wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział 9

            Byłam zestresowana od samego rana. Dzisiaj, bowiem na osiemnastą miałam zjawić się u Hemmingsów i ta wizyta naprawdę mnie przerażała. Co chwile wyobrażałam sobie jej przebieg, a każdy kolejny scenariusz był jeszcze gorszy od poprzedniego. Wiedziałam, że popełniłam wiele błędów, szczególnie, gdy chodziło o Luke'a. Teraz miałam zmierzyć się z wizytą w jego domu. W miejscu, gdzie byli jego rodzice, który pewnie widzieli, jak blondyn przechodził złamane serce. Skrzywdziłam go i to bardzo, a teraz od tak miałam tam pójść, jak gdyby nic się nie stało. Nie zdziwiłabym się, gdyby reagowali na mnie niechęcią. Miałam, tylko nadzieję, że nie odbije się to na małym.
            Katie spojrzała na mnie z politowaniem, gdy wciągałam na siebie kolejną bluzkę. Moja pewność siebie względem odwiedzin u Hemmingsów nieco spadła, a ja starałam się ją podbudować wyglądem. Wiedziałam, że to głupie, ale tylko to mi pozostało. I tak czuję, że ten wieczór może się dla mnie okazać porażką po całości.
- Nie, to nie to – powiedziała przyjaciółka, która trzymała na kolanach Roberta. Mały zajadał się kukurydzianymi flipsami, brudząc sobie nie tylko buzię i ręce, ale także i ubranie.
- Nie! – krzyknął, wtórując swojej cioci.
- Widzisz, twój syn się ze mną zgadza – odparła brunetka.
- Jezu… To jest jakiś koszmar – mruknęłam do szafy, patrząc na nią tak, jakby miała mi zaraz wypluć odpowiedni strój na tą okazję.
- Denerwujesz się.
- A dziwisz się?- odparłam, podciągając czarne wąskie spodnie. Złapałam za kolejną bluzkę. Rozłożyłam ją i od razu wepchnęłam z powrotem do szafy. – Gdyby mojemu synowi, któraś laska złamała serce, to przy pierwszej okazji bym ją wypatroszyła.
- Cóż za paradoks – rzuciła ze śmiechem Katie. – Daj spokój, jego rodzice są wyluzowani i…
- Wypatroszyłabym – powtórzyłam, odwracając się do niej, a dziewczyna uniosła jedną brew do góry. Jej zielone oczy lustrowały mnie na wylot, dając mi poczucie tego, że zachowuje się, jak rozchwiana emocjonalnie panna na granicy obłędu. Świetnie… Jeszcze mnie wsadzą do psychiatryka, do milusiego pokoju bez klamek.
- Będzie dobrze, Em. Teraz między wami jest dobrze. Przeszłość zostawiliście za sobą, więc jego rodzice powinni to uszanować.
- Powinni… Ja bym taką laskę wypatroszyła – trzymałam się swojego. –Smutne jest to, że w tym wypadku to ja będę osobą, która może zostać wypatroszona.
- Wątpię. Karen nie rzuci się na ciebie z nożem i nie zadźga cię, gdy się tylko odwrócisz. Jesteś matką jej wnuka, więc tego nie zrobi.
- Tak, zasłonię się argumentem z dzieckiem.
- Zresztą zawsze cię lubiła…
- To było kiedyś, zanim nie dałam ciała po całości – wtrąciłam się, a Katie westchnęła ciężko pod nosem. – W razie czego, chcę skromny pogrzeb… O! I wiązankę z biało czerwonymi różami.
- Jesteś walnięta – skwitowała brunetka. – Walnięta i uparta. Uparta tak samo, jak Luke.
              Skrzywiłam się i znów odwróciłam w stronę szafy. Skoro mogłam dziś zginąć z rąk Karen, to przynajmniej dobiorę sobie do tej okazji odpowiedni strój. W końcu jednak zrezygnowana sięgnęłam po białą koszulową bluzkę, która pasuje na każdą okazję.
- To jest to. Z klasą, ale nie przesadnie elegancko – skomentowała Katie. – Idealnie na takie spotkanie.
- Idealny strój do zostania wypatroszoną- odpowiedziałam, a dziewczyna prychnęła pod nosem i przekręciła oczami.

             Przygotowałam wózek, pakując do niego najpotrzebniejsze rzeczy. Mały siedział na podłodze ubrany w czarne spodnie i koszulę w czarno błękitną kratę. Zajęty był misiami, co chwilę przewracając je i odrzucając w bok, co najwidoczniej bardzo go bawiło, bo raczył mnie i Katie wesołymi wybuchami śmiechu.
             Przyjaciółka dopiła kawę, a następnie zgrabnie zeskoczyła z krzesła. Spojrzała na mnie, uśmiechając się pokrzepiająco, by dodać mi siły do przeżycia tego wieczoru. Podeszła bliżej, obejmując mnie i klepiąc po plecach.
- Będzie dobrze, Em. Zdasz mi później relacje?
- Pewnie.
- Super. Chcę wiedzieć, czy nie wypatroszą mojej najlepszej przyjaciółki – rzuciła ze śmiechem, a ja mimo wszystko skrzywiłam się, by po chwili lekko się do niej uśmiechnąć.
             Odwróciła się ode mnie i podeszła do małego. Ukucnęła obok, a potem przejechała dłonią po jego główce. Robert spojrzał się na nią, obdarzając wesołym parsknięciem, które mieszało się ze śmiechem i słowami, które tylko on rozumiał.
- Misie przede wszystkim, nie? – powiedziała do niego. – Trzymaj się mały.
- Pa, pa- rzucił, wyciągając rączkę i zginając palce.
- Pa, pa –odpowiedziała mu. – Chętnie bym ci go ukradła.
- Zrób sobie swoje.
- Bardzo śmieszne, Em – mruknęła, spoglądając na mnie. – Nie mam nawet z kim.
- No… Na przykład z Calumem. Wyszyłby wam fajne dzieciaczki i...
- Pierdol się –syknęła, pokazując mi środkowy palec.
              Wybuchłam śmiechem, a ona mimo tego mojego tekstu i tak szeroko się do mnie uśmiechnęła. Wiedziałam, że Hood nadal na nią w jakiś sposób działa i do tej pory nie rozumiałam, jakim cudem ta dwójka się rozstała. Dobra, nie potrafili się dogadać, ale tworzyli tak świetną parę, że te ich kryzysy były ledwo zauważalne. Chyba, że jedno i drugie nie mówiło do końca prawdy i ich rozstanie miało całkiem inną przyczynę, niż standardowe niedogadywanie się.
- Jesteśmy w kontakcie.
- Jesteśmy – odpowiedziałam.
              Katie podeszła do drzwi. Raz jeszcze pomachała do Roberta, a on odpowiedział jej klasycznym pa-pa. Otworzyła drzwi i podskoczyła lekko w miejscu. Spojrzałam na nią z ciekawością, ale brunetka zasłaniała mi widok, więc nie wiedziałam, co ją zatrzymało. W końcu jednak kiedy się odezwała, zrozumiałam, kto pojawił się w moim domu.
- Cześć Hemmings. Dobrze wyglądasz. Bycie tatusiem ci służy. Na razie blondasie – powiedziała jednym tchem, a potem minęła go, wychodząc z domu.
             Luke spojrzał na nią przez ramię, a potem jego błękitne oczy skupiły się na mnie. Miał zaskoczoną minę. Jak widać czasem nie nadążał za tokiem rozumowania mojej przyjaciółki. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się szeroko.
            Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Robert od razu krzyknął ucieszony na jego widok i szybko ruszył w jego stronę. Blondyn porwał go na ręce, a mały wtulił się w niego, jakby nie widział go przez miesiąc.
- Hej, synek – powiedział, całując go w sam środek czoła. Robert znów przytulił się do niego, obejmując jego szyję małymi rączkami. – Katie nic się nie zmieniła.
- Bo to Katie – rzuciłam ze śmiechem, chowając picie w butelce do wózka. – Przyszedłeś na kontrolę?
- Chciałem się upewnić, że jednak nie stchórzysz. – Skrzywiłam się, co go rozbawiło.
- Przecież powiedziałam, że będę, a ja jak coś mówię to…
- Tak, wiem. Bardzo ładnie wyglądasz.
- Um… Dzięki.
             Spojrzałam na Roberta, który dalej wtulał się w Hemmingsa, jakby był najlepszą osobą pod słońcem. W tym momencie odezwał mi się syndrom zazdrosnej mamusi, a to tylko dlatego, że nasz syn do tej pory był tak wpatrzony, tylko we mnie. Z drugiej strony niesamowicie mnie cieszyło to, jak mały na niego reagował. Chciałam, by Luke wiedział, że jest dla niego ważny, ale nasz inteligentny synek sam potrafił mu to pokazać.
- Co?- zapytał Luke, kiedy nie odrywałam od niego wzroku.
- Nie nic – rzuciłam, wzruszając ramionami. 
            Musiałam też przyznać Katie rację. Bycie tatą mu służyło, bo nie tylko zachowywał się dojrzale, ale przede wszystkim z dzieckiem na ręku wyglądał mega przystojnie. Dobra, nawet bez dziecka Hemmings nadal miał dla mnie status gorącego ciasteczka, ale pomińmy to, że w ogóle w ten sposób przez chwilę o nim pomyślałam. Ja i on mieliśmy już swoją szansę i ja to zepsułam. Teraz została nam płaszczyzna czysto kumpelsko-rodzicielska.
- Jesteś gotowa?
- Tak, możemy iść.
- Pójdziemy poznać kolejną babcię i dziadka? – zapytał Luke, a mały spojrzał w jego błękitne oczy, które były identyczne, jak jego tęczówki. Uśmiechnął się do niego. 
            Blondyn złapał za kolorową pieluchę i wytarł mu buzię, gdy Robert wypuścił ze swoich ust małą stróżkę śliny. Uwielbiam ząbkowanie, szczególnie, że dzieciaki wtedy ślinią się, jak w eksperymencie Pawłowa. Pielucha zawsze musi być pod ręką.
- Wsadzisz go do wózka?
- A może zostaniesz u taty na rękach? – pociągnął Luke, spoglądając na swojego synka, który przejeżdżał palcem po jego kolczyku w wardze.
- Przyzwyczajaj go tak dalej – powiedziałam, łapiąc za rączkę od wózka. – A później, jak nie będzie chciał siedzieć gdziekolwiek indziej, to dostaniesz go do domu i sam będziesz się z tym męczył.
- W domu to ja ciągle nie jestem- mruknął.
- Spoko, spakuję ci go i weźmiesz go w trasę – odpowiedziałam ze śmiechem. – Myślę, że wszyscy będą tak przeszczęśliwi. Lepiej już się ucz jednoczesnego trzymania dziecka i grania na gitarze.
             Luke spojrzał na mnie i wybuchł śmiechem. Pokręciłam głową, uśmiechając się do niego, a następnie ruszyłam z wózkiem w stronę wyjścia. W przelocie złapałam jeszcze za torebkę, przerzucając ją sobie przez ramię.
             Zatrzymałam się przy drzwiach. Złapałam za czapkę Roberta. Poczekałam, aż Luke z nim do mnie podejdzie, a potem wsadziłam ją małemu na głowę. Zerknęłam na blondyna, który przejechał palcem po jego małym nosie, co wywołało u naszego dziecka radosny śmiech. Tak, Robertowi do szczęścia nie było wiele potrzeba.
             Wyszliśmy na zewnątrz. Zamknęłam drzwi na klucz, a potem całą trójką skierowaliśmy się w stronę chodnika. Luke w dalszym ciągu trzymał małego na rękach, w myśl zasady – buntujemy się przeciwko rygorowi mamusi. Postanowiłam mu to jednak dzisiaj odpuścić. Niech się cieszy.
            Luke mieszał na osiedlu obok, więc droga do jego domu zwykle zajmowała niecałe pół godziny spacerem. Teraz jednak ta podróż nieco nam się wydłużyła, bo blondyn w połowie drogi postawił małego i prowadził go za dwie ręce, co zwolniło nasze tempo. W końcu jednak znów zgarnął go w ramiona, a my mogliśmy przyspieszyć kroku, by nie spóźnić się na umówioną kolację.
           Jak tylko zobaczyłam znany mi dom należący do Hemmingsów, moje serce przyspieszyło, a ja zaczęłam denerwować się jeszcze bardziej. Zacisnęłam mocniej dłonie na rączce wózka tak, że pobielały mi knykcie. Luke od razu zauważył moją reakcję, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Położył tylko swoja dłoń na mojej, pocierając ją, co miało mnie rozluźnić. Poczułam przyjemne ciepło bijące od jego skóry, która jednocześnie, w jakiś sposób elektryzowała. I to do tego stopnia, że pojedynczy dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie.
           Podeszliśmy do ciemnych drzwi, a Luke otworzył je, wpuszczając mnie i wózek przodem. Rozejrzałam się po znanym holu, w którym bywałam nie raz. Wróciły wspomnienia z tego pięknego okresu, gdy byliśmy razem, co było na swój sposób dość przytłaczające.
- Jesteśmy! – zawołał Luke, a ja usłyszałam kroki dochodzące z kuchni.
           Przed moimi oczami zmaterializowała się drobna blondynka, w granatowej sukience sięgającej jej za kolano. Jej niebieskie oczy spojrzały najpierw na mnie, a potem na Roberta, którego w dalszym ciągu trzymał Luke.
- Cześć Em- rzuciła posyłając mi dobroduszny uśmiech.
- Dzień dobry – wydusiłam z siebie. 
            Serce waliło mi tak mocno, że miałam wrażenie, że zaraz najnormalniej w świecie padnę na zawał. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak bardzo zestresowana, jak teraz. Nie stresowałam się, aż tak porodem czy perspektywą samotnego macierzyństwa.
- O rany – pociągnęła Karen, podchodząc do swojego syna i wnuka. – On wygląda dosłownie, jak ty! Cześć malutki. – Robert uśmiechnął się do niej, co wywołało jeszcze szerszy uśmiech u kobiety. – Jestem twoją babcią.
- Baba? – zapytał mały, marszcząc czółko. Zdezorientowany spojrzał na Luke'a, a potem znów na Karen.
- Cześć Emily – usłyszałam męski głos. 
             Na hol wyszedł David. Miał oczy identyczne, jak Luke i Robert. Na jego ciemnych włosach pojawiła się lekka siwizna. Był wysoki i to po nim blondyn odziedziczył swój wzrost. Odpowiedziałam mu, dodając do tego lekkie skinięcie głową. David również się uśmiechnął, a potem także i on podszedł do małego.
- Jest niesamowity, czyż nie? – powiedziała jego żona.
- Cześć kruszyno – odparł David, wyciągając w jego stronę rękę. Robert tradycyjnie złapał go za palec i potrząsną rączką. Ojciec Luke'a zaśmiał się pod nosem.
- Wygląda, jak mały aniołek.
- Pewnie dajesz popalić mamusi, co? – zaśmiał się David, spoglądając na mnie.
- Czasami – odpowiedziałam.
- Mogę go wziąć czy poczekać, aż bardziej się do nas przyzwyczai? – zapytała Karen.
- Może pani go wziąć. On uwielbia, gdy dorośli się nim interesują – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą.
- Pójdziesz do babci?
- Baba?
- No, babcia – odpowiedziała mu Karen z uśmiechem. Wyciągnęła w jego stronę ręce, a mały od razu przechylił się, by mogła go wziąć. Luke podał jej syna, a kobieta objęła go ramionami. Robert odchylił się, by móc dokładnie przyjrzeć się jej twarzy.
- Baba? – wskazał na nią palcem, a potem odwrócił się w stronę swojego taty, szukając u niego potwierdzenia.
- Babcia – powiedział z uśmiechem Luke, kiwając głową.
- O! – wydusił z siebie Robert, a Karen zaśmiała się.
             Mały jeszcze przez chwilę dokładnie lustrował Karen, zatrzymują swój wzrok na jej lekko czerwonych ustach i złotych kolczykach w uszach, które odbijały światło. Potem jednak zainteresował go stojący obok swojej żony David. Uśmiechnął się do niego, a Luke z automatu wytarł mu buzię pieluchą, gdy mały zaczął się ślinić.
- Chyba dziadek jest ciekawszy od babci – rzuciła ze śmiechem Karen.
- To może pójdziesz do dziadka?
- Dzia? – Robert znów spojrzał na Luke'a.
- Dziadek.
- Dzia – rzucił, wyciągając rączki w stronę Davida. 
            Mężczyzna zaskoczony tak szybką sympatią względem jego osoby, od razu przejął od żony małego. Robert oparł się na jego ramieniu, przejeżdżając placem po jego brodzie, na którym widniał nie wielki zarost. Zaśmiał się, gdy włosy lekko zakuły go w skórę.
- Ale jesteś fajniutki – skomentował David, a mały pokręcił główką. – Nie jesteś?
- Nie.
- Jesteś.
- Dobra, nie stójmy tak. Zapraszam do salonu. Zaraz podam jedzenie – zarządziła Karen, zaganiając nasz wszystkich do pokoju. Ustawiłam wózek przy ścianie, tak by nikomu nie przeszkadzał. Wyciągnęłam z niego picie małego i razem z pozostałym weszłam do salonu. Pomieszczenie te było w odcieniu jasnego brązu. Na podłużnym stole już stały przyszykowane talerze, widelce i wysokie przezroczyste szklanki.
- Zobacz, co dziadek dla ciebie ma – powiedział David. – Ponoć bardzo lubisz pluszaki.
              Złapał za dużego siedzącego na kanapie psa i podał go małemu, który od razu przycisnął go do siebie. Pogładził go rączką po miękkim materiale, a potem spojrzał na Davida.
- Piesek?
- Au-au-  zaszczekał Robert, co rozbawiło nie tylko starszego, ale i młodszego Hemmingsa.
Mały spojrzał na swojego tatę. Jedną ręką nadal trzymał psa, a drugą wyciągnął w stronę blondyna. Luke od razu przejął go od ojca, a Robert wtulił się w niego, łącznie z maskotką.
- Chyba za dużo atrakcji na raz – powiedział David, siadając do stołu. – No, chodźcie dzieciaki. Nie będziecie przecież tak stać.
              Ja i Luke usiedliśmy obok siebie, naprzeciwko niego. Karen zaczęła przynosić na stół gorące jedzenie, które pachniało tak bardzo dobrze, że aż przełknęłam ślinę. Zresztą pani Hemmings zawsze była dobrą kucharką i tych umiejętności nie można było jej odmówić.
- Em, słyszałem, że rozpoczęłaś studia – zaczął David. Najwidoczniej teraz uwaga rodziców Luke'a przeniosła się na mnie. Nie byłam pewna, czy powinnam się z tego powodu cieszyć czy płakać.
- Tak, w końcu mogłam to zrobić.
- Nadal fotografia?
- Dokładnie.
- Zawsze miałaś do tego talent – powiedziała kobieta, gdy postawiła na stole ostatnią miskę z sałatką. Usiadła obok swojego męża i utkwiła we mnie swoje niebieskie oczy. Uśmiechnęła się przyjaźnie. Dobra, może to całe spotkanie nie będzie, aż taką katastrofą, jak to zakładałam z początku.
- Wszyscy uważają, że mam to po dziadku – odpowiedziałam, ale oni przecież już to wiedzieli.
- Tak, Paul też robił fantastyczne zdjęcia – skomentował David. – Nadal to robi hobbistycznie?
- Tak, nadal. Chyba ta pasja nie mija.
- Jak pasja do muzyki – odpowiedziała z uśmiechem Karen, patrząc na swojego syna, który trzymał na kolanach swoje dziecko. Robert nie interesował się teraz niczym, poza pluszowym psem, którego dostał.  – Zabierzmy się lepiej do jedzenia, bo zaraz to wszystko ostygnie.  

             Siedziałam z Karen w kuchni, popijając gorącą herbatę. Stąd miałam doskonały widok na męską część tej rodziny, bo Luke i David bawili się z małym w salonie, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Karen zajęła miejsce obok mnie i też, co i rusz zerkała na ten obrazek, uśmiechając się pod nosem.
- Luke przy nim odżył – powiedziała cicho Karen, a ja oderwałam wzrok od tej bawiącej się trójki. Spojrzałam na nią i kiwnęłam głową, wiedząc, co zaraz może nastąpić. Może zostać poruszony ten niewygodny temat, którego wolałam unikać w towarzystwie rodziców blondyna. - Myślę, że pokochał Roberta od samego początku – pociągnęła dalej kobieta.
- Też tak sądzę. Zresztą Robert traktuje go już, jak numer jeden. Przestał być syneczkiem mamusi, a stał się syneczkiem tatusia. – Karen zaśmiała się, a potem znów utkwiła we mnie swoje błękitne oczy.
- Mogę cię o coś zapytać? – Wiedziałam, że to w końcu nastąpi. Wstrzymałam oddech i pokiwałam głową, czując, jak robi mi się gorąco. Pani Hemmings chyba wyłapała to, że nagle zaczęłam się mocno denerwować, więc wyciągnęła rękę w moją stronę i chwyciła za moja dłoń. – Nie chcę na ciebie krzyczeć, ani cię w żaden sposób osądzać.
- Jasne, niech… niech pani pyta – wydusiłam z siebie, czując wielki gul w gardle. Modliłam się tylko o to, bym była w stanie odpowiedzieć jej na cokolwiek.
- Luke mi tego nie chciał powiedzieć. – Kiwnęłam głową. – Ale zostawiłaś go, tylko z powodu Roberta czy naprawdę przestałaś go kochać?
- Tylko z powodu małego –odpowiedziałam cicho. – Wiem, że nie powinnam była tego robić – pociągnęłam, gdy Karen lekko przygryzła wargę. 
             Poczułam, jak do moich oczu napływają łzy, a ja błagałam się w myślach o to, bym znalazła siłę i nie rozkleiła się kompletnie. Chyba rozmowa z jego mamą o tym, co się stało była dla mnie trudniejsza, niż rozmowa z samym Lukiem. Chociaż nie… Obie te rozmowy były cholernie trudne.
- Jesteście i byliście młodzi. A młodzi ludzie popełniają błędy. Ważne jest, czy będziecie umieli się na nich uczyć.
- Ja już dostałam lekcję. Ukrywanie prawdy do niczego nie prowadzi – powiedziałam cicho. – Z mojej strony, to był naprawdę głupi pomysł. Nawet moi rodzice i dziadkowie tak uważali, ale ja byłam tak pewna tego, że robię dobrze, że ich nie słuchałam. A chciałam…
            Urwałam, odwracając głowę w stronę Luke'a, Davida i Roberta, by szybko wytrzeć łzę, która spłynęła mi po policzku. W momencie, kiedy usuwałam ją palcem, blondyn podniósł głowę i spojrzał na mnie. Raptownie odwróciłam się w stronę jego matki. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam to, to by Luke widział mnie w takim stanie.
- Chciałam, by mógł spełnić swoje marzenia. Byłam pewna, że jak tylko dowie się o dziecku, to nie pojedzie z chłopakami w tą trasę. Luke miał rację mówiąc to, że podjęłam za niego decyzję. Ale kochałam go tak bardzo, że to on był na pierwszy miejscu. Byłam przekonana o tym, że tak powinno być. Że Luke powinien bez żadnego balastu, robić to co kocha.
- Wiec usunęłaś się z jego życia.
- Nie tylko ja. Usunęłam z życia jego własnego syna. I głównie za to jestem na siebie najbardziej zła. Szczególnie widząc go teraz z Robertem. Zabrałam mu tak wiele…
- Ale przynajmniej udało ci się, co nie co naprawić.
- Tak, to wychodzi na plus.
- Ludzie, gdy są tak mocno zakochani, to nieraz naprawdę robią głupie rzeczy.
- To zdecydowanie było głupią rzeczą – poparłam jej słowa, a ona uśmiechnęła się do mnie lekko. – Nigdy nie chciałam go skrzywdzić, a zrobiłam to dwa razy.
- Skrzywdziłaś też siebie.
- To już nie istotne.
- Ty zawsze taka byłaś i jesteś taka nadal, Emily – powiedziała powoli Karen, gładząc mnie po ramieniu. Spojrzałam na nią zaskoczona. – Zawsze myślałaś o innych, a dopiero potem o sobie. Nic się nie stanie, jak od czasu do czasu zrobisz się trochę bardziej samolubna.
- Teraz pani mówi, jak Ashton – rzuciłam, wycierając kolejną łzę.
- Bo Ash ma rację.
- Naprawdę nie chciałam złamać pani synowi serca – wydusiłam z siebie.
- Luke ci wybaczył, więc czemu ja nie miałabym tego zrobić?- powiedziała z uśmiechem, a potem przyciągnęła mnie do siebie, delikatnie obejmując mnie ramionami. Poczułam ulgę. Wielką ogromną ulgę. Skoro ona sama uważała, że Luke mi wybaczył, to chyba naprawdę weszliśmy na dobry tor w naszej relacji. Dodatkowo ona też nie była na mnie zła, co tylko zwiększało mi liczbę plusów do pewności, że wszystko w końcu się ułoży.

             Nasza wizyta u Hemmingsów przeciągnęła się do późnego wieczora. W końcu Robert padł, a ja zapakowałam go do wózka. Miałam tylko nadzieję, że nie rozbudzi mi się w domu, bo później będzie hasał do nocy, a rano będzie nieprzytomny z niewyspania, co będzie groziło marudzeniem i jęczeniem na każdym kroku.
            Pożegnałam się z Karen i Davidem, a potem razem z Lukiem wyszłam na dwór. Blondyn naciągnął na siebie kurtkę. Uparł się, że nas odprowadzi, choć ja wyraźnie mu powiedziałam, że dam sobie radę. On jednak i tak trzymał się swojego zdania, że chce byśmy bezpiecznie dotarli do domu. Postanowiłam się z nim o to nie sprzeczać, bo wiedziałam, że jak Hemmings się na coś zaweźmie, to nie ma bata, by w tej sprawie popuścił.
            Szliśmy szybszym tempem, rozmawiając cicho ze sobą. Głównie nasz temat skupił się na temacie muzyki i zespołu 5 Seconds of Summer, w którym grał Luke. Między nami nie było żadnego napięcia, a nasza rozmowa mogła przypominać pogadankę zwykłych kumpli, którymi na nowo się staliśmy. Naprawdę cieszyłam się, że tak szybko się dogadaliśmy. W sumie w dużej mierze mogłam za to podziękować Robertowi, bo jego osoba wymagała od nas tego, by podchodzić do siebie w cywilizowany sposób.
           Otworzyłam drzwi, a potem weszliśmy do środka. Luke od razu zrzucił z siebie kurtkę i odwiesił ją na wieszak. Okej, czyli to nie był koniec naszego spotkania. Pominęłam to jednak i sama ściągnęłam sweter, odrzucając go na sofę, razem z torebką. Podeszłam do wózka, nachylając się nad śpiącym Robertem. Teraz musiałam zrobić wszystko, by go nie obudzić.
- Luke? – zapytałam cicho, biorąc małego. Blondyn od razu spojrzał w moją stronę. – Chcesz o czymś porozmawiać?
- Dwie sprawy.
- Dobra. Dam mu tylko jeść i położę go spać.
- Będziesz go budzić?
- Nie. Mleko zje przez sen.
            Kiwnął tylko głową, a ja odwróciłam się i ruszyłam na górę. Po chwili jednak usłyszałam jego kroki za sobą. Weszłam do pokoju, a Luke oparł się o framugę, przyglądając się temu, co robiłam. Przyszykowałam małego do spania. O dziwo, ani razu Robert nie otworzył oczu, choć kilka razy mi się skrzywił. Chyba był naprawdę zmęczony tym całym dniem. Następnie wykorzystałam Luke'a, wciskając mu małego w ramiona, by móc iść przyszykować mu mleko. Gdy wróciłam z powrotem do pokoju, niosąc w ręku ciepłą butelkę, blondyn siedział ze swoim synkiem na fotelu, wpatrując się w niego z uśmiechem. Podałam mu mleko, a Luke nakarmił go. Potem włożył go do łóżeczka, a ja włączyłam elektroniczną nianię. Oboje cicho wyszliśmy z pokoju.
- Co to za dwie sprawy, o których chciałeś porozmawiać?- zapytałam, kiedy zeszliśmy na dół. Wyjęłam z lodówki dwie puszki z pepsi, a następnie razem z nimi usiadłam przy stole. Przesunęłam napój w stronę Luke'a. Otworzyliśmy puszki w tym samym momencie, słysząc klasyczny syk.
- Najpierw ta łatwiejsza – powiedział, spoglądając na mnie. Kiwnęłam mu głową.- Chcę jutro zabrać małego na spacer. Moja mama też z nami pójdzie.
- Pewnie, nie ma sprawy. To mi nawet będzie pasować, bo muszę się pouczyć.
- Nie pójdziesz z nami?
- We dwoje dacie sobie radę – rzuciłam z uśmiechem. – Zresztą muszę też w końcu posunąć się do przodu przy organizowaniu urodzin…
- Mówiłem, że jak coś, to ci w tym pomogę.
- Pomożesz, zabierając małego na spacer – powiedziałam i tym razem to on się uśmiechnął.
- O której mam być?
- Tak, jak ci pasuje. Jestem cały dzień w domu. – Hemmings pokiwał głową. – Co to za druga sprawa? 
               Luke przygryzł wargę. Przez chwilę wpatrywał się w niebieską puszkę, przejeżdżając po niej palcem. W końcu jednak znów podniósł głowę, a jego błękitne tęczówki ponownie skupiły się na mojej osobie.
- Co się stało w kuchni? – Uniosłam brwi do góry.- Daj spokój Em, przypuszczam, że moja mama palnęła coś głupiego. Widziałem, że jesteś bliska płaczu. Chcę wiedzieć, co się stało.
- W sumie nic się nie stało – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Rozmawiałyśmy tylko o tym, co stało się… kiedyś.
- O tym… - mruknął, a potem pokręcił głową. – Obiecała mi, że nie będzie poruszać z tobą tego tematu.
- Przecież nic się nie stało. To była, tylko rozmowa. Spokojna rozmowa. I pod żadnym pozorem nie mów jej, że ci o tym powiedziałam – rzuciłam, machając w jego stronę palcem.
- Dobra, nic nie powiem.
- Obiecaj mi to.
- Obiecuję – powiedział z uśmiechem, a ja odpowiedziałam mu tym samym.


***
Jak widać Em przeżyła i nie została wypatroszona, jak się tego obawiała :D Teraz Luka czeka pierwszy spacer z małym, co prawda w towarzystwie swojej mamy :) 

Nina- Wielkiego BUM tu nie było, ale mam nadzieję, że rozdział 9 mimo wszystko Cię nie rozczarował :)

Dziękuję wam za wszystkie tak mega wyczepiste komentarze, które ubóstwiam! Mogłabym je czytać bez końca i szczerzyć się do monitora :) Dzięki raz jeszcze!

Kolejna część klasycznie w następny wtorek!

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Jesteś synkiem tatusia – pociągnął blondyn, gładząc małego po plecach. – Powiesz tata?
- Nie!
- No, powiedz tata?
- Nie!
- Dobra, niech ci będzie - powiedział z uśmiechem.

***

- Denerwujesz się? – zapytałam z uśmiechem.
- Co? Nie. Może trochę… Aż tak to widać? – Spojrzałam na niego, a potem parsknęłam śmiechem na widok jego miny. Podeszłam do niego i poklepałam go po plecach.

***

- A co ty tu robisz?- wydusiłam z siebie, odkładając na bok książkę.
- Ciebie też dobrze widzieć, Em- rzucił, podchodząc do mnie. Rozwalił się na kanapie, a ja spojrzałam na niego, jak na kosmitę. Wyciągnął spod swoich czterech liter mój notatnik, na którym usiał i odłożył go na stół. 

***

- Bardzo, moja siostra też. Ale ja jestem więksiejszym fanem, niż ona. Ale super! Nie wiedziałem, że chodzisz do parku. – Luke zaśmiał się.
- A myślałeś, że co robię?
- To, co robią dorośli. Że wynosisz śmieci i ciągle siedzisz w pracy.

***

- Nie. – Już widziałam, że zaraz zrobi się nieciekawie, bo Robert wydął usteczka, formując je w podkówkę. Zauważyłam, jak zadrżała mu dolna warga. – Nie – powtórzył, ponawiając próbę zatrzymania Luke'a. Wyciągnął rączki w jego stronę po raz kolejny. 

8 komentarzy:

  1. Bardzo.wyczekiwany
    Super się czytało
    No i z niecierpliwością czekam do następnego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta historia to chyba jedyna rzecz dla której wstaje we wtorki (oprócz szkoły oczywiście ) XD świetna historia. :-) Lena

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak mogłaś tak pomyśleć? Pomimo to, że nie było BUM-u to i tak skacze pod sufit z radości bo pojawił się kolejny rozdział i nie jestem w żaden sposób rozczarowana:)
    Ten rozdział jest TAKI SUUUPER, i ogólnie to nie umiem go opisać to po prostu jest AWW i chylę czoło, geniuszu!!!+ znowu rycze zwłaszcza poczas rozmowy Em z Karen w kuchni:'(
    Pozdrawiam i życzę DUUUŻO weny<3

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowity rozdział ♥
    Ta kolacja była bardzo przyjemna, a Karen... Uwielbiam ją. Zachowała się tak, jak powinna.
    Wtorki to dla mnie najcięższy dzień, ale i tak cieszę się w te dni, bo wiem, że tego dnia będzie rozdział na dwóch wspaniałych blogach i od razu pojawia mi się ogromny banan na twarzy, więc dziękuje, bo dzięki twoim opowiadaniom normalnie funkcjonuje i częściej się uśmiecham.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. wspaniałe opowiadanie. Uwielbiam *o*

    OdpowiedzUsuń
  6. Karen dzięki wielkie, że nie wypatroszyłaś Em XD dobrze się zachowała, już ją lubię :) początek był dość zabawny, aż się cieszyłam do ekranu jak to czytałam :) uwielbiam scenki z Lukiem i Robertem, są idealne. Ale cóż kocham tą historię!
    Czekam na więcej :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  7. Tyle słów ciśnie mi się na usta, że nie wiem, od czego zacząć.
    Po pierwsze, kocham tego Luke'a, jest taki boski, kochany, cudowny, słodki i tak dalej, i nawet nie ma żalu do Emily, znaczy, przynajmniej nie zachowuje się tak, jakby go miał.
    Roberta kocham, wszystko naprawia tą swoją słodkością :-)
    A Karen to cudowna kobieta i mega się cieszę, że to zrozumiała, i że wspiera Emily. Em nadal jest dla mnie kimś w rodzaju super bohaterki, nie myśli prawie w ogóle o sobie, ale o dobrze innych. ♥
    A przy scenach z Lukiem i Robertem nie mogę przestać się uśmiechać, o jejku <3
    I mam nadzieję, że rozwiniesz wątek z Calumem oraz Katie, bo mnie to dręczy, chcę ich jako parę x
    No, i Karen nie wypatroszyła nikogo - a Em się tak bała :-)
    Kocham ten fanfiction, jest taki cudowny, ciepły i o rany, dlaczego nie masz tutaj 200 komentarzy, to dla mnie nadal tajemnica.
    Dawno nie czytałam tak dobrze rozbudowanych opisów, naturalnych dialogów i niebanalnej, pięknej historii. 5SOS powinno być dumne, że ma w swojej familii tak cudowną osobę. :-)
    Pozdrawiam, całuję i ściskam, jak zwykle przepraszam za spóźnienie.
    xx
    itisnotourloveaiff.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Niecierpliwa jestem. Cały czas odświeżam stronę i czekam na nowy rozdział! Haha, nie mogę się doczekać. Uwielbiam Twoje opowiadania. Jestem na bieżąco z Twoimi czterema opowiadaniami :)

    OdpowiedzUsuń