wtorek, 15 grudnia 2015

Rozdział 15

Luke pojawił się u mnie w domu punktualnie o siódmej rano. Robert przywitał go głośnym okrzykiem tata, a potem ruszył w jego stronę, ciągnąc za sobą pingwina, którego wczoraj kupił mu w zoo. Mały od razu trafił w jego ramiona, a blondyn musiał odsunąć głowę, by nie dostać w twarz rozpędzoną maskotką, którą wywijał jego syn.
— Podrzucić cię na uczelnie? — zapytał, wchodząc do kuchni, w której to dopijałam kawę.
— Nie, dzięki — odpowiedziałam, wkładając brudny kubek do zmywarki. — Będę w domu przed drugą.
— Jasne.
— A ty bądź grzeczny — powiedziałam, patrząc na chłopca. Podeszłam do nich. Cmoknęłam Robert w czoło, a on roześmiał się radośnie.
— Zawsze jest grzeczny.
— Oczywiście — rzuciłam z przekąsem. — Swój swego kryje.
— Jesteś kobietą, nie zrozumiesz męskiego świata — skwitował z zadowoleniem Hemmings. Przekręciłam oczami, co wywołało u niego cichy śmiech.
— Powodzenia. Lepiej go teraz zagadaj.
— Jasne. — Poprawił małego, który zajął się oczami pingwina. — Ja też dostanę buziaka na do widzenia?
— Czy ty się za bardzo nie rozpędzasz? — Luke zrobił minę niewiniątka. — Dobry Boże... — Znów się zaśmiał. Dla świętego spokoju zbliżyłam się i szybko pocałowałam go w policzek.
— Tak lepiej — skwitował z uśmiechem.
— Mama! — krzyknął Robert, który widział tę małą czułość między nami. Nastawił się, by dostać drugiego szybkiego buziaka. Zaśmiałam się, po raz kolejny całując go w jego małe czółko.
— Idę.
— Robert, zobacz, a co tam jest? — powiedział Luke, wychodząc do salonu.
Obaj stanęli do mnie plecami, a blondyn zaczął przebierać w zabawkach. Wykorzystałam ten moment i ulotniłam się z domu w trybie natychmiastowym. Miałam tylko nadzieję, że Robert się mu nie rozpłacze, kiedy się zorientuje, że zrobiliśmy go w małego balona.


Dotarłam do budynku Uniwersytetu Sydney. Weszłam po schodach, kierując się w stronę głównych drzwi wydziału. Szybko odnalazłam salę, przy której już zbierała się nasza grupa. Gdy tylko zatrzymałam się obok znajomych, Lisa podniosła głowę znad ekranu swojej komórki. Zacisnęła lekko usta, a potem wstała. Złapała mnie za ramię i odciągnęła na bok.
— Co jest?
— Musisz to zobaczyć — powiedziała przyciszonym głosem.
Zanim się zorientowałam, już trzymałam jej telefon w dłoni. Zrobiłam wielkie oczy. Na jednym z portali plotkarskich pojawiły się zdjęcia z naszej wczorajszej wycieczki. Na górze znajdował się krzykliwy tekst napisany dużą, grubą czcionką. Nagłówek ten dobitnie informował o tym, że Luke Hemmings ma dziecko. Najwidoczniej ktoś zainteresowany tym, co dzieje się w życiu blondyna, musiał wczoraj za nami cały czas chodzić, bo zdjęć było pełno. Na jednych wyłapałam także i siebie, ale i tak największą część z nich stanowiły wspólne fotografie Luke'a i naszego syna.
— Wiedziałam, że tak będzie — mruknęłam, a potem jak gdyby nigdy nic wzruszyłam ramionami.
— To było nieuniknione — skwitowała Lisa. Kiwnęłam tylko głową, a potem jej oddałam telefon.
— Zapraszam! — powiedział głośniej nasz wykładowca, który pojawił się pod salą. Jego pojawienie się sprawiło, że temat wycieczki do zoo, został szybko przerwany.


Nie byłam zainteresowana tym, co dzieje się na wykładzie. Bardziej obchodziło mnie to, co znalazła w internecie Lisa. Szybko odszukałam tę samą stronę, a potem zaczęłam wczytywać się w komentarze, które znajdowały się pod spodem. A było ich całkiem sporo. Głównie większość z nich była neutralna lub całkiem przyjemna, w których to główne zachwycano się Lukiem jako tatusiem i tym, jak fantastycznie wygląda z dzieckiem na rękach.
Oczywiście odnalazłam też takie, które mocno biły w drugą stronę. Dowiedziałam się z nich między innymi tego: że jestem suką i dziwką do kwadratu, bo się z nim puściłam, że z pewnością złapałam go na dziecko, że lecę na jego pieniądze, chcę sama przez to się wypromować i że Luke powinien zastanowić się, czy to na pewno jest jego syn. Słodziutko...
Postanowiłam jednak mieć to gdzieś. Internet zawsze stanowił szerokie pole do popisu dla tych, którzy chcieli się na kimś wyżyć. Zresztą dla mnie nie miało to znaczenia, jak będą mnie określać w sieci. Chciałam, tylko by nikt nie obrażał i nie krzywdził mi syna. Na szczęście na temat Roberta pojawiały się same pozytywne opinie. Głównie porównywano go do starszego Hemmingsa.


~***~
Usłyszał pukanie, a potem drzwi wejściowe się otworzyły. Spojrzał na kumpla, który wszedł do domu, jak do siebie. Typowe. Był do tego przyzwyczajony. Sam zresztą robił to samo.
— Mi! — krzyknął Robert, dźwigając się na nóżki.
Michael uśmiechnął się szeroko i ukucnął, czekając, aż chłopczyk w końcu do niego dotrze. Mały Hemmings padł w jego ręce, od razu interesując się zieloną czupryną swojego wujka.
— Nie przeszkadzam? — zapytał Clifford, podnosząc Roberta.
— Nie.
— A gdzie Em?
— Na wykładach — odpowiedział Luke, wycierając tackę. Robert zachlapał ją całą jogurtem. Zresztą nie tylko ją, ale także i swoje ubrania, więc Hemmings był zmuszony go całego przebrać. I siebie przy okazji też, bo okazało się, że jego czarna koszulka z Nirvaną jest dla jego syna idealną chusteczką do wycierania brudnej buzi. Na szczęście miał przy sobie rzeczy na zmianę. Tyle że jeszcze nie zdążył ich przynieść.
— Były kłopoty? — zaśmiał się Clifford, wskazując na niego palcem. Mały od razu za niego złapał, śmiejąc się.
— Wytarł się we mnie — rzucił blondyn przez ramię. — Nie zdążyłem się przebrać.
— Nauka jedzenia?
— Raczej Armagedon — skwitował ze śmiechem.
— Masz tego jeszcze trochę na ziemi — oznajmił Michael, wpatrując się w białe plamy. Luke przekręcił oczami i zabrał się za szorowanie podłogi. — Tata posprząta, a ty może pobawisz się z wujkiem Michaelem?
— Ta.
— I uzgodnione.
Usiadł z dzieckiem na kanapie, zabawiając go pluszowym pingwinem. Co jakiś czas zerkał na Luke'a, który krzątał się po kuchni niczym perfekcyjna pani domu. Michael zaśmiał się pod nosem. Nowa rola, w której mógł podziwiać swojego przyjaciela, w jakiś sposób go ciekawiła. Nie sądził, że chłopak tak szybko odnajdzie się w roli rodzica.
— Pójdę po torbę — powiedział Luke, kierując się w stronę drzwi. Robert automatycznie odwrócił się w jego kierunku. Zmarszczył czółko, a potem spojrzał na Michaela.
— Nie, nie, stary... nie wychodź! — krzyknął Clifford, ale Hemmings zdążył ulotnić się domu.
Michael spojrzał z przerażeniem na chłopca. Jego błękitne oczy zaszkliły się, a usteczka wydęły w małą podkówkę. Zadrżała mu dolna warga. Zanim Clifford zdążył zrobić cokolwiek, Robert rozpłakał się, przyciskając piąstki do powiek.
— O kurwa... Nie, nie słuchaj, bo wujek bardzo brzydko powiedział... Ej, nie płacz — wydusił, obejmując szlochającego malucha. — Tata wróci. A jak wrócić, to wujek go zabije.
Po chwili w domu pojawił się Luke. Odłożył torbę na bok, a potem spojrzał na przestraszonego kumpla. Zacisnął lekko usta, starając się nie roześmiać. Jednak Michael posłał mu tak mordercze spojrzenie, że Hemmings wiedział, że jakby tylko spróbował, choćby zachichotać pod nosem, to zginąłby na miejscu. Siląc się na powagę, podszedł do chłopca i wziął go na ręce.
— Tata — wydusił Robert, w dalszym ciągu pochlipując.
— Już dobrze, synek — powiedział, głaszcząc go po głowie. 
Mały wtulił się w niego, a Luke sięgnął po smoczka i pieluszkę. Podał mu te dwie rzeczy i zakołysał w ramionach, by go uspokoić. Poskutkowało, bo Robert niemalże od razu przestał płakać.
— Zrób to jeszcze raz, a twoja własna matka cię nie pozna — zagroził Michael, machając w jego stronę palcem.
— Byłem pewny, że nie zdąży się rozpłakać.
— Jak widzisz, potrafi to robić w rekordowo szybkim tempie — mruknął Clifford, a potem złapał za pilota i rozłożył się na sofie.


~***~
Szłam w kierunku domu, rozmawiając z Katie przez telefon. Przyjaciółka właśnie komentowała najnowsze plotki dotyczące Hemmingsa, na które natknęła się w internecie. Dodatkowo nie kryła oburzenia niektórymi komentarzami, które były kierowane do mnie. To sprawiło, że moje samopoczucie nieco się polepszyło.
Mimo wszystko poczułam się jeszcze lepiej, widząc Luke'a stojącego przed domem. Nagle chłopak wzbudził we mnie duży entuzjazm, czym byłam sama mocno zaskoczona. On też rozmawiał z kimś przez telefon. Był odwrócony do mnie plecami, więc nic dziwnego, że mnie nie widział. Pożegnałam się z Katie i ruszyłam w jego stronę.
— Ja również dziękuję za rozmowę — powiedział Luke, gdy zatrzymałam się tuż za nim. Odciągnął komórkę od ucha i wsunął ją do kieszeni. Odwrócił się i podskoczył w miejscu. — O cholera! — rzucił, robiąc krok do tyłu. — Cholera, Em! Prawie miałem pieprzony zawał!
— Ciebie też dobrze widzieć — odpowiedziałam, poprawiając torbę. Spojrzałam na niego, unosząc jedną brew.
— Nie patrz się tak na mnie. Nie jestem idiotą i nie zostawiłem Roberta samego w domu. Siedzi z Michaelem.
— Nawet o tym nie pomyślałam — skwitowałam, wzruszając ramionami. Dobra, przez chwilę pomyślałam.
— Jasne — mruknął cicho. — Na szczęście Robert nie zorientował się, że wyszedłem. Zresztą ta dwójka jest pochłonięta przygodami Clifforda  Wielkiego Czerwonego Psa. Chociaż nie wiem, który z nich bardziej — dodał ze śmiechem. — Ale jest ważna sprawa. W zasadzie dwie.
— Chcesz tutaj o tym rozmawiać?
— Na szybko — powiedział, a potem wyciągnął coś z kieszeni. — Przed chwilą tata mi to podrzucił, jak jechał na spotkanie. — Podał mi złotą kartę.
— Kurwa — syknęłam, przypominając sobie naszą rozmowę na temat finansów i tego, że mam korzystać z jego konta. Teraz trzymałam w dłoni dodatkową kartę wydaną na jego imię i nazwisko, którą to miałam się posługiwać.
— Co? Byłaś pewna, że zapomnę? — zapytał ze śmiechem.
— Coś w tym stylu — rzuciłam, wciskając kartę do torby. — Ale zgodziłam się na ten twój głupi pomysł, więc będę się z tego wywiązywać.
— Nie był głupi, był genialny.
— To był szantaż.
— Taki mały.
— Co jest tą drugą sprawą?
— W sieci są nasze zdjęcia z wycieczki do zoo — odparł powoli, dokładnie śledząc moją reakcję.
— Tak, wiem — odpowiedziałam, po raz kolejny wzruszając ramionami. — Spoko, nic się wielkiego nie stało.
— Rozmawiałem właśnie z dziennikarzem z radia, który zawsze z nami przeprowadza wywiady, gdy jesteśmy w Sydney. Chciał się dowiedzieć, czegoś na temat tych zdjęć.
— I co?
— I powiedziałem mu prawdę.
— Okej... spoko. — Luke kiwnął głową. Widziałam wymalowaną na jego twarzy niepewność. — Jest okej, naprawdę — dodałam po chwili i uśmiechnęłam się po raz kolejny, by jeszcze bardziej utwierdzić go w tym, że jest w porządku. — Idziemy do domu czy chcesz tu jeszcze postać?
— Idziemy — rzucił, w dalszym ciągu bacznie mnie obserwując. Przekręciłam oczami. Naprawdę nie stało się nic wielkiego i krzywdzącego, pomijając te ostre komentarze, które postanowiłam przemilczeć.
Weszłam do domu. Od razu mój wzrok natrafił na leżącego na naszej sofie Michaela. W jego bok wciskał się Robert. Obaj byli pochłonięci bajką o wielkim czerwonym psie. Dopiero kiedy do nich podeszłam i rzuciłam szybkie cześć, spojrzeli na mnie.
— Hej, Em — odpowiedział Michael.
— Mama! — krzyknął Robert, wyciągając w moją stronę rączki. 
Wzięłam go szybko i cmoknęłam w czoło. Uściskał mnie, ale po chwili znów wychylił się w stronę Clifforda. Michael przejął go ode mnie. Obaj znów wlepili oczy w telewizor. 
— O chłopie, patrz na to — rzucił Michael do małego. — Ale jazda! 
Robert się zaśmiał. Uniosłam brwi, zerkając na Luke'a. Blondyn uśmiechnął się z politowaniem, wzruszając jednocześnie ramionami. Dobra, najwyraźniej ta dwójka jest tak pochłonięta bajką, że nie warto im przerywać. Odstawiłam torbę na bok, a potem weszłam do kuchni, by zrobić obiad.


Zdążyłam zrobić obiad, gdy drzwi od mojego domu się otworzyły. Do środka wpadła dwójka pozostałych członków 5 Seconds of Summer. Zauważyłam, że coraz częściej wchodzą do mnie, jak do siebie i chyba musiałam przejść z tym na porządek dzienny. Na szczęście zrobiłam więcej makaronu z sosem, więc zagoniłam całą czwórkę do stołu. Robert oczywiście przyczepił się do nich, więc też musiał z nami usiąść. Posadziłam go w jego krzesełku między Calumem a Lukiem, dając mu do jedzenia banana.
Po skończonym obiedzie chłopaki przeszli z powrotem do salonu. Teraz to wujek Hood zajął się małym, bawiąc się z nim klockami. Calum budował z nich wieżyczki, a Robert rozwalał je, wybuchając gromkim śmiechem. Posprzątałam po naszym wspólnym posiłku i sama poszłam do salonu, siadając na kanapie obok Ashtona. Irwin od razu na mnie spojrzał i uśmiechnął się szeroko.
— Co jest? — zapytałam, odstawiając na stolik szklankę z napojem.
— A to jest, że w weekend jest impreza.
— Miłej zabawy — powiedziałam, nadal nie odrywając od niego wzroku. Ashton uniósł brwi. — No co?
— Jak to, co? Idziesz z nami. Przekaż wiadomość Katie. Spotkamy się w dawnym składzie.
— Zobaczymy.
— Musisz tam iść — rzucił Irwin, jęcząc niczym dziecko. Chyba faceci z tego nie wyrastają. — Mój wujek zaprasza nas do swojego klubu.
— Zobaczę.
— Emily — próbował dalej Ash, a ja przekręciłam oczami.
— Jakbyś nie wiedział, to mam dziecko i muszę się zastanowić, kogo wrobić w jego niańczenie — odpowiedziałam powoli.
— Twoja mama z nim zostanie — rzucił z pewnością w głosie.
— Co?
— Spotkałem ją, jak wychodziłem z domu. Napomknąłem o imprezie i Ashley uznała, że faktycznie przyda ci się trochę luzu. Powiedziała, że weźmie małego do siebie.
— Stary, może Em wcale nie chce tam iść — odezwał się Michael, a potem wyrwał pilota z ręki Luke'a, który zmienił kanał na sport. — Zostaw, ja to oglądałem.
— Przecież to Szczenięce lata Clifforda — mruknął z niedowierzaniem blondyn.
— Byłbym wdzięczny, gdybyś się nie wtrącał — pociągnął Irwin, a potem spojrzał porozumiewawczo na Hemmingsa. Blondyn zmarszczył lekko czoło. Dobra... Czyżby panowie byli w jakieś tajnej zmowie? — Idziesz z nami. Wyszalejesz się. To ci naprawdę dobrze zrobi.
— Widzę, że już wszystko przemyślałeś i zorganizowałeś — powiedziałam, poprawiając pozycję, w jakiej siedziałam.
— Dokładnie. Widzimy się o ósmej w klubie — odparł zadowolony Ashton.
— Bam! — krzyknął Robert, a potem razem z Hoodem wybuchł śmiechem. 
Hood złapał go i podniósł do góry. Położył się na podłodze, a Robert znów parskną dziecięcym śmiechem, gdy Calum przybliżał i oddalał go od siebie, a on próbował go złapać za policzki.


Chłopaki wyszli ode mnie, gdy ja zajęłam się szykowaniem Roberta do snu. Luke został na dole, uznając, że musi ogarnąć ten syf, jaki zrobili jego kumple. Najwidoczniej blondyn wziął sobie za cel przejęcie domowych obowiązków w cudzym domu, mimo tego, że naprawdę nie lubił sprzątać. Mnie to nie przeszkadzało. Przynajmniej była to dodatkowa para rąk do pracy. Zresztą pomoc zawsze się przydaje, szczególnie, jak ma się dziecko na głowie i mieszka się samemu.
Kiedy Robert zasnął, zeszłam na dół. Salon znów wyglądał czysto i schludnie. Chyba zatrudnię Hemmingsa do prac porządkowych na cały etat, bo naprawdę się w tym sprawdza. Chłopak odwrócił się, gdy weszłam do kuchni. Zauważyłam, że robi nam herbatę. Zerknęłam na niego z nieukrywanym zaskoczeniem.
— Nie rób takiej miny — powiedział, zalewając kubki wrzątkiem.
— Spoko, przecież miałeś czuć się tu jak u siebie.
— A wiesz, że tak się czuję — rzucił ze śmiechem. Zaparzył herbatę, a potem wyrzucił torebki do śmietnika. Podał mi parujący kubek.
— Spisujesz się w roli tatusia i gospodarza domu — powiedziałam, opierając się o blat tuż obok niego. — Jeszcze cię tak wyszkolę, że będziesz mężem idealnym.
— Będę mężem idealnym — odparł z pewnością w głosie, a ja się zaśmiałam. Luke uśmiechnął się pod nosem. Dmuchnęłam w gorący napój.
— Jesteś na dobrej ku temu drodze. Twoja żona będzie szczęściarą.
— Mam taką nadzieję — skwitował, w dalszym ciągu się uśmiechając.
— Zaraz wpadniesz w samozachwyt. Koniec słodzenia.
— Mów mi tak jeszcze...
— Chciałoby się.
Słyszałam, jak się zaśmiał. Na ten dźwięk, uśmiechnęłam się ponownie. Podniosłam głowę, zdając sobie sprawę z tego, że blondyn mi się przygląda. Ja również utkwiłam w nim ciemne oczy. Nie miałam pojęcia, o czym myślał, ale ja przez moment zastanawiałam się, jakby to było, gdybym go nie zostawiła. Czy dalej bylibyśmy tak szczęśliwą parą, jak wtedy?
— O czym myślisz? — zapytał, wyrywając mnie z tej wizji, która utworzyła mi się w głowie. On, ja i Robert tworzący nieco pokręconą, ale szczęśliwą rodzinę. Takie dwa plus jeden w naszej wersji. Dopiero po chwili zorientowałam się, że uśmiecham się sama do siebie.
— O niczym konkretnym.
— Jasne. Musiało to być chyba coś dobrego.
— Było.
— Czyli jednak nie było to, o niczym konkretnym.
— Przestań się czepiać — rzuciłam rozbawiona, a Luke znowu się uśmiechnął. Odłożyłam kubek na blat.
— O czym myślałaś? — ponowił pytanie i sam odstawił kubek.
— O tym, jaką mam dobrą figurę, pomimo tego, że urodziłam dziecko — odparłam, a blondyn parsknął śmiechem. — I że dalej całkiem nieźle wyglądam w bikini, a nawet i bez.
— Zaprezentujesz mi to?
— Wal się — powiedziałam, lekko uderzając go w ramię.
— Wiedziałem.
Poklepałam go po przedramieniu, siląc się na to, by nie wybuchnąć śmiechem. Luke uśmiechnął się i pokręcił głową. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że nie zabrałam dłoni, która dalej opierała się na jego ciepłej skórze. Wstrzymałam na krótko oddech, podnosząc głowę. Hemmings znów wpatrywał się w mnie, przygryzając przy tym wargę. I niech mnie ktoś strzeli, jeśli skłamię, że w tym momencie nie wyglądał cholernie pociągająco. Być może to wystarczyło do tego, bym zrobiła coś, czego zrobić nie powinnam. Bo tym razem to ja, zaczęłam wszystko komplikować.
Niewiele myśląc, złapałam za jego koszulkę i przyciągnęłam go do siebie. Luke znalazł się tuż przy mnie, a ja poczułam przyjemny i kuszący dreszcz, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. A to często się działo, gdy był tak blisko. Spojrzałam w te jego niesamowite, błękitne tęczówki. Nachylił się jeszcze bardziej, a ja musnęłam jego policzek palcami. To wystarczyło, by chłopak przejął pałeczkę.
Ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie. Nie było to szybkie, a raczej delikatniejsze i wolniejsze. Momentalnie zrobiło mi się duszno. Przechyliłam głowę, by pogłębić ten pocałunek, przywierając do niego jeszcze mocniej. Naparł na mnie, a ja poczułam, jak blat bardziej wbija mi się w pośladki.
Chciałam go objąć, ale źle wymierzyłam i strąciłam ręką herbatę. Biały kubek poleciał na podłogę, roztrzaskując się na małe kawałki i zalewając kafelki ciepłą cieczą. To sprawiło, że odsunęliśmy się od siebie.
— Pięknie — skomentował Luke z lekkim uśmiechem. — Wiesz, że myłem tu podłogę.
— Myłeś?
— Robert pobrudził ją jogurtem.
— W takim razie przepraszam.
— Wybaczam — skwitował, udając poważny ton. Po chwili znów się zaśmiał.
— Podasz mi ręcznik papierowy?
Kiwnął głową, a potem odwrócił się, by podać mi biały ręcznik. Wytarłam szybko podłogę. Następnie z jego pomocą, pozbierałam potłuczony kubek. Dokładnie też zamiotłam całą powierzchnię, by nic nie zostało. Nie chciałam, by Robert znalazł jakiś kawałek i nie daj Boże, włożył go do buzi. Kiedy było posprzątane na błysk, Luke dopił szybko swoją herbatę. Odstawił brudny kubek do zmywarki i spojrzał na mnie.
— Idę. Zobaczymy się jutro?
— Jeśli chcesz.
— Bardzo.
Przybliżył się i szybko cmoknął mnie w usta. Uśmiechnął się na odchodnym, a potem ruszył w kierunku drzwi. Kiedy one się za nim zamknęły, oparłam się ponowie o blat. Dotknęłam palcami warg, które jeszcze przed chwilą miały na sobie smak jego ust. Matko... Co ja najlepszego wyprawiam? Z jednej strony było to tak cholernie niewłaściwe, a z drugiej tak mocno dobre i miłe. Sama powoli gubiłam się w tym, jak oddziałuje na mnie Hemmings. Bo zaczynałam się czuć tak, jak kiedyś. Tylko że my jako jedność już nie istnieliśmy. Teraz byliśmy osobno. Nie do końca wiedziałam, czy na pewno chcę to zmieniać.



***
Jest wujek Clifford są i bajki. Jest wujek Calum, jest i zabawa :D
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu. I tak... Szykuje się im impreza :)

A co do poprzedniego rozdziału - jedźmy wszyscy do Zoo! :D

Dziękuję za wasze cudowne komentarze, które ubóstwiam - powtarzam to często, więc to już wiecie. I wiecie też to, że cholernie motywują do pracy :) Dziękuję!!!

Kolejny w następny wtorek - klasycznie. Jednak najprawdopodobniej zostanie ten rozdział podzielony, bo wyszedł długi.

Pozdrawiam!

#DwaPlusJedenFF

6 komentarzy:

  1. Uwielbiam tą historię, jak zresztą każdą twoją. Wiem, że się powtarzam, ale serio cię podziwiam. Rozdział oczywiście wspaniały, nigdy nie napisałaś rozdziały który byłby zły, albo nudny *.*
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie podobają mi się te komentarze kierowane do Em :( Mam nadzieję, że dziewczyna ich do siebie nie weźmie. Chociaż po jej reakcji widać, że stara się je mieć gdzieś. LUKE I ROBERT OMDJEHDIEDWOJD UWIELBIAM! Michael ahahahaha lałam - biedny wujek się załamał, jak mu się mały rozpłakał. Więc - będzie impreza, ale czy ty chcesz urządzić im jakiś kolejny dramat? Nie dziel kolejnego na części - daj go w całości! Czekam z niecierpliwością na nn!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. Mmm :* Jak zawsze rozdział cud miód i jednorożce ♡♥ Uwielbiam czytać to ff :* :*
    Wujej Michel miał chwilowy zawał !? :* :* Hahaha nie ma nic gorszego niż płacz dziecka :'(:* :*
    Boze tak mnie ciekawi co bedzie z Em i Lukiem ! :* :* ze sie nie załqmie tymi negatywnymi komentarzami do jej osoby :* :D ogólnie jestem dobrej myśli ♥♡♥ Juz nie moge doczekac sie co bedzie sie działo na tej imprezie ! :* Mam sie bać ?! :o :* (oby nic tam takiego sie nie dzialo :) proszz) :* No nic :) czekam na nexta ♥♡ do wtorku :*
    Miłego :* *:

    OdpowiedzUsuń