe.
- Co powiecie na drugi toast, za nasze piękne panie? – zaproponował Calum, patrząc na swoją byłą dziewczynę.
- I za przystojnych panów – zaczęła Katie, uśmiechając się do niego złośliwie - którzy jeszcze nie przyszli.
          Widząc oburzone miny chłopaków, nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam niekontrolowanym śmiechem. Szklanka z colą zakołysała się w mojej dłoni, a ja starałam się nie popłakać. Calum wyglądał tak, jakby dostał od niej w twarz.
- Przypomnij mi, dlaczego my się w ogóle z tobą kumplujemy? – odezwał się Clifford.
- Bo jestem urocza – skwitowała. Wymieniła ze mną porozumiewawcze spojrzenie, a ja zaśmiałam się po raz kolejny. To była cała Katie.

           Nie było tak, że w klubie chłopaki byli anonimowi. Nawet tu byli proszeni o zdjęcia, choć nie były to jakieś wielkie tłumy ludzi, które uniemożliwiłyby im zabawę. Na górze był spokój, bo Tyler – ochroniarz od schodów – uważnie pilnował kręcących się w tą i z powrotem ludzi. Klientów klubu Vanilla przybywało. W końcu i parkiet zaczął zapełniać się, bawiącymi się ludźmi.
            Po wypiciu kilku kieliszków czystej wódki i zapiciu tego wyśmienitym kolorowym drinkiem, zaczął mi się udzielać imprezowy klimat tego miejsca. Sama chciałam trochę się wyszaleć i przestać myśleć o obowiązkach, jakie miałam w domu. Nie musiałam w ogóle namawiać przyjaciółki na wyjście na parkiet. Zgodziła się od razu. Dlatego szybko zostawiliśmy w tyle chłopków, by ruszyć w tłum tańczących, którzy z góry wyglądali, jaki kłębowisko kolorowych cieni.
            Przetańczyłam z nią może trzy piosenki, gdy Katie została porwana do tańca przez nieznajomego mężczyznę, który mógł być od nas o rok czy dwa starszy. Już myślałam, że zostanę na parkiecie sama, ale obok mnie wyrósł Irwin, który idealnie spisał się jako osoba towarzysząca w pląsach. Ashton zazwyczaj wydurniał się przy tańczeniu, ale w takich okolicznościach umiał pokazać, że coś jednak umie. Świetnie potrafił wczuć się w rytm muzyki i poprowadzić cię przez cały utwór.
            Odłączyłam się od Irwina, który poszedł do baru. Sama postanowiłam skierować się na górę i odpocząć. Zerknęłam jeszcze na pozostałe towarzystwo, które znalazło się na dole. Calum właśnie tańczył z jakąś panną, a Katie prawie kipiała ze złości. Tak, nie dam sobie wmówić tego, że jej przeszło. Michael dla odmiany rozmawiał z jakąś parką, a nieznajomy chłopak, co jakiś czas lekko podskakiwał, najwidoczniej podekscytowany tematem. Nie powiem był to całkiem sympatyczny obrazek, szczególnie, że jego dziewczyna patrzyła na niego z politowaniem. Czyżby Michael spotkał swojego wielkiego fana?
           Weszłam na górę i skierowałam się w stronę naszego stolika. Zauważyłam, że w dalszym ciągu siedział przy nim Luke. Zajęłam miejsce obok niego, a blondyn od razu podniósł głowę, spoglądając na mnie.
- Kiepsko się bawisz? – zapytałam, nachylając się w stronę swojej szklanki. Niestety była pusta.
- Bawię się dobrze – powiedział, podając mi swojego drinka. Zerknęłam na niego, a potem powoli przejęłam od niego szklankę. Upiłam niewielki łyk. Odstawiłam ją. – A ty?
- Bawię się znakomicie – odpowiedziałam, opierając się o oparcie. Luke odwrócił się, by lepiej mnie widzieć. – Tego chyba potrzebowałam. – Uśmiechnął się pod nosem. – Co?
- Zawsze dobrze się czułaś w takich miejscach.
- Prawda. Chociaż i tak najbardziej uwielbiałam nasze grupowe spotkania na plaży lub w garażu Caluma.
- Tak… Były wyjątkowe. To był wyjątkowy czas.
- To był nasz czas – powiedziałam z uśmiechem, a on odpowiedział mi tym samym. – Luke? – Podniosłam się. Kiwnął mi głową. – Najbardziej jednak uwielbiałam chwile sam na sam z tobą- dodałam cicho, a potem sama skarciłam się za to w myślach. 
           Alkohol dodał mi odwagi i pewności siebie, więc to zdanie wypłynęło z moich ust, prawie bez żadnej większej kontroli i analizy. Blondyn spojrzał na stolik, by po chwili znów przenieść na mnie swoje błękitne oczy. W tym miejscu i przy tym świetle, wyglądały na dużo ciemniejsze, niż były w rzeczywistości. Uśmiechnął się po raz kolejny.
- Ja też je najbardziej uwielbiałem. - Poklepałam go po plecach, ponownie się uśmiechając.
- Dasz się jeszcze napić twojego drinka?
- Jest twój.
- Dzięki…
- Ale za coś.
- Za coś? – zapytałam, unosząc brwi do góry. Hemmings zaśmiał się, a potem popukał palcem w swój policzek. Przekręciłam oczami. W sumie nie miałam nic przeciwko temu, by się odrobinę do niego zbliżyć, mimo tego, że byliśmy w miejscu publicznym.
           Przysunęłam się jeszcze bliżej niego. Luke nadstawił się. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, a potem przybliżyłam w jego stronę usta. Już chciałam delikatnie cmoknąć go w policzek, kiedy ten niespodziewanie odwrócił się tak, że moje wargi wylądowały na jego. Od razu zrobiło mi się gorąco. Poczułam przyjemny dreszcz, który powędrował wzdłuż mojego ciała.
           Jednak nie pociągnęłam tej gry. Odskoczyłam od niego, a potem niewiele myśląc, trzepnęłam go w ramię. Luke zareagował na to wybuchem cichego śmiechu, a ten dźwięk naprawdę był przyjemny, nie tylko dla moich uszu, ale także i serca, które odrobinę przyspieszyło.
- Drink jest twój – powiedział, zadowolony z siebie, podając mi szklankę.
- Jesteś podstępny, Hemmings – skwitowałam, przejmując od niego napój.
            Zdążyłam upić niewielki łyk, gdy tuż przed nami pojawiła się rozzłoszczona Katie. Klapnęła na sofę naprzeciwko nas, a potem warknęła pod nosem. Uniosłam lekko brwi do góry, a przyjaciółka spojrzała na nas, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że nie jest przy stoliku sama. Gdzieś w środku czułam, że jej złość kierowana jest w stronę Mulata.
- Co jest? – zapytałam.
- On mnie wkurwia – skwitowała, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Kto? – zainteresował się Luke.
- Calum! – warknęła, unosząc ręce do góry. Potem wróciła do poprzedniej pozycji.
- Co znowu zrobił?
- Jak znowu? – pociągnął Hemmings, zerkając na mnie. Nie no, ta rozmowa nie miała sensu, jeśli on siedział obok.
- Co zrobił Calum? – poprawiłam się. Katie najwidoczniej miała to gdzieś, że jest w towarzystwie przyjaciela Hooda. 
- Kręci się wokół takiej jednej…
- Ale wy nie jesteście razem –przypomniałam jej, a ona obrzuciła mnie karcącym wzrokiem. – Więc… chyba może tańczyć z kim chce?
- A gdyby to Luke tańczył z jakąś lalunią? – wypaliła, a ja spojrzałam na blondyna w tym samym momencie, w którym on zerknął na mnie.
- To by tańczył – powiedziałam powoli. – Jest wolny. Może robić, co chce – dodałam zgodnie z prawdą. W środku jednak czułam, że sama byłabym wściekła, bo chyba w jakiś sposób nadal byłam o niego zazdrosna. Jednak ja nie okazywałabym tego tak otwarcie, jak robiła to Katie. Umiałam się pohamować, by nie wyjść na wariatkę.
- Nie jestem pewny, czy ja chcę tego słuchać dalej – rzucił Hemmings. – Pójdę do baru. – Wstał i ruszył w kierunku schodów.
- Pięknie – skwitowała Katie. – Przepraszam.
- Za, co? – Wskazała palcem do tyłu. Chłopak już zniknął mi z oczu. – Daj spokój.
- Ale byłabyś wkurzona?
- Pewnie tak, ale przy nim się do tego nie przyznam – powiedziałam cicho, a Katie parsknęła śmiechem. – A ty wyluzuj.

           Aby jeszcze bardziej poprawić Katie humor, wyciągnęłam ją z powrotem na parkiet. Calum teraz dla odmiany rozmawiał z Michaelem, stojąc niedaleko schodów, które prowadziły do naszej loży. Moja przyjaciółka rozluźniła się bardziej, widząc, że nie ma obok siebie tej przeklętej blond panny. Przemilczałam jej komentarz, wciągając ją w tłum ludzi.
          Po przetańczeniu kolejnych trzech piosenek, uderzyłyśmy w stronę baru. Nie powiem, ale znów chciało mi się pić. Zresztą nie tylko mi, bo Katie też zaczęła jęczeć, że robi jej się susza w buzi. Oparłyśmy się o blat, zamawiając dwa małe drinki. Barman wykonał je błyskawicznie, a ja mogłam ugasić swoje pragnienie.
- Zaszalejmy dzisiaj – powiedziała Katie, wskakując na wolne wysokie krzesełko. – Tak naprawdę zaszalejmy.
- Widzę, że nastrój imprezowy ci się rozkręca.
- Jak najbardziej – rzuciła z uśmiechem. – Wyrwijmy, jakieś mięska – dodała, poruszając znacząco brwiami. Parsknęłam śmiechem. To wyglądało dość komicznie.
- Mięska mówisz…
- Dla mnie, jakieś gorące ciasteczko – pociągnęła rozmarzonym głosem. - No i dla ciebie, jakiegoś mega przystojniaka, który lubi dzieci. Może to będzie twój przyszły mąż? Tylko to musi być ktoś taki, kto chętnie poniańczy ci Roberta, gdy ty będziesz strzelać swoje zajebiste zdjęcia.
          Wstrzymałam oddech, gdy zauważyłam za jej plecami Hemmingsa. Po jego minie wnioskowałam, że musiał słyszeć skrawek jej wypowiedzi, bo na jego twarzy pojawił się grymas. Nie odrywał ode mnie swoich błękitnych tęczówek. Przygryzłam wargę, czując się trochę niezręcznie w tej sytuacji. Katie, jakby tchnięta nagłym impulsem, powoli odwróciła się. Zrobiła wielkie oczy, a potem zerknęła na mnie. Po chwili znów skupiła się na blondynie. Luke ciężko westchnął.
- Ja nie… - wydusiła z siebie. – Nie miałam nic złego na myśli.
- Wiem – odparł Luke, choć to jego wiem, było tak chłodne, jak wiatr prosto z Antarktydy. Spojrzał w stronę barmana. Wykonał taki ruch, jakby chciał coś zamówić, ale w ostatniej chwili by się rozmyślił. Odwrócił się i ruszył przed siebie. Zdążyłam wyłapać to, w którą stronę poszedł.
- Kurwa – syknęła Katie. – Zjebałam?
- Nie, jest spoko – rzuciłam, odstawiając szklankę z niedopitym drinkiem.
- Naprawdę nie miałam na myśli tego, że ten twój przyszły mąż zastąpi Luke'a jako ojca – pociągnęła jednym tchem.
- Wiem, Katie. Wyluzuj.
- Pogadasz z nim? – Kiwnęłam tylko głową i poszłam w ślady Hemmingsa, zmierzając w stronę drugiego bocznego wyjścia na zewnątrz.
          Pchnęłam ciężkie metalowe drzwi, wychodząc na dwór. Był to zagrodzony murem zaułek, który był nieużywany, bo oprócz kilku schodków, które prowadziły do zamurowanego wejścia, nie było tu niczego innego. Zanim wujek Asha nie powiększył klubu, znajdowało się tu kiedyś dodatkowe wejście do mniejszego baru, gdzie ludzie mogli się spotkać z dala od imprezowego zgiełku. Teraz to miejsce było puste i ciche.
          Okryłam się bardziej czarną koszulą, spoglądając na siedzącego na schodach Hemmingsa. Luke podniósł głowę i nasze oczy na moment spotkały się ze sobą. Zacisnęłam lekko usta i podeszłam do niego.
- Nie jestem zły.
- Och, pewnie – mruknęłam, siadając obok. – Katie naprawdę nie chciała powiedzieć, niczego złego.
- Wiem. Tylko… Sam nie wiem, czemu tak zareagowałem.
- Nikt nie zastąpi Robertowi ojca – pociągnęłam, a on westchnął ciężko. – Co jest?
- Nie oszukujmy się, Emily – powiedział ciszej, opierając ręce na swoich kolanach. – Facet, z którym się zwiążesz będzie bliżej Roberta, niż ja. Ciągle siedzę w Anglii albo jestem, w jakieś trasie. To… To po porostu taki minus mojej pracy, którą tak uwielbiam. Więc tak… Ten ktoś będzie zastępował mu ojca. To on będzie grał z nim w piłkę, odrabiał lekcje czy czytał mu do snu, bo mnie nie będzie obok.
           Kiedy to powiedział, odwrócił głowę w drugą stronę, spoglądając na stare cegłówki wystające z muru. Miałam wrażenie, że coś mocno ścisnęło mnie za serce i musiałam odbyć w sobie ostrą walkę, by nie rozpłakać się przy nim po raz kolejny. A ostatnio zbyt często to robiłam. Jednak to było tak przykre, a jednocześnie tak realne i prawdopodobne, że nie potrafiłam nawet temu zaprzeczyć. Luke miał rację. Nie będzie go na miejscu. Możliwe, że nie będzie go w najważniejszych dla Roberta momentach. Mimo tego, to Luke będzie jego ojcem. Jego ojcem na zawsze.
- On będzie mógł być, co najwyżej jego ojczymem – powiedziałam powoli, a blondyn ponownie na mnie spojrzał. – Robert ma tylko jednego ojca. Ciebie. I to się nie zmieni, bez względu na to, jak daleko od niego będziesz. – Położyłam mu dłoń na ramieniu. - Zaakceptowałeś go, pokochałeś i to ty będziesz tym numerem jeden w jego życiu. 
          Luke uśmiechnął się delikatnie, choć coś czułam, że i tak moje słowa go do końca nie przekonały. Zabrałam rękę, opierając o jego ramię brodę. Słyszałam powolny i spokojny oddech blondyna. Moja dłoń szybko odnalazła jego dłoń, a nasze palce od razu splotły się ze sobą. Między nami zapanowała cisza. 
          Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a nasza dwójka poskoczyła na swoich miejscach. Uniosłam brwi do góry, a moje oczy zrobiły się wielkości spodków. Obrazek przede mną był dość interesujący, zważywszy na to, co działo się wcześniej. Słyszałam, jak Luke zaśmiał się pod nosem.
          Na zewnątrz wypadli Katie i Calum. Byli tak do siebie przyciśnięci, że ledwo mogłam dostrzec, które kończyny należą do kogo. Połączyli się w gwałtownym i namiętnym pocałunku, jakby co najmniej chcieli się zjeść żywcem. A tak niedawno dziewczyna psioczyła na Hooda. Jak widać tą dwójkę po alkoholu nieco poniosło.
          Odskoczyli od siebie, gdy Luke głośniej odchrząknął. Zacisnęłam mocno usta, starając się nie roześmiać na widok ich min. A w szczególności na widok wyrazu twarzy Katie, która spłonęła czerwienią. Kto by pomyślał, że moja psiapsióła tak mocno i szybko potrafi się rumienić. Calum za to wyglądał, jakby w ogóle nie przejął się tym, w jakiej sytuacji ich nakryliśmy. Uśmiechnął się szeroko.
- Jak impreza? – zapytałam, siląc się na neutralny ton.
- Jest świetnie – skwitował Calum, a potem zerknął porozumiewawczo na Luke'a.
- Tak, pójdziemy sobie – powiedział blondyn z uśmiechem. Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę drzwi.
- Miłej zabawy – rzuciłam na odchodnym, a Katie przekręciła oczami.
            Gdy znaleźliśmy się w środku, nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Luke spojrzał na mnie z uśmiechem i po chwili sam zaśmiał się pod nosem, kręcąc dodatkowo głową.  Znów doszła do mnie dudniąca muzyka. Spojrzałam w kierunku wejścia na salę.
- Em. – Odwróciłam się. – Będę się już zbierał.
- Już?
- Jakoś… Jakoś straciłem ochotę na dalsze imprezowanie.
- Jasne – wydusiłam z siebie, choć w środku poczułam nutę zawodu. Naprawdę nie chciałam, by mnie zostawiał.
- Pilnuj się proszę chłopaków, okej? Nie chcę się o ciebie martwić. Dam znać Ashtonowi. Będzie miał cie na oku. – Kiwnęłam, tylko głową. Luke uśmiechnął się lekko. Przybliżył się i już myślałam, że znów pocałuje mnie na pożegnanie, ale on tylko złapał mnie za dłoń i delikatnie ją uścisnął. – Zadzwonię do ciebie jutro.
- Okej.
           Odwrócił się i ruszył korytarzem w stronę pokoju, w którym zostawiliśmy kurtki. Było mi źle. Źle z tym, że odchodzi. Coś ścisnęło mnie w gardle, a ja bałam się poruszyć. W tym momencie poczułam się w pewien sposób zagubiona i nie na miejscu. A jedynym właściwym kierunkiem był dla mnie, tylko on. Dlatego nie wiele myśląc ruszyłam za nim. Miałam gdzieś tą całą imprezę.
- Luke, poczekaj – powiedziałam, kiedy dogoniłam go tuż przy samych drzwiach. Blondyn odwrócił się. – Idę z tobą.
- Co?
- Idę z tobą – powtórzyłam z lekkim uśmiechem. Odwzajemnił go, a potem otworzył drzwi, wpuszczając mnie do pokoju jako pierwszą.


***
Jest impreza, a na imprezie zawsze ktoś coś musi odwalić :) Ale jak widzicie, takiej dramy nie ma, tylko Hemmo nam posmutniał. Za to Katie i Cal to... no... właśnie - poniosło ich :)

Kolejna - wiadomo - za tydzień :) Część dwa będzie nieco krótsza, ale musiałam to tak podzielić, by wszystko miało ręce i nogi.

Oczywiście dziękuję wam za świetne, zabawne i megaśne komentarze, które uwielbiam - ale to wiecie. Powtarzam się :) Dzięki wielkie raz jeszcze :)

Pozdrawiam!



W następnym odcinku (bardzo okrojone, bo nie mogłam za bardzo zdradzać dalszej fabuły):

- Można śmiało powiedzieć, że spaliśmy na walizkach. Kończył się koncert, pakowaliśmy się i jechaliśmy do kolejnego miasta. Po dłuższym czasie nie byłem pewny, czy nadal wiem, jak się nazywam – skwitował ze śmiechem. – Ale…

***

- Ponoć faceci to wieczne dzieci – skwitowałam, a Luke zrobił udawaną oburzoną minę. Po chwili jednak roześmiał się i dopił piwo do końca. – A nie jest tak?

***

- To właśnie to – odpowiedział po chwili, wskazując na mnie. 
- Bardzo cięta riposta. Toś mnie zaskoczył, Hemmings.
- Zaskoczyć cię?

***

- Emi… przepraszam – powiedział cicho, a ja spojrzałam na niego, nie wiedząc, o co mu chodzi.
- Za, co?


8 komentarzy:

  1. Genialny rozdział!!!
    Naprawdę super, mam wrażenie, że między lukiem a Emily coś jest na rzeczy... Pytanie brzmi czy coś z tego wyjdzie? Jeszcze Cal i Katie to takie ...<3 Czytając ten rozdział wpadłam na pewien pomysł, bo czysto teoretycznie jeśli Luk i Emi zostaliby parą, to może Em z Robert zamieszkaliby wraz z Lukiem w Anglii?? Nie wiem czy to ma sens ze względu na trasy koncertowe, ale trochę więcej czasu spędzonego z dzieckiem;)
    Pozdrawiam i wesołych świąt!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak Luke posmutniał, to mi też od razu zrobiło się smutno. Oni muszą być razem. Muszą, rozumiesz??? Rozdział oczywiście bardzo genialny ♥ I jeszcze raz, na kolejnym blogu, wesołych świąt i jakby to moi koledzy powiedzieli smacznego jajka! Z kim ja się zadaję...
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja chcę kolejny rozdział! Naprawdę czytanie Twoich opowiadań (a tego szczególnie) sprawia mi wielką frajdę. Nie mogę doczekać się następnego :c

    OdpowiedzUsuń
  4. No co mam napisać ! :D :* rozdział jak zawsze zarąbisty :D :* :* cud miod i nutella ♡♥♡
    Impreza impreza impreza ! :D ;) Podstepny Hemmings huh :D to jest to ;) ;* naprawde smutno mi sie zrobilo ja Luke byl troche przybity (tak zdecydowanie dziala urok Hemmo) ;* :*
    Oczywiście dalej oczekuje , ze pomiedzy Em a Lu wkoncu sie cos konkretnego zdarzy (ja ich widze jako pare i kropka ewentualnie wykrzyknik) :* :*
    No dobra czekam na nexta <3
    Wesołych Świąt ♥♡♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz że jak była scena z Lukiem jak posmutniał i zaczął opowiadać Em że ktoś zastąpi go jako ojciec to zrobiło mi się cholernie smutno a potem zaczęłam płakać?
    To opowiadanie jest genialne <3 Nie mogę doczekać się nexta :3 Wesołych Świąt! <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra, przyznam się, że miałam łzy w oczach, jak czytałam rozmowę Luka i Em za klubem - szkoda mi się go strasznie zrobiło, że w ogóle myślał o takich rzeczach. Mam nadzieję, że nikt nigdy nie zastąpi Robertowi ojca, bo ta dwójka się ze sobą zejdzie i po porostu nie będzie żadnego ojczyma, ani wujka, ani kurna nikogo - tylko Luke. A Hemmo wg jaki podstępny - niech tak ją zaskakuje jak najczęściej :) Chcę by oni byli już razem :)
    Czekam na nn
    Pozdrawiam Milena
    Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń