wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział 14

          Przez to, co stało się wczoraj zupełnie zapomniałam, o czymś tak ważnym, jak budzik. Miałam zajęcia na ósmą i gdyby nie mój cudowny syn, z pewnością bym zaspała na Prawo Autorskie. Robert jednak obudził się po szóstej, a ja włączając drugi bieg zdążyłam się wyszykować na czas.
          Jednak zanim wyszłam, musiałam iść do małego. Luke obiecał mi wczoraj, że posiedzi z synem, dopóki nie wrócę z zajęć. Pomyślałam, że może Robert utnie sobie dodatkową drzemkę, więc by go bardziej nie rozkręcać, od razu przeniosłam małego do sypialni. Położyłam go na łóżku, podając smoczek i pieluszkę. Szybko zbudowałam z jednej strony łóżka zabezpieczenie z poduszek, aby mały nie spadł na dół. Zdążyłam się odwrócić, a Robert od razu przyczepił się do śpiącego Luke'a. Blondyn przebudził się i zerknął na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Pamiętasz, że zajmujesz się małym? – zapytałam dla pewności, gdyby Hemmings nagle nabawił się sklerozy.
- Yhy.
- Fajnie, miłego dnia- rzuciłam, a Robert wpełzł pod kołdrę, wtulając się w Luke'a, który objął go szybko ramieniem.
- Podwieźć cię na uczelnię?
- Nie, dzięki.
- Bo?
- Zdążę na autobus.
- Przyjechać po ciebie?
- Nie, dzięki.
- Okej… Wygląda na to, że albo tak bardzo lubisz komunikację miejską albo wstydzisz się ze mną pokazywać publicznie.
- Dwa razy pudło- odparłam, łapiąc za torbę. – Przygotuję ci mleko, więc jak się wygrzebiecie z łóżka to wystarczy, że mu je podgrzejesz.
- Jasne. Miłego.
- Wzajemnie.
          Robert był tak zakopany w pościeli i mocno wciśnięty w Luke'a, że darowałam sobie przekazania mu buziaka na do widzenia. Odwróciłam się i wyszłam z pokoju, zostawiając ich samych. Zbiegłam po schodach i zabrałam się za szykowanie mleka. Do tego szybka kawa dla mnie. Następnie wyszykowana do wyjścia, wyleciałam z domu, pędząc na autobus.

         Na pierwszej dłuższej przerwie ja i Lisa zaszyłyśmy się w kącie bufetu, który mieścił się na terenie kampusu – a dokładniej w budynku naszego wydziału. Zamówiłyśmy tosty z kurczakiem w ramach pokaźnego śniadania, bo obie byłyśmy naprawdę głodne. Dwa bloki prawa potrafią wywołać w człowieku głód, a te wszystkie kruczki prawne wykończyć ci mózg.
          Lisa siedziała obok mnie, pochylona nad swoim telefonem i z tego, co zauważyłam molestowała Twittera. Ja zajęłam się walką, którą toczyłam samą ze sobą, czy przypadkiem nie skontrolować Hemmingsa. Przypominając sobie jednak, jak poradził sobie za pierwszym razem, gdy był z małym sam, skapitulowałam i odpaliłam dla odmiany Facebooka.
- Skądś znam tego dzieciaka – powiedziała Lisa. Oderwałam brązowe oczy od ekranu swojej komórki. Spojrzałam na nią. Dalej wpatrywała się w swój telefon.
- Sprecyzuj – rzuciłam, bo zupełnie nie wiedziałam, o co jej chodzi.
- Zobacz.
          Podsunęła mi telefon pod nos. No, tak… Lisa była kolejną fanką 5 Seconds of Summer i teraz właśnie przeglądała nowe wrzucone przez Irwina fotki. Na jednym z nich był sam z Robertem, a na drugim z Robertem i Michaelem. Zdjęcia te zostały zrobione wczoraj na pierwszych urodzinach mojego syna. Nie miały jakiegoś konkretnego podpisu odnośnie małego, więc ludzie z pewnością nie wiedzieli, co to za dzieciak. Cóż… mogłam się tego spodziewać, więc tylko wzruszyłam ramionami.
- Wygląda, jak Luke – rzuciła ze śmiechem. – Ma znajomą buzię. Myślisz, że to jakiś dzieciak z rodziny Hemmingsów?
- To dokładnie dzieciak z rodziny Hemmingsów – powiedziałam, a ona uniosła brwi do góry.
- A skąd ty to wiesz?
- Wiesz skąd kojarzysz tego małego? – ciągnęłam dalej, pukając jej placem w ekran.
- No, oświeć mnie.
- Bo widziałaś jego zdjęcie na moim telefonie – odparłam, a ona zrobiła wielkie oczy. Dla potwierdzenia swoich słów, podałam jej swoją komórkę.– Tak, to mój syn z wujkami. – Myślałam, że oczy Lisy nie mogą być większe. Jednak się myliłam. Dziewczyna dodatkowo otworzyła buzię, wpatrując się we mnie, jak bym była Marsjanką, która chce zdobyć Ziemię.
- Znasz ich?- wydusiła z siebie.
- Od dawna – odparłam, wzruszając ramionami.- I nie, nie jaram się nimi, jak gwiazdami. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Luke Hemmings ma z tobą dziecko? – pociągnęła, w dalszym ciągu mając oczy, jak spodki.
- Tak wyszło…
- Nie wiedziałam, że jest ojcem.
- Nie ogłaszaliśmy tego światu – skwitowałam, choć prawda była zupełnie inna. Ale… Nie będę się przed nią, aż tak zwierzać z moich porażek życiowych. W końcu, to tylko kumpela ze studiów.
- O mój kurwa Boże – powiedziała, a następnie znów spojrzała na telefon. – Kurwa, masz w domu miniaturowego Hemmingsa. Kurwa i nie tylko miniaturowego! 
          Nie skomentowałam tego, tylko uśmiechnęłam się do niej, chcąc uciąć temat. Jednak nie było to do końca możliwe, bo Lisa zaraz zaczęła mnie wypytywać o chłopaków – jacy są w rzeczywistości i tak dalej. Na szczęście nie drążyła dalej tematu ja-Luke-dziecko.

***
          Siedział z Robertem na podłodze, bawiąc się z nim pluszakami, które tak bardzo uwielbiał jego syn. Myślami jednak popłynął do tego, co stało się wczoraj. Jak przekroczył po raz kolejny pewną granicę, która była między nim, a Emily. Zrobił to na własne życzenie. Zrobił to otwarcie. Znów chciał się poczuć tak, jak wtedy, gdy byli ze sobą. Nie wyleczył się z niej… A teraz miał wrażenie, że to uczucie do niej znów się powiększyło.
          W myślach przywołał obraz tego momentu, gdy mocno trzymał ją w swoich ramionach. W dalszym ciągu czuł przyjemne szumienie w głowie, które pojawiało się od nadmiaru emocji. Czuł przyjemny dreszcz, który przebiegł go po plecach, gdy przypomniał sobie smak jej ust, które kiedyś tak bardzo kochał. A potem… Potem wszystko wymknęło się spod kontroli. Jej reakcja na to wszystko całkowicie go zaskoczyła i zasmuciła jednocześnie. Doprowadził ją do łez. Po raz kolejny… Mimo tego, że spali w jednym łóżku, Luke miał wrażenie, jakby znaleźli się znowu tak daleko od siebie. Jakby byli na dwóch krańcach świata. Zagubieni… Choć teraz on doskonale wiedział, czego tak naprawdę chce.
           Usłyszał pukanie do drzwi. Zanim jednak zdążył podnieść się z podłogi, te otworzyły się i do środka wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha, Ashton. Rozejrzał się po salonie, unosząc brwi do góry. Robert oderwał swoje błękitne oczy od dużego misia i spojrzał na wchodzącego. Na jego twarzy również pojawił się uśmiech. Dźwignął się i ruszył w stronę Irwina.
- Wu! Wu! Wu!
- Jak mniemam, to oznacza po twojemu wujek – powiedział ze śmiechem Ashton, kucając. Robert podszedł do niego, a potem padł w jego ramiona. – Cześć, szkrabie! Jesteś grzeczny czy wykańczasz tatusia?
- Nie.
- Niegrzeczny?
- Nie – odparł mały z uśmiechem.
- I dobrze. Co tam Hemmo?- pociągnął Ashton, biorąc małego na ręce. – Em ma zajęcia?
- Do dwunastej – powiedział, wstając z podłogi. Podciągnął się i usiadł na kanapie.
- Co się stało?
- Co?
- Widzę to po tobie. Coś się stało – rzucił Irwin, wskazując go placem. Robert złapał za niego, a potem sam wskazał na tatę. – Może to tata jest niegrzeczny?
- Nie.
- Niegrzeczny?
- Nie.
- To tylko ty tu broisz – zaśmiał się Ashton, siadając obok przyjaciela.
          Posadził małego na kolanach. Robert jednak odsunął się od niego i przeszedł do Hemmingsa, wtulając się w jego klatkę piersiową. Luke uśmiechnął się pod nosem. Jego syn był stu procentową przylepą, ale mu to jak najbardziej odpowiadało. Uwielbiał czuć od niego to przyjemne ciepło, które od razu poprawiało mu humor.
- Słodki obrazek – skomentował perkusista. – Ale mów.
- Co?
- Daj spokój, widzę to po twojej minie. Co się stało?
- Nic się nie stało.
- Wyczuwam kłamstwo, Hemmo – skwitował Irwin, rozsiadając się na kanapie. Luke przekręcił oczami. – Czekam…
- Dobra, niech ci będzie. Ja i Em…
- Co? Pożarliście się o coś?
- Poniosło nas w inną stronę- odparł powoli Luke, a Ash uniósł lekko brwi do góry.
- W tą stronę, o której nie powinieneś mówić przy dziecku?
- Nie, aż tak…
- W lżejszą stronę?
- Coś w tym stylu.
- Ekstra…
- Raczej nie ekstra – rzucił, odrywając od niego wzrok, by przez chwilę spojrzeć na swojego syna, który miętolił mu w małej dłoni koszulkę.
- Bo? To chyba dobrze, że między wami znów coś zaczyna się dziać?
- Emily raczej chyba nie jest tym zachwycona.
- Płakała? – Luke zerknął na niego, lekko zaciskając usta. – Daj spokój, jeśli chodzi o ciebie, to domyślam się, jak emocjonalnie może do tego wszystkiego podchodzić. Nadal czuje się winna przez to, co zrobiła i tego raczej nie przeskoczysz tak szybko. Wie, że nawaliła po całości, ale i tak jesteście na dobrej drodze do czegoś. Ale to coś zależy, tylko od was.
- Do czegoś?
- Zawsze możecie powalczyć o to, co było kiedyś. Możecie też zostać na płaszczyźnie przyjaciele-rodzice.
- Tyle, że chyba ja nie chcę tylko płaszczyzny przyjaciele-rodzice – powiedział cicho Hemmings, a Ashton pokiwał głową, lekko się przy tym uśmiechając. – Znów zaczynam czuć do niej to, co kiedyś, tylko chyba ona już dawno się poddała.
- Może nie tyle, co poddała, ile nauczyła się z tym żyć. Z tym, że ciebie już przy niej nie ma. Ale małymi krokami możesz to zmienić.
- Myślisz?
- No, co ty, Hemmo. Kochała cię tak mocno, że pozwoliła ci odejść, byś mógł się realizować. To też jest jakaś forma dużej miłości, czyż nie?
- A przynajmniej tak można sobie to tłumaczyć – odpowiedział Luke, przetrzymując Roberta, który wspiął się na jego nogi, by po chwili delikatnie pociągnąć go za włosy.
- Na twoim miejscu bym spróbował. Byliście świetną parą. Możecie znów ją stworzyć. – Luke znów utkwił w nim swoje błękitne oczy. – Spróbuj, co ci szkodzi. Najwyżej wam nie wyjdzie i zostanie ta druga płaszczyzna.

***
          Nie byłam pewna, co mnie dzisiaj na uczelni zmęczyło – zajęcia i ćwiczenia czy wieczne pytania Lisy o 5 Seconds of Summer. Na szczęście koleżanka w porę się pohamowała, przez co ja nie umarłam od natłoku jej pytań i stwierdzeń na ich temat. W końcu jednak zakończył się ostatni wykład, a my mogłyśmy się rozejść. A co za tym idzie, mogłam od niej odpocząć. Lisa naprawdę była świetną i sympatyczną dziewczyną, ale dzisiaj po prostu się tak nakręciła, że w pewnym momencie miałam ochotę palnąć sobie w łeb. Z drugiej jednak strony wcale jej się nie dziwiłam. Byłam jedyną osobą w jej otoczeniu, która znała ich tak dobrze. Która znała ich poza ekranem telewizora czy komputera. Jak to ona sama powiedziała: to, że ich znam nadawało im jeszcze większego realizmu.
          Wyszłam z budynku, żegnając się z Lisą, która ruszyła w przeciwną stronę. Ja zmierzałam w stronę parkingu, by od niego odbić na przystanek autobusowy, który mieścił się zaraz przy kampusie. Jednak, gdy tylko zeszłam po schodach, zauważyłam kilka dziewczyn zgromadzonych przy czarnym BMW. Uniosłam lekko brwi do góry, chcąc to zignorować, ale coś mnie tknęło, by przyjrzeć się temu bardziej. Gdy drugi raz rzuciłam okiem na samochód, od razu mnie olśniło. Hemmings.
          Ruszyłam w jego stronę. Im byłam bliżej, tym jego sylwetka stawała się coraz bardziej wyraźna. Zobaczyłam jego czarne spodnie i koszulę w czarno czerwoną kratę. Włosy miał idealnie postawione do góry, a na ustach szeroki uśmiech. Zrobił sobie kolejne zdjęcie z jedną ze studentek i dopiero, gdy oderwał swoje błękitne oczy od ekranu, zobaczył mnie.
- Emily! – powiedział głośniej, rozpromieniony na mój widok. Jego fanki odwróciły się w moją stronę, a ja musiałam dzielnie znieść te zaciekawione spojrzenia. Raczej nie byłam przyzwyczajona do tak wielkiego zainteresowania moją osobą.
- Co ty tu robisz? – wydusiłam z siebie, a dziewczyna stojąca najbliżej Hemmingsa zmierzyła mnie wzrokiem.
- Realizuje jeden z moich pomysłów.
- Co?
- Chodź – rzucił, machając na mnie. Następnie spojrzał na swoje fanki. – Przepraszam, ale musimy już jechać.
- Cześć Luke, dzięki za zdjęcia! – zawołała jedna, gdy blondyn obszedł samochód. Ja podążałam za nim.
- Co ty wyprawiasz? – zapytałam, łapiąc go za ramię. To zmusiło go do tego, by znowu na mnie spojrzał. Dalej się uśmiechał, a ja byłam coraz bardziej zdezorientowana. – Gdzie Robert?
- W samochodzie. Zasnął prawie od razu, jak tylko wyjechałem spod domu.
- Miałeś po mnie nie przyjeżdżać.
- Musiałem. Jedziemy na małą wycieczkę.
- Co?
- Oj, przestań Em. Dobrze nam zrobi, jak od czasu do czasu zmienimy otoczenie. A zresztą Robertowi tak spodobały się zwierzęta, które oglądaliśmy w telewizji, że postanowiłem zabrać całą naszą słodką rodzinkę do Zoo.
- Do zoo?
- Do zoo – powtórzył za mną, śmiejąc się pod nosem. – Jesteś wkurzona?
- Jestem zaskoczona – poprawiłam go, a on uśmiechał się jeszcze szerzej.
- Czyli nie zepsułem ci planów?
- Nie.
- Ekstra. – Spojrzał gdzieś nad moją głową, a potem raptownie jego błękitne oczy znów przeniosły się na mnie.- Jezu…
- Co?
- Obejmij mnie szybko. 
          Nie wiedząc, o co mu chodzi, z całkowitego automatu zrobiłam to, o co mnie poprosił. Niemalże zachłysnęłam się zapachem jego perfum, które przyjemnie drażniły moje nozdrza. Luke zacisnął dłonie mocniej wokół mnie, a ja poczułam przyjemy dreszcz, który pojawił się na moich plecach. Oparł brodę o moje ramię, a jego gorący oddech rozpalił mi skórę na policzku.
- Co się dzieje? – wyszeptałam.
- Tak właśnie powinnaś zareagować na mój pomysł.
- Och, wal się – rzuciłam, odrywając się od niego. Niewiele myśląc trzepnęłam go w ramię, a on zaśmiał się po raz kolejny. Zauważyłam, że dziewczyny, z którymi robił sobie zdjęcia nadal nas obserwują.
- To przemoc w rodzinie – skwitował, podchodząc do drzwi od strony pasażera. Prychnęłam pod nosem.
- Nie zgrywaj przy swoich fankach takiego dżentelmena – odparłam, gdy otworzył mi drzwi.
- Zgrywam go przed tobą. Chcę nazbierać sobie punktów.
          Przekręciłam oczami i wsiadłam do środka. Odwróciłam się w stronę Roberta, który smacznie spał w swoim czarnym samochodowym foteliku. Luke musiał przykryć go kocem, bo błękitny materiał dokładnie okrywał jego nóżki. Zauważyłam, że Hemmings ubrał go podobnie do siebie, bo mały też miał koszulę w podobnym odcieniu, co jego tata.
          Po chwili w samochodzie pojawił się Luke, zajmując miejsce za kierownicą. Spojrzał na mnie i znów uśmiechnął się promiennie. Ewidentnie był zadowolony z siebie, a ta oddziaływało też na mnie. Nic dziwnego, że po chwili i ja uśmiechnęłam się w jego stronę.

           Luke zaparkował samochód tuż przy drzewach, dzięki czemu jego cud auto się nie nagrzeje, a my nie będziemy musieli wracać z powrotem do domu w totalnej saunie. Wysiadłam jako pierwsza. Oparłam się o drzwi, spoglądając z daleka na tłumy wchodzących i wychodzących z zoo ludzi. Przeważnie byli to turyści i rodziny z dziećmi.
          Zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie robimy dobrze idąc razem w takie zatłoczone miejsce. Luke już nie był anonimowym Lukiem, jakiego znałam kiedyś. Teraz był rozpoznawalny, a co za tym idzie, wzbudzał zainteresowanie innych. Co będzie, jak dowiedzą się o Robercie? O siebie się nie martwiłam. Byłam dorosła. Nie chciałam jednak, by nasz syn, w jakiś sposób oberwał.
- Co jest, Em? – zapytał Luke, podchodząc do mnie. Od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Niepewnie spojrzałam na niego. Bacznie mnie obserwował, odczytując każde zawahanie, jakie malowało się na mojej twarzy.
- Nic – skłamałam, ale on nie dał się na to nabrać. Przekręcił błękitnymi oczami, by po chwili znów utkwić je w mojej osobie.
- Powiedz.
- Ashton wrzucił na Twittera zdjęcia z Robertem.
- Wiem, widziałem – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Nic się nie stało.
- Nic? Luke… Ludzie zaczną zadawać pytania. Co ja gadam… Już zadają i co wtedy zrobisz? Będziecie mówić, że to twój mały kuzyn, czy jak?
- Kiedy dowiedziałem się, że mam syna, od razu skontaktowałem się z naszym managerem – powiedział powoli. – Zarysowałem mu całą sytuację, co prawda udając, że o Robercie wiedziałem od samego początku. Chłopaki też trzymają tą wersję.
- Co związku z tym?
- Powiedziałem, że nie zamierzam niczego ukrywać. Ludzie powinni interesować się naszą muzyką, a nie wnikać w nasze prywatne życie i…
- Będą wnikać, Luke – powiedziałam cicho, a on podszedł do mnie jeszcze bliżej. Sam oparł się o samochód i znów spojrzał się na mnie.
- Mamy normalnych fanów, Em – odparł z lekkim uśmiechem. – Choć w każdej grupie są, jakieś odchylenia od normy, to jednak większa część z nich jest naprawdę w porządku. Oczywiście, że będą pytać. Ale ja nie zamierzam kłamać. Nie wstydzę się tego, że mam dziecko. Dziecko, które stało się dla mnie jedną z najważniejszych osób w moim życiu.
- Ja po prostu nie chcę…
- Nic się mu nie stanie – przerwał mi szybko. – Obiecuje, że nic złego się nie wydarzy. Ani tobie, ani jemu. Zresztą mały ma po mnie urok osobisty i ludzie go pokochają – dodał ze śmiechem, a ja prychnęłam pod nosem. – Jest częścią mnie. Więc albo to zaakceptują albo nie, ale ja na daną chwilę mam to w gdzieś. Zresztą jest najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem – rzucił, uśmiechając się szeroko.
- Czyli nie chcesz go ukrywać?
- Myślę, że najwyższa pora, by przestać ukrywać cokolwiek – powiedział powoli. Odwrócił się bardziej w moją stronę, by znów utkwić we mnie swoje błękitne oczy. – Widzę jednak, że ty nie masz ochoty, gdziekolwiek ze mną iść.
- Mam ochotę – odparłam i naprawdę to poczułam. Skoro Luke się nie przejmował, to ja też nie powinnam. Wiedziałam jednak, że to na mnie najszybciej będą wieszać psy, a nie na nim, ale mimo tego postanowiłam się z tym zmierzyć.
- Serio?- zapytał, a ja wyczułam w jego głosie odrobinę wątpliwości.
- Naprawdę. Mam wrażenie, że od wieków tu nie byłam. A prawda jest taka, że ostatni raz byłam tu z tobą – powiedziałam, uśmiechając się do niego. To sprawiło, że i Luke się rozpromienił.
- Mama!
- Nasz syn się obudził. Przyszykuj wózek, a ja szybko zmienię mu pieluchę.
- Tutaj?
- Mam już taką wprawę, że to zajmie mi góra dwie minuty – powiedziałam, podchodząc do tylnych drzwi.

          Robert był wniebowzięty tym wszystkim, co mógł oglądać. Dla niego okazało się, że pluszowe zwierzęta naprawdę istnieją i wyglądają nieco inaczej, niż jego kolorowe misie. Uśmiechał się i śmiał na głos, gdy pokazywaliśmy mu kolejne gatunki zwierząt. Choć pewnie jeszcze trochę czasu minie, gdy pozna je tak naprawdę. Ważne jednak było to, że mały był stu procentowo zadowolony z tego, co się działo.
          Zatrzymaliśmy się na pobliskiej ławce, zaraz obok dużego placu zabaw dla dzieci. Wszystko wzorowane było na wyglądzie zwierzaków, jakie można zobaczyć w zoo. Luke puścił małego, który niczym kaczuszka przechadzał się po trawie, co jakiś czas spoglądając na swojego tatę i upewniając się, że go nie zostawił. Widziałam na twarzy Hemmingsa szeroki uśmiech, a to niesamowicie dodawało mi entuzjazmu. Przez myśl przeszło mi pytanie, co będzie, gdy Luke w końcu wyjedzie? Nie chciałam jednak teraz się nad tym dłużej zastanawiać. Jeszcze przyjdzie na to czas. Prawda jednak była taka, że nie chciałam, by blondyn znów nas zostawiał. Wiedziałam jednak, że jest to nieuniknione. Jego życie było w Londynie, a nie w Sydney.
          Wykorzystałam ten moment przerwy. Zoo było ogromne, a mieliśmy do przejścia jeszcze połowę założonej trasy. Postanowiłam skorzystać z łazienki, która była niedaleko placu zabaw. Zostawiłam Luke'a z małym i ruszyłam szybko w tamtym kierunku, licząc na to, że nie będzie kolejki. Na szczęście byłam jedyną osobą- poza panią w okienku.
          Gdy skorzystałam z toalety i umyłam klejące ręce – Robert uświnił mnie flipsami, które Luke podsuwał mu pod nos - wyszłam z niewielkiego budynku. Od razu namierzyłam dwójkę Hemmingsów, stojących wśród niewielkiej grupki dziewczyn. W sumie pięć dodatkowych osób. Luke trzymał małego na rękach, rozmawiając z kolejnymi swoimi fankami. Jedna z nich machnęła telefonem, a blondyn pokiwał głową. Prawdopodobnie poprosiła go o zdjęcie.
- Ale jesteś słodki – usłyszałam głos jednej z nich, gdy podeszłam bliżej. – Jest do ciebie bardzo podobny! – Robert z zaciekawieniem spoglądał na to małe zbiegowisko. Nigdy nie bał się obcych. Był otwarty, a ludzie niesamowicie go ciekawili.
- Możemy zrobić sobie zdjęcie? – zapytała druga.
- Pewnie.
- Daj go – powiedziałam, zatrzymując się obok Luke'a.
- Mama! – zawołał z uśmiechem Robert. Przejęłam go od blondyna.
- Pójdziemy zobaczyć kolejne zwierzątka?
- Tak!
- Poczekam na ciebie – powiedziałam do blondyna, a potem spojrzałam na dziewczyny. Uśmiechnęłam się do nich, a one odpowiedziały mi tym samym. Może nie będzie tak źle? Odeszłam na bok.
          Zagadałam Roberta, pokazując mu żyrafy, które miały wybieg niedaleko placu zabaw. Kątem oka obserwowałam Hemmingsa i jego fanki, z którymi teraz robił sobie zdjęcia. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem.
- Mama!
- Co skarbie?
- Da, da, da, da – wyrzucił z siebie, pokazując na żyrafę, która była najbliżej nas.
- Duża, prawda? Jak twój tatuś.
- Słyszałem to – usłyszałam głos Hemmingsa i aż podskoczyłam. Parsknęłam śmiechem na widok jego udawanej oburzonej miny.
- Autografy rozdane? – Kiwnął głową. Zatrzymał się obok mnie, opierając dłonie na barierce. Jego mały palec lekko musnął mój. Poczułam przyjemny elektryzujący dreszcz, który przebiegł mi wzdłuż całej ręki.
- Mówiłem, że nie będzie tak źle – powiedział, po chwili ciszy. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Idziemy coś zjeść?
- Jestem za.

          Doszliśmy do brązowych bud z jedzeniem, które kłębiły się jedna przy drugiej w samym środku ogrodu. Oprócz jedzenia można było zakupić tu różne pamiątki, począwszy od koszulek i kubków z logiem zoo, na misiach, torbach i breloczkach kończąc.
          Ja i Luke postawiliśmy na hamburgery. Siedziałam przy stole, czekając na nasze zamówienie, a blondyn, poszedł przejść się z Robertem, który nie był zbyt chętny do siedzenia w jednym miejscu. Obserwowałam ich z daleka, uśmiechając się pod nosem. Podobał mi się ten obrazek. Podobała mi się ta dwójka, która emanowała tak bardzo pozytywną energią.
          Nagle zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam go szybko z kieszeni. Spojrzałam na wyświetlacz. Dzwoniła moja mama. Odebrałam, odwracając się od Hemmingsów i skupiając wzrok na budce z jedzeniem, w której to składaliśmy zamówienie.
          Kiedy skończyłam krótką rozmowę z własną rodzicielką, znów chciałam namierzyć chłopaków. Jednak, jak tylko się odwróciłam przed moimi oczami wyrósł puchaty pingwin. Podskoczyłam w miejscu, słysząc gromki śmiech Luke'a. Po chwili zawtórował mu Robert.
- Daj- powiedział stanowczo mały, a puchaty pingwin, który był nieco mniejszy, niż on sam, wylądował w jego drobnych rączkach.
- Co to ma być?
- Pingwin – odpowiedział Luke, siadając obok mnie.
- To wiem – rzuciłam, przekręcając oczami. – Nie powinieneś go rozpieszczać.
- Daj spokój, to tylko maskotka. Zresztą ja od tego będę.
- Luke – jęknęłam, a on zaśmiał się pod nosem.
- Dla ciebie też jest pingwin, więc siedź już cicho i się nie unoś – skwitował z uśmiechem, wciskając mi w dłoń miniaturowego pingwina w formie breloczku. Był mięciutki i puchaty i od razu przypomniał mi jedno wydarzenie.
- Dzięki – rzuciłam, uśmiechając się szeroko. – Kiedy byliśmy w zoo…
- Wiem. Też takiego ode mnie dostałaś. A potem wpadł Michaelowi do ogniska i choć próbował go reanimować, to biedny zwierzak tego nie przeżył.
- Dokładnie. – Spojrzeliśmy na siebie i zaśmialiśmy się cicho pod nosami. – Próbował ugasić go piwem ze swojej butelki.
- Byłem pewny, że się popłacze, jak cię przepraszał – dodał Luke, a ja znów parsknęłam śmiechem. – To było zabawne.
- Tak, było – odparłam, kiwając jednocześnie głową.
- Dwa hamburgery do odbioru! – krzyknęła kobieta z budki.
- Nasze? – zapytał Luke, a ja kiwnęłam głową. – W końcu. Jestem głodny.

           Wycieczka do zoo skończyła się wczesnym wieczorem. Nie powiem, ale od ciągłego marszu najnormalniej w świecie bolały mnie nogi. Luke też wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego jednocześnie. Robert zasnął nam w wózku, przytulając do siebie nowy nabytek. Hemmings przełożył go delikatnie do fotelika samochodowego, a ja złożyłam wózek. Mogliśmy w końcu wracać do domu.
           Położyłam Roberta spać. Od nadmiaru atrakcji naprawdę był zmęczony, bo nie przebudził się, ani razu, tylko dalej spał w najlepsze, mimo, że go przebierałam w śpioszki do spania. W końcu kiedy ogarnęłam nasze dziecko w kwestii snu, zeszłam z powrotem na dół.
- Będę się zbierał – powiedział Luke. – Przed chwilą napisał do mnie Calum. Chcą się spotkać i przedyskutować jedną piosenkę.
- Od muzyki nie ma przerwy – odparłam, przywołując jego słowa.
- Dokładnie. Widzimy się jutro.
- Nie zaśpij.
- Nie zaśpię. Przecież obiecałem, że zajmę się małym.
          Po raz kolejny uśmiechnęłam się do niego, a on odpowiedział mi tym samym. Odprowadziłam go do drzwi. Otworzyłam je i przetrzymałam, by mógł wyjść na zewnątrz. Raz jeszcze spojrzał na mnie. Kiwnął mi głową, a ja machnęłam mu ręką. 
          Ruszył przed siebie, ale nagle zatrzymał się. Odwrócił się, wlepiając we mnie swoje błękitne oczy. Uniosłam brwi do góry, widząc, że się cofa. Wstrzymałam oddech, gdy przelotnie pocałował mnie w usta, żegnając się w taki sam sposób, jak kiedyś.
- Do zobaczenia.
- Do zobaczenia – wydusiłam z siebie, a na jego twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech. 
           Biła od niego tak mocno ciepła i pozytywna energia, że sama się uśmiechnęłam. Ponownie kiwnął mi głową, a potem poszedł do samochodu. Przez chwilę jeszcze obserwowałam to, jak odpala silnik, a potem jak odjeżdża. Już zaczynałam za nim tęsknić, choć to było tak bardzo irracjonalne w tym momencie. 


***
Rodzinna wycieczka do zoo - zaliczona :) Jak widać między nimi, coś zaczyna się kręcić, choć Hemmo już ma konkretne plany, co do Em. Wyjdą mu czy nie?

Rozdział pojawiłby się wcześniej, gdyby nie powalony net, którego nie było prawie przez cały dzień :/

Kolejny pojawi się tradycyjnie w następny wtorek.

Dziękuję wam za wasze komentarze, które uwielbiam i to bardzo. Dzięki nim jeszcze bardziej chce się pisać :) 

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Oczywiście – rzuciłam ze śmiechem. – Swój swego kryje.
- Jesteś kobietą, nie zrozumiesz męskiego świata – skwitował z zadowoleniem Hemmings. 

***

- Zrób to jeszcze raz, a twoja własna matka cię nie pozna – zagroził Michael, machając w jego stronę palcem.
- Byłem pewny, że nie zdąży się rozpłakać.

***

- Nie patrz się tak na mnie. Nie jestem idiotą i nie zostawiłem Roberta samego w domu. Siedzi z Michaelem.
- Nawet o tym nie pomyślałam – skwitowałam, wzruszając ramionami. Dobra, przez chwilę pomyślałam.

***

- Co jest? – zapytałam, odstawiając na stolik szklankę z napojem.
- A to jest, że w weekend jest impreza.

***

- O czym myślałaś? – ponowił pytanie i sam odłożył kubek na bok.
- O tym, jaką mam dobrą figurę pomimo tego, że urodziłam dziecko – odparłam, a blondyn parsknął śmiechem.- I że dalej całkiem nieźle wyglądam w bikini, a nawet i bez. 

6 komentarzy:

  1. O yeahh ♥♡ bardzio mi się podoba droga którą zmierazją Luke i Emily *-* Mam nadzieje , że odbudują to co było kiedyś ♥ bardzo duzią nadzieje :* :* Mały Hemmings bedzie robił furrore w zuciu muzucznym Lucka :* :# Wyprawa do zoo ;* też chcee ! *.*
    No i jak zawsze rozdział cud miód i jednorożce ♡♥♥ czekam na nexta *-* *-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały rozdział.
    Mam ogromną nadzieję, że Emily i Luke kiedyś znowu będą parą. Błagam cię o to <3 Jak ja bardzo bym chciała jechać do zoo..! ♥
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialny rozdział!!!
    Emily i Luke, to MUSI się udać(a przynajmniej mam na to ogromną nadzieję);)
    O Boże, chce do zoo. Kiedy czytałam ten rozdział przypomniało mi się jak w wieku 7 lat zaśmiewałam się w ramionach taty, bo żyrafy są tak mega wysokie XD
    Co do następnego rozdziału: może Mikey będzie musiał kogoś porządnie sprać? Albo cała paczka wybierze się na imprezę??? Już nie mogę się doczekać!
    Pozdrawiam i życzę weny:)

    OdpowiedzUsuń
  4. O matko ...nie wiem od czego zacząć Ten blog jest fantastyczny , naprawde nie mogę się oderwać od niego do poki nie przeczytam rozdziału pare razy.
    Szkoda tylko że rozdziały wychodza jedynie raz w tygodniu ,ale całkowicie rozumiem dlaczego.
    Ten rozdział baaaaardzo mi sie podobal a pomysł Luka na odzyskanie wiezi miedzy nim a Em jeszcze bardziej...Robert jak zwykle slodziutki
    Czekam na kolejny rozdział! (Bardzo niecierpliwie)
    Wierna czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  5. O taaaaak!!! Wycieczka do zoo! Luke jesteś idealnym tatusiem i kandydatem na przyszłego męża :) Mam nadzieję, że Em bierze cię dalej pod uwagę, jako swojego potencjalnego partnera na stałe! Chcę by oni byli razem. Scenka z pingwinem i żyrafą była słodka :) Uwielbiam to opowiadanie :) Luke brnij w tą relację dalej!
    Fragmenty - mega mnie zaciekawiły. Ciekawe komu tak groził Michael :D Czyżby była impreza? Nie mogę się doczekać wtorku!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń