wtorek, 17 listopada 2015

Rozdział 10

          Siedziałam na sofie, przekładając notatki z historii fotografii. Choć rok akademicki dopiero niedawno się zaczął, to nasz wykładowca bardzo ambitnie podchodził do tematu. Jak nie praca pisemna, to teraz wejściówka z ostatnich zajęć. Nigdy nie miałam zbyt dobrej pamięci do takich historycznych dat, więc nic dziwnego, że byłam pewna, że podczas nauki będę się najnormalniej w świecie katować.
 Ej, nie wolno  powiedziałam, zabierając Robertowi telefon. 
            Mały dorwał się do mojej komórki, a potem wsadził ją do buzi. Spojrzałam na ośliniony wyświetlacz. Wytarłam go w spodnie od dresów.
 Mama!
 Tak, kochanie?
 Mama!
 Tak, słonko?
 Mama!  krzyknął po raz trzeci, a potem się roześmiał. 
             Puścił się sofy, utrzymując równowagę. Po chwili padł na pupę, chichocząc pod nosem.
 Coraz lepiej ci idzie, kochanie  pociągnęłam ze śmiechem, a Robert znów złapał za moje spodnie, dźwigając się z powrotem na nogi.  A gdzie masz misie? Może pójdziesz pobawić się do pluszaków, bo mamusia musi po wkuwać to dziadostwo, które i tak jej się w życiu nie przyda.
 Mama!
 Tak, słoneczko?
 Au, au!
 Piesek jest tam.  Pokazałam na stertę pluszaków.
 Lu dzie no? 
           Spojrzałam na niego, nie wiedząc, o co mu chodzi. W tym momencie łamiemy stereotyp, że każda matka wie, co ma na myśli jej dziecko. W niektórych sytuacjach jest to niemożliwe, szczególnie gdy mówi po swojemu.
           Nagle podskoczyłam, słysząc głośne pukanie. Robert pacnął z powrotem na cztery litery, by szybko ruszyć w stronę drzwi, krzycząc za sobą głośne o. Odłożyłam notatnik na bok i sama wstałam z kanapy. Dogoniłam raczkujące dziecko w połowie drogi. Złapałam je pod pachę, co wywołało kolejny śmiech ze strony kochanego szkraba. Podeszłam razem z nim do drzwi, a potem otworzyłam je. Na progu stał Luke.
           Uśmiechnął się szeroko, a ja odpowiedziałam tym samym. Robert zaczął wierzgać rękami i nogami, wyrywając się do ojca. Blondyn od razu przejął synka, który wtulił się w niego, mocno zaciskając palce na jego koszulce.
 Cześć.
 Cześć, wchodź.
           Weszliśmy do środka. Luke spojrzał na zawalony notatkami i książkami stół. Zerkną na mnie z politowaniem. Przeszłam do kuchni, a on ruszył za mną.
 Coś do picia?
 Możesz mi zrobić…
 Kawy?
 Tak – powiedział z uśmiechem.  Jak idzie nauka?
 Zostawię to bez komentarza  odpowiedziałam, a Luke parsknął śmiechem.
 Pa, no  rzucił Robert, zmuszając blondyna, by na niego spojrzał.
 Co, synek? Grzeczny byłeś?
 No!
 Mówi się tak  rzuciłam, ale pod tym względem Robert był na razie niereformowalny. 
             Podałam Luke'owi małą butelkę z piciem. Przystawił ją pod nos chłopca, a ten od razu się do niej przyssał. Chyba ten sprint w stronę drzwi tak go zmęczył, że poczuł się naprawdę spragniony.
           W końcu, kiedy dwie kawy były gotowe, usiedliśmy przy stole. Robert stanął na udach Luke'a, przybliżając do niego twarz. Złapał go za policzki, sprzedając mu soczystego, oślinionego buziaka prosto w dolną wargę. Parsknęłam śmiechem. Hemmings zmierzwił mu blond włosy, a mały wtulił się w niego, opierając głowę na jego ramieniu.  
 Synek tatusia  mruknęłam z uśmiechem.
 Zazdrościsz?
 Wal się, Hemmings  odparłam, a Luke udał oburzenie. Roześmiałam się po raz kolejny.
– Jesteś synkiem tatusia  pociągnął blondyn, gładząc małego po plecach.  Powiesz: tata?
 Nie!
 No powiedz: tata?
 Nie!
 Dobra, niech ci będzie  powiedział z uśmiechem.  Em?
            Kiwnęłam głową. Teraz Luke i jego mniejsza kopia skupiali błękitne oczy na mnie. Naprawdę byli mocno do siebie podobni. Mogłam się założyć, że te ich podobieństwo będzie jeszcze większe, gdy miną kolejne lata. 
 Mój tata dostał dzisiaj telefon od swojego kumpla.
 Tego od tej sędziny?
 Dokładnie. Powiedział, że na dniach wszystko będzie gotowe.
 Tak szybko?
 Kontakty robią swoje  rzucił ze śmiechem, dumnie wypinając pierś.
 A może nie tyle kontakty, ile autograf od gwiazdy?  skomentowałam, a chłopak skrzywił się na słowo gwiazda Mniejsza z tym. Czyli niedługo pod dachem będzie kolejny Hemmings?
 Robert Hemmings  powiedział zadowolony Luke, podnosząc małego. 
                Nasz syn po raz kolejny zaśmiał się, obśliniając sobie przy okazji rękę, którą wcześniej włożył do buzi. Blondyn od razu złapał za leżącą na stole pieluchę i wytarł mu usta i dłoń.
 Dobrze brzmi. Robert Hemmings  odparłam, a Luke rozpromienił się jeszcze bardziej.  Artysta, fotograf.
 Nie, muzyk.
 Nie wystarczy ci, że wygląda jak ty? Niech, chociaż ma po mnie pasję i zamiłowanie do fotografowania. 
 Niech twoje drugie dziecko będzie miało to po tobie.  Prychnęłam z oburzeniem.
 Może niech twoje drugie dziecko będzie miało to po tobie  odparłam po chwili. 
            Luke spojrzał na mnie, a potem wystawił mi język. Zaskoczona uniosłam brwi i niewiele myśląc, pokazałam mu środkowy palec. Po chwili oboje chichotaliśmy jak nienormalni. Przyłączył się do nas Robert, choć on i tak nie wiedział, o co nam chodziło. Ważne jednak było, że nasza dwójka się śmieje, więc i on zaczął.
– Więc jak, Robbie? Kim będziesz…
 Jak go nazwałeś?!
 Robbie  powtórzył, znów wpatrując się we mnie. Skrzywiłam się, a blondyn po raz kolejny wybuchł śmiechem, na widok mojej miny.
 On ma na imię Robert.
 Co złego jest w Robbiem?
 Proszę cię, Luke  jęknęłam, zakrywając rękami twarz.  Robert, twój syn ma na imię Robert!
 Ro!
 No, widzisz  odparłam, wskazując małego palcem.  Nawet on to wie! Chyba że masz inne dziecko, które tak się nazywa i walą ci się imiona.  Luke przestał się uśmiechać. Spojrzał na małego, który tradycyjnie przejechał palcem po jego kolczyku w dolnej wardze.  Przepraszam  odparłam po chwili, wiedząc, że powinnam się zamknąć. Jednak czasem mój niewyparzony język, dawał jeszcze o sobie znać.
 Spoko.
 Naprawdę przepraszam.
 Jest okej, Em  powiedział, odwracając się w moją stronę. Lekko się uśmiechnął, choć ja i tak nadal czułam palące poczucie winy.  Ale dla twojej wiadomości nie mam innych dzieci. Nawet takich, o których nie wiem  rzucił, akcentując te ostatnie słowa.  Bo po tobie nie było innej dziewczyny w moim życiu.
 Naprawdę przepraszam  powtórzyłam, czując się, jak idiotka.
 Więc, Robbie  rzucił Luke, zezując na mnie, a ja warknęłam pod nosem. 
             Blondyn roześmiał się, a ja wsłuchiwałam się w ten dźwięk, który z siebie wydawał. Przypomniałam sobie, jak bardzo uwielbiałam, gdy to robił. Mogłam się na niego patrzeć i wsłuchiwać się w to godzinami. Zrozumiałam, że Luke był, jest i będzie dla mnie niesamowicie ważny przez całe życie. Zastanawiałam się tylko, czy ktoś będzie w stanie go w tym przebić. Bo jak nie, to groziło mi zostanie starą panną. Na tym etapie nie sądziłam, by w najbliższej przyszłości mógł zjawić się ktoś, kto, choć odrobinę zbliży się do tego poziomu w uczuciach, jakimi go darzyłam.

             Przyszykowałam wózek, wypełniając go najpotrzebniejszymi rzeczami. Luke stał obok, przyglądając się temu, od czasu do czasu przygryzając wargę. Mały skupił się na zabawkach, którymi jeszcze przed chwilą bawił się z tatą. Zerknęłam na blondyna po raz kolejny, gdy wciskałam do torby słoiczek z jedzeniem.
 Gdzie ja mu to podgrzeję?  zapytał, wlepiając we mnie błękitne oczy.
 To na wszelki wypadek. Może się gdzieś zatrzymacie czy coś. Jak nie, to wystarczy, że dasz mu do przegryzienia jakąś bułkę.
 Bułkę, okej  powiedział, kiwając głową.  A picie?
 Jak zabraknie, to wystarczy zwykła woda.
 Woda, okej.
 Denerwujesz się?  zapytałam z uśmiechem.
 Co? Nie. Może trochę… Aż tak to widać?  Spojrzałam na niego, a potem parsknęłam śmiechem na widok jego miny. Podeszłam bliżej i poklepałam go po plecach.
 Wyglądasz, jakbyś miał iść na wojnę, a nie na spacer  powiedziałam, a chłopak przekręcił oczami.  Będziesz ze swoją mamą, więc jak coś, to ona ci pomoże.
 Czułbym się pewniej, gdybyś poszła z nami.
 Dasz radę, tatuśku.
 Pierwszy raz zabieram go gdzieś bez ciebie. A jak będzie płakał?
– Weźmiesz go na ręce, przytulisz, pogłaszczesz po głowie, dasz smoczka, dasz pieluchę lub zrobisz cokolwiek innego, by przestał.
 Cokolwiek innego?  jęknął z niedowierzaniem.
 Robert mało płacze. W razie czego dzwoń.
 Przecież miałaś się uczyć.
 Możesz do mnie dzwonić.
 Dobra, już mi lepiej z tą myślą, że będziesz wydawać mi polecenia przez telefon.
 Luke…
 Co?
 Wyluzuj. Robert cię uwielbia, więc wątpię, by nagle zaczął ci płakać.
 Pocieszające  powiedział, kręcąc nosem.
 Dasz radę  rzuciłam po raz kolejny, znów przejeżdżając dłonią przez jego plecy. Uśmiechnął się.  Dobra, przebiorę go jeszcze i możecie iść.
 Na pewno mogę do ciebie dzwonić?
 Na pewno, choć pewnie i tak z tego nie skorzystasz.
             Podeszłam do małego i wzięłam go. Następnie ruszyłam na górę, by zmienić mu pampersa i przebrać w czyste rzeczy. Małe dzieci brudzą się na potęgę. Po kilku dłuższych minutach wróciłam z Robertem na dół. Włożyłam go do wózka. Zapięłam mu pasy.
 Gdyby zasnął, kocyk masz na samym dole. To chyba wszystko.  Nachyliłam się nad chłopcem i cmoknęłam go w czółko.  Bądź grzeczny, bo inaczej tatuś ucieknie.
 Nie ucieknę.
 To padnie na zawał.  Luke prychnął pod nosem, a potem się uśmiechnął.  Ty też bądź grzeczny, Hemmings, i słuchaj się swojej mamusi.
 Walker, cóż za rodzicielski ton  odparł, łapiąc za wózek.
 Staram się. Miłego spaceru.
 Dzięki. Miłej nauki.
 Ty wiesz, jak mnie pocieszyć  rzuciłam, odprowadzając go do drzwi. 
                Otworzyłam je i przetrzymałam, by mógł wyjechać z domu. Machnęłam mu na odchodnym, a potem zamknęłam drzwi. Podeszłam do okna, śledząc jeszcze to, jak idzie chodnikiem, pchając przed sobą wózek z naszym dzieckiem. Uśmiechnęłam się pod nosem, a następnie się odwróciłam. Mój wzrok natrafił na notatki z historii fotografii. Boże… Mam trochę czasu wolnego dla siebie, a ja muszę poświęcić go na zakuwanie.

               Zrobiłam drugą kawę i przysiadłam do nauki. W sumie musiałam się do tego zmusić, bo nie miałam na to najmniejszej ochoty. Zresztą kto lubi się uczyć, kiedy ma się wolne od przysłowiowego życia. Skupiłam się na najważniejszych datach, o których mówił wykładowca. Co jakiś czas zerkałam w notatki i książki, by utwierdzić się w tym, że mam dobre informacje.
              Po jakieś godzinie musiałam zrobić sobie przerwę. Na szczęście zadzwoniła Lisa, która też się uczyła i przez bite piętnaście minut psioczyłyśmy na naszego profesorka, co ewidentnie poprawiło mi humor. Po rozmowie z koleżanką musiałam niestety wrócić do notatek, co już było mniej przyjemną opcją.
               Kiedy robiłam trzecią powtórkę, sprawdzając nabytą wiedzę, usłyszałam pukanie. Byłam pewna, że wrócił Luke. Nie zdążyłam jednak podnieść się z kanapy, bo drzwi otworzyły się i do środka wpadł uśmiechnięty od ucha do ucha Ashton. Uniosłam brwi. Irwin zawsze wchodził do mojego rodzinnego domu, jak do siebie, więc nie powinnam się dziwić, że zaczął to praktykować także i tu.
 A co ty tu robisz? – wydusiłam, odkładając na bok książkę.
 Ciebie też dobrze widzieć, Em. 
              Podszedł do mnie i rozwalił się na kanapie. Spojrzałam na niego jak na kosmitę. Wyciągnął spod czterech liter mój notatnik, na którym usiał i odłożył go na stół.
 Wiesz, że mogłam łazić po domu nago  wypaliłam, nie odrywając od niego ciemnych oczu. Irwin parsknął śmiechem.
 To byłby widok. Jezu… To by było tak, jakby zobaczył swoją własną siostrę bez ubrań – skomentował i się skrzywił. Ja i Ashton znaliśmy się od dzieciaka i faktycznie jako jedynaczka często traktowałam go, jak brata. Nawet moi rodzice przyzwyczaili się do jego ciągłej obecności.  Zresztą ty nie jesteś taką osobą, Em. Gdzie masz małego? Wujek Ash się za nim stęsknił.
 To wujek Ash ma problem, bo Robert jest poza domem.
 U rodziców?
 Z Lukiem i jego mamą na spacerze.
 Faktycznie, Hemmo mi mówił, że gdzieś chce dzisiaj iść  rzucił Ashton z uśmiechem.  Masz, więc wolne.
 Uczę się.
 To przekichane. Zrobisz mi coś jeść?
 Co chcesz?
 Te twoje tosty na wypasie.
 Niech będzie.
 Jesteś najlepszą przyjaciółką.
 Jestem twoją jedyną przyjaciółką  poprawiłam go, a on wyszczerzył się z zadowoleniem.
 Najlepszą pod słońcem.
 Już się nie produkuj  odparłam. Machnęłam na niego ręką, a następnie wstałam z miejsca, by zrobić królewnie tosty.

~***~
             Znajdowali się w niewielkim parku, który położony był na ich osiedlu. Dzięki temu, że był daleko od centrum Sydney, nie było w nim nigdy, aż tak wielkich tłumów, jak w sercu miasta. Głównie przeważały w nim matki z dziećmi, ale Luke wyłapał okiem także kilku ojców, którzy spacerowali z wózkami lub bawili się na placu ze swoimi pociechami.
            Na razie wyjście z Robertem odbywało się bezproblemowo i Hemmings przestał się, aż tak mocno stresować. Mały był zadowolony ze wszystkiego, co z nim robił. Najpierw odbyli powolny spacer deptakiem, a Luke prowadził go, trzymając synka za ręce. Potem bawili się w piaskownicy. Następnie przyszedł czas na odpoczynek i szybką przekąskę z babcią na ławce. Teraz stał obok huśtawki, lekko bujając w niej Roberta, który nie odrywał oczu od dzieci, biegających po placu zabaw. Co jakiś czas jednak zerkał na Luke'a, upewniając się, że nadal jest w pobliżu.
 Mamo! Mamo! Zobacz!  Usłyszał podekscytowany głos jakiegoś chłopca.  To Luke z zespołu 5 Seconds of Summer  dodał przyciszonym głosem malec. Hemmings nie odwrócił się, aby nie było widać, że podsłuchuje. Skupił wzrok na Robercie, który uśmiechnął się do niego.
 Bu! No!
 Podoba ci się?
 Ta, no.
 Super, cieszę się  odpowiedział z uśmiechem.
 Mamo!  Po raz kolejny doszedł do niego wesoły głos nieznajomego chłopca.  Myślisz, że mogę zrobić sobie z nim zdjęcie?
 Caleb, Luke teraz nie jest w pracy. Ma czas wolny. Może nie mieć ochoty na robienie zdjęć.  Robert wyciągnął w jego stronę ręce, więc Luke szybko ściągnął go z huśtawki.
 Mamo  odezwał się ponownie chłopiec.  A co jeśli w moim krótkim życiu już nigdy, przenigdy, przenigdy, PRZENIGDY go nie spotkam? – Usłyszał cichy śmiech kobiety. Luke sam się zaśmiał.  Przenigdy?  powtórzył.
 Dobrze, możesz go poprosić o zdjęcie. Ale jeśli odmówi, to obiecaj mi, że nie będziesz płakać.
 Jestem duży. Ja już nie płaczę.
 Jasne  skwitowała matka, a Hemmings znów zaśmiał się pod nosem.
             Nie zdążył ruszyć się z miejsca, gdy poczuł, jak mały palec puka go w nogę. Nadal mając Roberta na rękach, odwrócił się i spojrzał w dół. Przed nim stał czarnoskóry chłopiec, który mógł mieć z sześć lat. Na jego podłużnej buzi wymalowany był szeroki uśmiech, który odsłaniał białe, jak śnieg zęby. Blondyn uniósł brwi i również się uśmiechnął.
 Przepraszam  zaczął chłopiec, zakładając ręce za plecy. Zaczął bujać się na stopach, a Luke dostrzegł, że jest ubrany w biało-czarną koszulkę z logo jego zespołu. Dziecko nie odrywało od niego wzroku.  Wiem, że masz czas swój…
 Czas wolny, Caleb  poprawiła go ze śmiechem matka.
 Tak i… Chciałem się spytać, czy mogę z tobą zdjęcie zrobić sobie  wydukał, przejęty tym spotkaniem. Luke zaśmiał się.
 Jasne, czemu nie.
 Naprawdę?
 Naprawdę.
– Widzisz, mamo!  krzyknął zadowolony Caleb i klasnął w ręce.
 Poczekaj chwilę  powiedział Luke, a następnie odwrócił się, szukając wzrokiem swojej matki. Karen od razu go zauważyła i szybko ruszyła w jego stronę.
– Daj go  odparła, biorąc od niego Roberta. 
             Mały skrzywił się na to, że babcia zabrała go od taty, ale Karen szybko wcisnęła mu w ręce pluszaka i Robert skupił się na nim. Odeszła z wnukiem kawałek dalej, a Hemmings mógł wrócić do małego fana. Kucnął naprzeciwko niego.
 Jestem Luke  przedstawił się, a chłopiec ochoczo złapał go za rękę.
 Wiem, grasz na gitarze! Jestem Caleb.
 Widzę, że nas lubisz  odparł, wskazując na jego koszulkę.
 Bardzo. Moja siostra też. Ale ja jestem więksiejszym fanem niż ona. Ale super! Nie wiedziałem, że chodzisz do parku.  Blondyn się zaśmiał.
 A myślałeś, że co robię?
 To, co robią dorośli. Że wynosisz śmieci i ciągle siedzisz w pracy.
 Jak widać, ja też mam czasem dzień wolny. To co? Robimy to zdjęcie?
 Tak!
              Luke wyprostował się i spojrzał na Caleba, który stanął obok. Był jednak tak niski w porównaniu do Hemmingsa, że zdjęcie to wyglądałoby komicznie.
 Jeszcze nie urosłeś, więc może wezmę cię na ręce, co?  zaproponował, a chłopiec szybko pokiwał głową. 
            Wyciągnął do niego drobne dłonie, a blondyn podniósł go. Ustawili się naprzeciwko mamy Caleba, która wyciągnęła telefon. Po chwili zrobiła pierwsze zdjęcie. 
 Jeszcze jedno?  zapytał Luke, a chłopiec znów pokiwał głową.  To teraz głupia mina.  Oboje wystawili języki, a potem się zaśmiali.
            Hemmings postawił go na ziemi, by ponownie kucnąć naprzeciwko małego fana. Wyciągnął w jego stronę rękę, a Caleb przybił mu piątkę, w dalszym ciągu uśmiechając się szeroko. Zauważył, jak chłopiec zapatrzył się na jego kolorowe opaski, które miał na nadgarstku.
 Podobają ci się?  Caleb cicho przytaknął.  Skoro jesteś naszym tak wielkim fanem, to trzymaj.  Ściągnął jedną z nich i podał mu ją. Oczy chłopca rozszerzyły się, a po chwili Luke tonął we wdzięcznym uścisku drobnych ramion. Uśmiechnął się pod nosem.
 Mamo, zobacz!
 Podziękuj.
 Dziękuję  powiedział Caleb.
 Ja też dziękuję. Cieszę się, że podoba ci się nasza muzyka.
 Jest najlepsiejsza!
 Caleb musimy już iść  powiedziała kobieta, wyciągając w jego stronę rękę.
 Mamo, a Luke nie może iść z nami?
 Nie, Luke nie może iść z nami. Też musi wracać do domu.
 Ale przecież już jest duży.
 Ale też ma mamę, która na niego czeka.
 Tak?  zapytał Caleb, spoglądając na niego dużymi, ciemnymi oczami.
 Tak, czeka  powiedział Luke.  Siedzi tam  dodał, wskazując Karen. 
            Caleb pokiwał ze zrozumieniem głową, a potem pomachał mu i pobiegł do swojej matki. Kobieta ujęła jego dłoń, a potem poprowadziła go w stronę wyjścia z parku. Luke odprowadził ich wzrokiem, a potem wrócił do własnego syna, który siedział na kolanach Karen, bawiąc się misiem.

~***~
            Skoro w moim domu pojawił się Ashton, to z dalszej nauki nici. Postanowiłam jednak wykorzystać ten moment i pomyśleć nad konkretami w sprawie urodzin Roberta. Irwin miał dużo ciekawych pomysłów, które dotyczyły ogólnej organizacji.
 Dużo balonów, w końcu to urodziny dziecka.
 O ile sam będziesz je dmuchał  odparłam, przekręcając oczami.
 Są takie pompki do balonów…
 O ile sam będziesz je dmuchał  powtórzyłam, upijając łyk kawy. Ashton zaśmiał się.
 Będę dmuchał.
 Serio?
 A co mi tam – rzucił, wzruszając ramionami.  Jestem jego ulubionym wujkiem, więc muszę się wykazać, by nie stracić tego statusu.
 Jesteś czubek  skwitowałam ze śmiechem. Irwin szybko do mnie dołączył.
             Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Nie zdążyłam podnieść się z miejsca, a do środka wpadł Luke z Robertem. Chyba następny pan zaczął praktykować tę metodę: wchodzę jak do siebie. W sumie, kto jak kto, ale ta dwójka śmiało mogła to robić.
 Mama!  krzyknął Robert, wyciągając w moją stronę rączki. 
             Wstałam i podeszłam do niego. Odpięłam małego z pasów, ściągnęłam mu czapkę i wzięłam go, a on przytulił się do mnie, przejeżdżając dłonią po moim policzku.
 Jak było?
 Bez problemów  odpowiedział Luke.  Hej, stary!  rzucił w kierunku Irwina, a ten kiwnął mu głową, uśmiechając się.
 O!  zawołał Robert, wskazując paluszkiem na Ashtona.
 Cześć, brzdącu  powiedział Irwin, wstając i podchodząc do nas. Po chwili mały już siedział u niego na rękach.
 Nie dał ci w kość?  dopytałam się. Luke jednak szybko pokręcił głową.
 Było fajnie.
 Cieszę się. Przyszedłeś bez swojej mamy?
 Zaraz i tak jesteśmy umówieni u Caluma. Mamy przećwiczyć jedną piosenkę.
– Myślałam, że macie wolne  rzuciłam, unosząc brwi.
 Mamy, ale od muzyki nigdy nie jest się stu procentowo wolnym  skwitował Luke.
 O tak!  zawołał Ashton, wyciągając rękę w kierunku blondyna. 
           Hemmings ze śmiechem przybił mu tak zwaną piątkę, a ja przekręciłam oczami. Robert podchwycił to i też wyciągnął rękę, co wywołało śmiech u naszej trójki. Najpierw uderzył w otwartą dłoń Ashtona, potem Luke'a, a na końcu i ja musiałam przybić mu piątkę, bo tego oczekiwał. Roześmiał się.
 Zdążysz coś zjeść?  zapytałam, patrząc na Hemmingsa. Luke zerknął na zegarek.
 Nie. Musimy spadać, bo chłopaki nas rozszarpią, gdy się spóźnimy.  Odwróciłam się, łapiąc za kolorowe opakowanie. Podałam mu paczkę z czterema batonami.
 Masz na drogę.
 Dzięki.
           Robert odwrócił się w jego stronę, wyciągając do niego ręce. Jednak to ja przejęłam małego od Ashtona. Nasz synek się skrzywił. Luke podszedł bliżej i cmoknął go szybko w czoło.
 Tata i wujek muszą iść  powiedział Hemmings.
 Nie.
 Przyjdę jeszcze do ciebie.
 Nie. 
            Już widziałam, że zaraz zrobi się nieciekawie, bo Robert wydął usteczka, formując je w podkówkę. Zauważyłam, jak zadrżała mu dolna warga. 
 Nie  powtórzył, ponawiając próbę zatrzymania Luke'a. Wyciągnął rączki w jego stronę po raz kolejny.
 Czy on zaraz nie będzie płakał? – zapytał niepewnie Ashton.  Jeśli on się popłacze, to ja z pewnością też.
– Świetnie, Hemmings  rzuciłam ze śmiechem, obserwując przestraszonego Luke'a, który nie odrywał błękitnych oczu od syna.  Masz to swoje bycie tatusiem numer jeden.
 Co teraz?
 Idźcie, nic mu nie będzie  powiedziałam z uśmiechem.  Zostaniesz ze mną, dobrze?
 Nie!  zaprotestował Robert, chcąc złapać Luke'a za cokolwiek.
 Dobra, nie przeciągajcie tego, bo mu serce pęknie  dodałam, wyganiając ich ręką.
 Jemu czy nam?  rzucił Irwin.
 Wszystkim. A teraz spadać.  Gdy tylko Luke się odwrócił, Robert się rozpłakał.
 Słodki Jezu  powiedział Ashton, kręcąc głową.  Przecież to jest tak cholernie przykre.
 Idźcie. Zaraz się uspokoi.
              Robert zaszlochał jeszcze głośniej, a potem wyciągnął małe rączki, nawołując po swojemu Luke'a, który razem z Ashtonem ruszył w kierunku drzwi. Przed wyjściem blondyn spojrzał na nas raz jeszcze i miny nie miał za ciekawej. Pierwszy raz musiał go zostawić, gdy ten płakał. Wcześniej, gdy Robert urządził taką scenę, został i czekał, aż zaśnie, by dopiero później wrócić do domu. Teraz jednak sytuacja była całkiem inna. 
              Podałam mu smoczek i pieluszkę, a potem przytuliłam do siebie, delikatnie gładząc go po plecach. Mały płakał w moich ramionach, ale po chwili zaczynał się uspakajać. Jego kryzys powoli dobiegał końca. 


***
Dzisiaj z lekkim opóźnieniem, a to dlatego, że musiałam do końca zobaczyć mecz, a wcześniej nie dałam rady wbić na kompa :D 
Mam jednak nadzieję, że rozdział ten przypadł wam do gustu :)

Chcę wam podziękować za wasze świetne i cudowne komentarze, które potrafią bardzo szybko wywołać u mnie BIG SMILE na facjacie - serio, uwielbiam je! Dziękuję też za wszystkie miłe słowa odnośnie ogólnego "wyglądu" (choć może to niezbyt precyzyjne słowo) tej całej historii :) Mega podbudowuje - szczególnie, że jestem dość krytyczna pod tym względem wobec siebie - i mega motywują. Naprawdę, WIELKIE, WIELKIE DZIĘKI!

Następny rozdział będzie odrobinę dłuższy, niż ten, ale postanowiłam go nie dzielić. Dodatkowo pojawi się szybciej - wyjątkowo w piątek :)

Pozdrawiam!


W następnym odcinku:

- Sam. W razie, czego zadzwonię do mamy.
- W razie, czego masz dzwonić do mnie – poprawiłam go, a on zaśmiał się.

***

- Nie boję się o niego, tylko o ciebie.
- O mnie?
- A jak wrócę do domu i zastanę cię płaczącego w kącie? – Luke roześmiał się. Uśmiechnęłam się do niego, a on poklepał mnie po plecach.

***

- Robiłeś to już? – zapytał Calum ze śmiechem.
- Nie. Ale to chyba nie może być, aż tak trudne, nie?

***

- Weszliśmy z chłopakami na taką stronę z dziecięcymi ubraniami. Nawet nie wiedziałem, że tego tyle jest – powiedział podekscytowany Luke, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. – Nie mogliśmy się zdecydować na jakieś konkretne, więc wzięliśmy ich więcej.

***

- Brawo – powtórzył, a Robert ponownie zaklaskał w rączki. – Mój kochany synek – rzucił, całując go czule w czoło. – Tata jest z ciebie taki dumny.


5 komentarzy:

  1. Uwielbiam Luka w scenkach ze swoim synkiem. Ale moment na placu zabaw, gdy zagadał go jego mały fan też było słodkie! Jeny Hemmo jesteś idealnym ojcem-facetem jak na razie, więc tego nie schrzań!
    Ale mi się szkoda Roberta zrobiło, jak zaczął płakać za tatą. Widać, że się do niego już bardzo przywiązał.
    Zaciekawiły mnie bardzo te fragmenty, więc nie mogę się tym bardziej doczekać kolejnej części!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Serce mi pękało podczas czytania fragmetu o rozstanie Roberta z Lukiem !
    Biedne maleństwo, tak strasznie tęskini za tatą:'( Może kiedyś Luk zamieszka z Em i Robertem chociaż może być trochę trudno ze względu na jego trasy koncertowe..?
    Jejku, tak strasznie nie mogę się doczekać następnego rozdziału, że chyba zaraz pęknę :)
    Do piątku,
    Pozdrawiam Nina

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam, że dopiero teraz komentuje. Rozdziały na tym blogu i na pokochać ciszę przeczytałam wcześniej, ale teraz mogę spokojnie napisać to, co chcę.
    Mam ogromną nadzieję, że Luke i Em za niedługo się zejdą i zamieszkają razem - tak lepiej dla wszystkich.
    Rozdział wspaniały
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń